Jeszcze rok temu wydawało się, że Liverpool po odejściu Juergena Kloppa uniknął wielkiego tąpnięcia. Dziś na Anfield coraz częściej słychać jednak gwizdy, a wokół Arne Slota narasta atmosfera niepewności. Fatalne wyniki, rozczarowujące transfery, konfliktowe wypowiedzi i zespół, który zatracił własną tożsamość – to wszystko sprawia, że pytanie o przyszłość Holendra przestaje być internetową prowokacją, a staje się realnym problemem władz klubu.
19 porażek we wszystkich rozgrywkach to najgorszy wynik dla Liverpoolu od czasów sezonu 2009/10. Wówczas im dłużej on trwał, tym mocniej dało się odczuć, że koniec ery Rafy Beniteza nadchodzi wielkimi krokami. Ostatecznie rozstanie nastąpiło, a następcą ogłoszono Roya Hodgsona. Gwizdy i buczenie trybun na Anfield to rzadkość, a ostatnimi trenerami, którzy tego doświadczali była właśnie wspomniana dwójka.
Ostatni mecz z Chelsea przypomniał jednak te chwile, gdy z boiska w 67. minucie schodził Rio Ngumoha. Arne Slot zarówno wtedy, jak i po końcowym gwizdku na własnej skórze odczuł niezadowolenie fanów. Okazuje się, że internetowe postulaty dotyczące jego przyszłości przeniosły się do realnego życia.
Arne Slot nie daje już odpowiedzi. Liverpool się pogubił
– Miał skurcze już wcześniej, jakieś trzy minuty wcześniej padł na murawę. Potem z nim porozmawiałem i powiedział, że to już koniec, dlatego go zdjąłem – nawet jeśli wypowiedź Holendra ma uzasadnienie z medycznego punktu widzenia, to reakcja trybun stanowi element większej całości.
17-letni Ngumoha wystąpił w tym sezonie dopiero po raz trzeci w wyjściowym składzie, a i tak pozostaje jedną z niewielu nadziei na to, że ofensywa Liverpoolu w przyszłym sezonie może być groźna dla rywali. Mistrzowie Anglii notują fatalny czas i nie zmienia tego fakt, że zapewne nie wypuszczą już z rąk kwalifikacji do przyszłorocznej Ligi Mistrzów. Regres mimo wydania 440 milionów funtów latem jest zatrważający, a perspektywa odejścia Mohameda Salaha również symbolicznie może zwiastować koniec wielkiej ery sukcesów.

Aby to powstrzymać, potrzebne będą letnie wzmocnienia, a wśród potencjalnych transferów wymienia się Yana Diomande z Lipska, Rayana z Bournemouth czy Mohammeda Kudusa z Tottenhamu. W sferze marzeń funkcjonują również tacy gracze, jak Michael Olise z Bayernu czy Bradley Barcola z PSG. Finansowo być może i Liverpool byłby w stanie rywalizować z takimi ekipami, ale na boisku dzielą ich lata świetlne. Slot próbował co prawda zaklinać rzeczywistość, mówiąc, że na bazie rewanżu z Francuzami w ćwierćfinale Ligi Mistrzów można budować optymizm, lecz po pierwsze i tak skończyło się porażką, a po drugie, warto pamiętać o pierwszym spotkaniu.
Wówczas Holender wprost deklarował, że Liverpool przyjechał po jak najniższy wymiar kary i ustawił zespół z piątką obrońców, zaprzeczając wcześniej wprowadzanej taktyce. Porażka 0:2 była efektem jedynie znakomitej postawy w bramce Giorgiego Mamardaszwiliego, a także wątpliwej decyzji sędziego o odwołaniu rzutu karnego podyktowanego za faul Ibrahimy Konate. Ten dwumecz stanowił zresztą smutną dla fanów The Reds inscenizację tego, ile kroków w tył wykonał ich ukochany zespół względem poprzedniego sezonu.
W sezonie 2024/25 Liverpool również zmierzył się przecież z PSG w 1/8 finału Ligi Mistrzów i o ile w Paryżu dominacja ekipy Luisa Enrique była podobna, to na Anfield lepsi byli gospodarze i ostatecznie odpadli dopiero po rzutach karnych. Do tamtych chwil przez większą część sezonu Slot zresztą lubił się odwoływać. – Chciałbym, żeby każdy mecz tak wyglądał, ale żeby rywalizacja była otwarta, potrzebne są dwie drużyny. W meczu z Fulham, myślę, że niewiele osób miało przyjemność oglądania. Wielokrotnie mówiłem, że oglądanie naszych meczów z Paris Saint-Germain było przyjemnością – mówił Holender w styczniu po remisie z drużyną Marco Silvy (2:2).
Slot często w swoich wypowiedziach po meczach, które nie poszły po jego myśli odwoływał się również do zmian, jakich dokonują zespoły specjalnie przygotowując się pod Liverpool. I właśnie tego typu słowa zaczęły budzić coraz większą frustrację wśród ludzi związanych z The Reds. – Musi przestać wspominać o niskich blokach. Drużyny zazwyczaj bronią się głęboko przeciwko Liverpoolowi. Tak się dzieje, odkąd ja zacząłem tam grać. To normalne i trzeba szukać rozwiązań w ofensywie, aby się na to przygotować – wspominał wiosną w wywiadzie dla TNT Sports legendarny kapitan Steven Gerrard.

Steven Gerrard krytykował tłumaczenia Arne Slota
To jednak nie wszystko, bo największe uniesienie brwi u fanów Holender wywołał, gdy został spytany o to, jak mocno wierzy w to, że jest dalej zapewnić sukcesy w Liverpoolu mimo niestabilnych wyników.
– Jestem zaskoczony takimi wątpliwościami. Pracuję tutaj 1,5 roku, a już zdobyłem jedno mistrzostwo. Mówimy przecież o klubie, który w ciągu ostatnich 30 lat sięgnął tylko po dwa tytuły – odparł Slot być może zapominając o tym, że w przypływie euforii podczas letniego świętowania stosował nieco inną narrację. Krótko mówiąc – Slot pokłócił sięze Slotem niczym Zbigniew Boniek ze Zbigniewem Bońkiem w słynnym filmiku.
W maju szkoleniowiec mówił bowiem o tym, aby… zapomnieć o trudnej przeszłości, bo Liverpool zdobywa drugie mistrzostwo na przestrzeni pięciu lat. Inna ciekawa wypowiedź? Proszę bardzo, oto ta po tym, jak The Reds zapewnili sobie bezpośredni awans do TOP8 Ligi Mistrzów zajmując 3. miejsce w fazie ligowej. – Cieszymy się, bo przecież jeszcze dwa lata temu odpadaliśmy w ćwierćfinale Ligi Europy z Atalantą.
Ktoś powie, że przecież Slot tylko przedstawia fakty i nazywa rzeczy po imieniu. To prawda, ale część kibiców również trafnie zauważa, że takie rzeczy wypominać mogliby Liverpoolowi fani Manchesteru United, a nie ich własny menedżer. Brak budowania wśród zawodników pewności siebie to zresztą chyba jedna z większych różnic pomiędzy Slotem, a jego poprzednikiem Juergenem Kloppem. Pod wodzą Niemca też zdarzały się przecież słabsze okresy, jak w sezonie 2020-21, kiedy tylko dzięki główce Alissona z West Bromem, broniący tytułu Liverpool awansował do Ligi Mistrzów.
Wówczas na Anfield panowało jednak przekonanie, że bez Niemca wszystko mogłoby się potoczyć jeszcze gorzej i nikt na poważnie nie zastanawiał się nad jego pożegnaniem. Potrafił on wzniecić ogień wśród piłkarzy i stworzyć przekonanie, że są lepsi niż tak naprawdę wygląda ich realna wartość. Tak było z Nathanielem Phillipsem czy Rhysem Williamsem, którzy kończyli tamten sezon na środku obrony wobec ogromnych problemów z kontuzjami. Nigdy później ta dwójka nie zbliżyła się choćby do poziomu, który prezentowała na przestrzeni tych kilku spotkań latem 2021 roku.
Défaite contre Brighton :
Klopp : S’excuse auprès des fans
Slot : À l’aéroport, direction Ibiza
La différence. 💔 pic.twitter.com/jO1h7PI8RD
— Liverpool 🇫🇷 (@ActuLFC) May 12, 2026
Oczywiście, istnieje sporo okoliczności łagodzących przy postaci Slota. Według doniesień angielskich mediów mają one nadal kluczowe znaczenie przy podejmowaniu decyzji odnośnie jego przyszłości. Zarządzający pionem sportowym w Liverpoolu Michael Edwards i Richard Hughes także zwracają uwagę na urazy najważniejszych piłkarzy. Aż trudno uwierzyć w to, że pozyskana przed sezonem trójka Hugo Ekitike – Florian Wirtz – Alexander Isak wspólnie spędziła na placu gry zaledwie 116 minut! A przecież nawet gdyby byli w pełni sił, to bezbolesne wkomponowanie ich do nowego zespołu również stanowiłoby pewne wyzwanie.
Nieudane transfery Liverpoolu i kryzys liderów. Fatalne połączenie
Kiedy Szwed wrócił niedawno do zdrowia po złamaniu kości strzałkowej, to w tym samym czasie ścięgno Achillesa w starciu z Brighton zerwał Francuz. Ogromnym cieniem na cały sezon położyła się również letnia tragedia związana ze śmiercią Diogo Joty. Pomijając aspekt ludzki i to, jak ważną był postacią w szatni, to przecież również na boisku można było na niego liczyć. Tak było choćby w kwietniu 2025 roku, gdy jego gol zapewnił derbowe zwycięstwo nad Evertonem.
Niezbyt dobrze Liverpoolowi wyszła z kolei sprzedaż Luisa Diaza do Bayernu. Kolumbijczyk jest w trakcie najlepszego sezonu w karierze, a w Monachium zarabia około 250 tysięcy funtów tygodniowo. To o ponad 100 tysięcy więcej niż inkasował w Liverpoolu, gdzie oczekiwanej podwyżki nie otrzymał. Slot nie był orędownikiem jego odejścia, zresztą byłemu piłkarzowi Porto również dobrze współpracowało się z Holendrem. Wielkie letnie transfery wymusiły jednak na działaczach Liverpoolu pewne odejścia, aby zbilansować budżet. Podobnie było z transferami Darwina Nuneza do Al-Hilal czy Jarella Quansaha do Bayeru Leverkusen.

Luis Diaz jest wielką gwiazdą Bayernu i dobrze się tam odnalazł.
W Liverpoolu liczyli na to, że lukę po transferze Diaza zapełni Cody Gakpo, który był bardzo ważną postacią w trakcie mistrzowskiego sezonu. Niestety, w obecnych rozgrywkach strzelił dwa razy mniej goli niż Diaz, a w ostatnim meczu z Chelsea zaliczył tylko 12 kontaktów z piłką. Holender stał się uosobieniem statycznego Liverpoolu, któremu brakuje energii i podań otwierających drogę do bramki.
Bolesne okazało się również odejście Trenta Alexandra-Arnolda. Wobec wygasającego kontraktu trudno było go zatrzymać na Anfield. Anglikowi zamarzyła się kariera w Realu Madryt, a z piekielnie mocnej prawej strony i duetu z Mohamedem Salahem pozostały jedynie wspomnienia. Wychowanek Liverpoolu zapewniał niekonwencjonalne rozwiązania w ataku i mimo defektów w grze obronnej, w trakcie kilku miesięcy pracy ze Slotem poprawił również te aspekty gry. No i potrafił też świetnie bić stałe fragmenty gry.
Tak naprawdę do dzisiaj Alexander-Arnold nie został odpowiednio zastąpiony, bo na prawej obronie w tym sezonie występowało aż pięciu zawodników, na czele z nominalnymi środkowymi pomocnikami Curtisem Jonesem oraz Dominikiem Szoboszlaiem. Kontuzje trapią Conora Bradleya, Joe Gomez również wygląda na rozwiązanie doraźne, a sprowadzony Jeremie Frimpong jest na razie sporym rozczarowaniem.
Niespodziewana była również obniżka formy liderów – wspomnianego Salaha oraz kapitana Virgila van Dijka. Pierwszy z nich na boisku często był cieniem samego siebie, a poza nim również nie potrafił dogadać się ze Slotem. Gdy Holender jesienią posadził go na ławce rezerwowych, z ust Egipcjanina padły nawet słowa o „wrzucaniu go pod autobus” i tym, że ktoś chyba nie chce, aby był dalej w Liverpoolu.
Na krótką metę konflikt udało się zażegnać, ale nadal siedem goli i sześć asyst w Premier League na tym etapie sezonu to wynik daleki od oczekiwań. Dziś wiadomo już, że po sezonie Salah opuści Liverpool. Oczywiście na zawsze pozostanie legendą klubu, bez której nie byłoby mistrzostwa w pierwszym roku pracy Arne Slota. Drugi rok pokazuje jednak, że na jego kłopoty nie było właściwego lekarstwa.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Do tego doszła olbrzymia podatność na długie piłki zagrywane przez rywali za wysoko ustawioną linię obrony. W fazach przejściowych Liverpool nie potrafił się odnaleźć, a przecież to przez lata było jego siłą. Po stracie piłki panował chaos – Van Dijk, o którym przez lata chodziły legendy, że nikt nie jest w stanie go przedryblować, coraz częściej zaczął gubić krycie i popełniać błędy w ustawieniu. Do tego doszła również słaba postawa jego partnera Ibrahimy Konate, który często wyglądał jak zagubiony dzieciak we mgle.
Kontuzja Giovanniego Leoniego z początku sezonu i brak finalizacji transferu Marca Guehiego w ostatnim dniu okienka transferowego doprowadziły do tego, że brakowało wartościowych zmienników. Slot był więc skazany na to, aby w każdym meczu wystawiać będący w niezbyt dobrej dyspozycji duet.
To wszystko nie może być jednak usprawiedliwieniem dla tego, co dzieje się w ostatnich tygodniach. Zastanawiający jest marazm w ofensywie i niewielka liczba stwarzanych szans wobec tego, że w składzie jest choćby taki piłkarz jak Florian Wirtz. W czasach gry w Bayerze Leverkusen chciało go przecież pół Europy na czele z Bayernem Monachium, który bardzo często, jeżeli kogoś z Bundesligi sobie wymarzy, to później go po prostu bierze. Dla pilnujących budżetu Bawarczyków wydanie 116 milionów funtów było jednak przesadą.
W Liverpoolu Niemiec nie potrafi pokazać pełni potencjału i wygląda jak ciało obce. Więcej asyst od niego w tym sezonie mają choćby tacy gracze, jak Quillindschy Hartman z Burnley, Marcos Senesi z Bournemouth czy Vitaly Janelt z Brentford. – Najwyraźniej Slot obiecał mu coś, czego teraz ewidentnie nie dotrzymuje. Obiecał mu koszulkę z numerem 10 i że zbuduje wokół niego nowy zespół. To była bzdura. Dostał koszulkę z numerem 7, a nowy zespół ewidentnie nie gra wokół Floriana Wirtza. Strasznie mi go szkoda. W Leverkusen wszystko mu się udawało. W Liverpoolu dostaje pięć podań na połowę – a jeśli dwa razy straci piłkę, dostaje złą ocenę – powiedział w grudniu legendarny dyrektor Bayernu Uli Hoeness.

Brak umiejętności wykorzystania Wirtza stanowi punkt wyjścia do szerszej dyskusji o pogarszającej się ofensywie Liverpoolu. Czasem przecież brakuje go w składzie ze względu na nawracające urazy, a wtedy wygląda to jeszcze gorzej. Tak jak w ostatnim meczu z Chelsea, gdy The Reds oddali tylko osiem strzałów – to najsłabszy wynik w całym sezonie. We wcześniejszym domowym starciu z Crystal Palace, kiedy Wirtz był na boisku i strzelił nawet gola, było tych uderzeń dziewięć – co stanowi drugi najsłabszy rezultat w rozgrywkach.
Gwizdy po końcowym gwizdku w minioną sobotę były również wyrazem frustracji względem 18. gola straconego w tym sezonie przez Liverpool po stałym fragmencie gry. Nie pomogła zimowa wymiana trenera-specjalisty w tym zakresie Aarona Briggsa. The Reds zanotowali już w tym zakresie najgorszy wynik w historii całych swoich występów w Premier League.
🚨😳 Liverpool have conceded 18 goals from set-pieces this season 🥶🔴
📉 No club in the Premier League has conceded MORE goals from set-pieces than Liverpool 🤯
⚠️ One of the Reds’ biggest defensive weaknesses this season has been exposed repeatedly from dead-ball situations.… pic.twitter.com/5ugU6Qz9Oq
— Pitch Wire (@wire_pitch) May 9, 2026
Juergen Klopp chwilę po przyjściu na Anfield zabłysnął cytatem, że aby Liverpool mógł osiągać sukcesy potrzebne jest to, aby kibice zaczęli wierzyć, zamiast wątpić. Bardzo szybko jego kadencja stała się naznaczona spektakularnymi powrotami, jak w meczu z Norwich wygranym 5:4 czy z Borussią Dortmund w ćwierćfinale Ligi Europy. Ten sezon pod wodzą Slota jest jednak tego totalnym przeciwieństwem.
The Reds stracili aż 16 goli w ostatnich 15 minutach meczu oraz doliczonym czasie gry. W ten sposób wypuszczali punkty w meczach z Manchesterem United, Manchesterem City, Chelsea, Bournemouth czy Tottenhamem. Liverpool bardzo łatwo jest naruszyć i przy ławce wyraźnie brakuje kogoś, kto zapanowałby nad sytuacją.
Ogromny kredyt zaufania dla Slota po zdobyciu mistrzostwa
Cień rzucany przez Xabiego Alonso również nie dodaje zwolenników Slotowi. Były piłkarz Liverpoolu pozostaje bez pracy od stycznia, kiedy to pożegnał się z Realem Madryt. Gdy dwa lata temu The Reds poszukiwali następcy Kloppa, na niekorzyść Alonso miało działać jego zamiłowanie do taktyki z trójką z tyłu. Ponadto, wtedy jasno zadeklarował, że po zdobyciu mistrzostwa Niemiec nie zamierza opuszczać jeszcze dotychczasowego pracodawcy. Teraz po transferach starych znajomych z Leverkusen, a więc Frimponga i Wirtza, kadra wydaje się być jednak bardziej przystosowana do jego pomysłów. Oczekiwanie społeczności, aby hiszpański trener uwolnił potencjał z tej dwójki również może być atutem przy ewentualnym podjęciu decyzji o jego zatrudnieniu.
Wiadomo, że skład nadal wymaga dużych wzmocnień, choćby w środku pomocy czy obrony, lecz doniesienia o tym, że Alonso miałby niebawem podjąć negocjacje w sprawie objęcia Chelsea przyprawiają fanów na Anfield o spore rozczarowanie. Coraz więcej sygnałów układa się bowiem w scenariusz pod tytułem: zostawiamy Slota, po czym w październiku okazuje się, że to jednak dalej nie ma sensu. Tak było choćby z Erikiem ten Hagiem w Manchesterze United czy też z Brendanem Rodgersem – 10 lat temu w Liverpoolu. Wówczas udało się w mieście Beatlesów zatrudnić Kloppa i wszystko skończyło się fantastycznie, ale czy teraz nie będzie już zbyt późno na Alonso?
Kredyt zaufania po zdobyciu mistrzostwa Anglii przez Arne Slota jest naprawdę pokaźny i Holender na niego zasłużył. To nie jest bowiem tak, że przejął po Kloppie gotowy zespół, którego wystarczyło nie zepsuć. Pomimo braku transferów, były trener Feyenoordu znakomicie odrestaurował formę Salaha, umiejętnie ustawił Gravenbercha na „szóstce” i dzięki temu przekroczył najśmielsze oczekiwania na Anfield. Skala zadania w drugim sezonie wyraźnie go jednak przerosła i pozostawienie go na kolejne rozgrywki na pewno będzie wiązało się ze sporym ryzykiem.
Być może właśnie dlatego najbliższe tygodnie będą dla Liverpoolu ważniejsze niż samo zakończenie sezonu. Władze klubu muszą odpowiedzieć sobie nie tylko na pytanie, czy Arne Slot zasługuje na kolejną szansę, ale przede wszystkim – czy nadal wierzą, że to właśnie on jest człowiekiem, który potrafi rozpocząć nową erę na Anfield. Bo dziś problemem The Reds nie jest już wyłącznie liczba porażek czy rozczarowujące transfery. Najbardziej niepokojące wydaje się to, że Liverpool pierwszy raz od wielu lat przestał sprawiać wrażenie drużyny, która dokładnie wie, dokąd zmierza.
CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:
- Dramat obrońcy Arsenalu! Mundial ma z głowy
- Były klub Grosickiego krok od Premier League! Wrócą słynne derby?
- Tottenham nie wykorzystał potknięcia WHU. Podział punktów z Leeds
fot. Newspix