Maja Chwalińska się nie zatrzymuje! Kolejna wygrana Polki

Sebastian Warzecha

30 maja 2026, 13:33 • 5 min czytania 11

Reklama
Maja Chwalińska się nie zatrzymuje! Kolejna wygrana Polki

Pewnym było, że Maja Chwalińska już osiągnęła życiowy sukces. Pierwszy raz w III rundzie turnieju wielkoszlemowego. Właściwie pewny awans do TOP 100 światowego rankingu. Mecz z Marią Sakkari mógł wprowadzić Polkę wyłącznie wyżej, sprawić, że to osiągnięcie będzie po prostu lepsze. I choć pierwszy set uciekł Mai łatwo, to kolejne dwa były już takie, jak do tej pory wszystkie w tym turnieju – znakomite. Maja Chwalińska gra dalej! 

Reklama

Maja Chwalińska lepsza od Marii Sakkari. Jest IV runda French Open!

Wspaniałe jest to, że w tegorocznym French Open Iga Świątek i Maja Chwalińska są po dwóch stronach drabinki. Nie dlatego, że mogą zagrać ze sobą w potencjalnym finale – spokojnie, o tym jeszcze nie marzymy, nie jesteśmy szaleni – ale dlatego, że mogą wzajemnie na spokojnie (o ile tylko chcą) śledzić swoje mecze. Bo to rówieśniczki, grały ze sobą i przeciwko sobie już gdy miały jakieś 10 lat. Iga potem szybko poszła w górę, droga Mai – którą dziś już opisywaliśmy – była dłuższa.

Ale wreszcie Maja pojawiła się tam, gdzie jej od lat wróżono. Weszła na ten poziom i udowodniła, że potrafi.

W dzisiejszym spotkaniu z Marią Sakkari też nie stała na straconej pozycji. Oczywiście, Greczynka potrafi grać szybką piłką, przejmować inicjatywę. Ale Chwalińska mierzyła się już z takimi w osobach Qinwen Zheng i Elise Mertens i obie pokonała w wielkim stylu. Właściwie pytaniem pozostawało, jak wytrzyma trudy tego turnieju, bo choć unikała długich meczów, to rozegrała ich już pięć. A dla tenisistki, która nie imponuje warunkami fizycznymi, a do tego przez lata borykała się z problemami zdrowotnymi, to już solidna porcja grania.

Reklama

Maja jednak tych wszystkich wątpliwości nie miała. A im dalej w mecz, tym bardziej dokładała ich Marii Sakkari. Do tego stopnia, że Greczynka wreszcie pękła.

Niepokojące obrazki… do czasu

164 centymetry to nie wzrost do tenisa. Szczególnie tego dzisiejszego, gdzie u kobiet coraz więcej zawodniczek gra szybko, mocno i ofensywnie. Ale to wszystko na papierze. W praktyce – da się grać i przy takich warunkach. Ale trzeba wiedzieć jak. A Maja Chwalińska wie, bo uczyła się tego tak naprawdę od dziecka. Wystarczyły dwa mecze w głównej drabince Roland Garros, by słynne stały się już jej „moon balle”, piłki posyłane wysoko, pod koniec kortu.

Do tego slajsy,  do tego skróty. Zmiany tempa i rotacji. Zagrania, które raz na kilkadziesiąt mogą przynieść jej punkt bezpośrednio, ale powtórzone raz, drugi, trzeci czy dziesiąty sprawiają, że przeciwniczka się gubi i sama to oddaje.

Maria Sakkari teoretycznie była na to przygotowana. I pokazywała to w pierwszym secie. Greczynka… przyjęła warunki Chwalińskiej. Grała cierpliwie, sama czasem uciekała się do tych księżycowych piłek właśnie. Czekała na okazję do ataku i korzystała z niej, gdy ta nadeszła. Ale też wiele zyskiwała na błędach Polki. Dziś bowiem Maja długo nie była dokładna, myliła się. Brakowało jej tej linijki w oku, ale czasem brak też było kroku czy dwóch. To były niepokojące obrazki, bo zdawały się świadczyć o tym, że Maja faktycznie jest zmęczona.

Reklama

Sakkari stosunkowo łatwo zgarnęła więc I seta. Wygrała 6:1. Na początek drugiego z kolei przełamała Maję.

Wszystko zmierzało do końca tej przygody Chwalińskiej. A potem się zmieniło.

Łzy radości. Wspaniała wygrana

Maja Chwalińska płakała. Tak skończył się ten mecz. Gdy usiadła na ławce, skryła twarz w ręczniku. Gdyby ktoś włączył ten mecz wtedy, byłby przekonany, że Polka przegrała. Ale nie, to były łzy radości, to były łzy niedowierzania. Bo przecież było 1:6, 1:2 i strata przełamania, a Maja nie grała swojego tenisa. Myliła się, miała problemy.

A potem nagle wszystko się zmieniło.

Reklama

– Byłam „martwa”, powiem szczerze. Starałam się dać z siebie wszystko. Po prostu musiałam się skupić na każdym punkcie, bo po pierwszym secie nie wyglądało to dobrze. Po prostu walczyłam i wierzyłam, że w pewnym momencie może uda mi się odmienić ten mecz – mówiła Maja po meczu. I ta walka się opłaciła. Chwalińska przełamała Sakkari i Greczynka… jakby stanęła. Nie wiedziała, co zrobić, bo straciła cierpliwość. Maja przy okazji nieco zmieniła swoją grę. Mniej celowała przy linii, więcej mieszała rytmem i starała się po prostu utrzymać piłkę w korcie.

Maria z kolei miała z tym coraz większe problemy. Częściej a to wyrzucała, a to ładowała zagrania w siatkę. Wszystko się odwróciło – Maja grała pewnie, swój tenis. Sakkari była poza rytmem.

I to trwało. Chwalińska wygrała drugiego seta do trzech, zanotowała cztery gemy z rzędu… a potem – po jednym gemie Marii – kolejne trzy, bo na starcie trzeciego seta przełamała Sakkari i utrzymała własne podanie. Wszystko szło w niesamowitą stronę, ku wspaniałemu dla nas końcowi. Problem pojawił się przy 1:3. Sakkari nagle się wtedy odrodziła, zaatakowała, zyskała trzy break pointy.

Nie wykorzystała ani jednego.

Reklama

Chwalińska zdobyła pięć punktów z rzędu, utrzymała podanie. A potem? Potem przełamała jeszcze raz Sakkari. I nie dała się przełamać już do samego końca. Trzeciego seta wygrała jeszcze wyżej niż drugiego – 6:2. I ten sukces, to życiowe osiągnięcie stało się jeszcze większe. Zgodnie z planem. Pozostało tylko jedno zmartwienie. Jak mówiła, ze śmiechem, oczywiście:

Jestem bardzo wdzięczna, dziękuję.  Mam nadzieję, że wystarczy mi pieniędzy na hotel na drugi tydzień. Wiem, że dużo tu zarobiłam, ale nie przychodzi to od razu. Zobaczymy.

Reklama

Maja Chwalińska – Maria Sakkari 1:6, 6:3, 6:2

Fot. Newspix

11 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama