Radosław Piesiewicz właściwie nie ma już zwolenników. Szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego naraził się większości znaczących w polskim sporcie osób, a do tego jego pozycja znacznie osłabła. Jeśli przeprowadzać rewolucję, to właśnie teraz. Jeśli obalać króla, to jest ten moment. Sęk w tym, że ten nadal może skorzystać z królewskich przywilejów. I to obalenie, tę rewolucję utrudnić. Bo o abdykacji myśleć nie ma zamiaru.
Radosław Piesiewicz jak król. Abdykować nie planuje
Nazywam Radosława Piesiewicza królem nie dlatego, że go za takiego uważam. Nazywam go tak, bo niezmiennie odnoszę wrażenie, że to on postrzega siebie jako człowieka na tronie, z koroną na głowie. Polski Komitet Olimpijski to jego królestwo. I może, owszem, jest królem elekcyjnym – musiał zostać przecież wybrany – ale dąży do władzy absolutnej.
A przynajmniej do tego, by być jej tak blisko, jak to tylko możliwe.
Jak każdy król, ma jednak swoje przywary. I jak niemal każdy – gdy zakosztował władzy, chce jej więcej. Piesiewicz najpierw rządził w Polskiej Lidze Koszykówki, a kilka miesięcy później został wybrany prezesem Polskiego Związku Koszykówki. I pełnił te obie funkcje równocześnie. Nie było mowy o podziale władzy – Piesiewicz miał w rękach całą. Ale całą tylko w tym jednym sporcie, w baskecie. Poszedł więc po więcej.
I to więcej dostał. 138 na 162 głosy w wyborach na prezesa PKOl dostały się jemu. Miażdżąca wygrana, która być może dała mu poczucie, że grono jego zwolenników nigdy się nie skurczy tak, by mogło mu to zagrozić. A może po prostu przeszacował swoją własną mądrość, swój zmysł biznesowy, swoje możliwości? Może uznał, że jako prezes Komitetu może w zasadzie wszystko? Może – wracamy do przywar władców – stwierdził, że to jego zdanie musi być zawsze i wszędzie decydujące?
Może nawet gdzieś pod nosem powtarzał sobie: „Komitet to ja”. A może nie. Z pewnością jednak dokładnie takie wrażenie sprawia.
Radosław Piesiewicz jest bowiem – a przynajmniej tak się prezentuje – władcą przekonanym o własnej nieomylności. Władcą, który na innych zrzuca niepowodzenia, a sobie przypisuje zasługi. Jest królem, który w swojej twierdzy będzie bronić się do upadłego przed odwołaniem z pełnionej funkcji, bo we własnych oczach nie ma sobie absolutnie nic do zarzucenia. To inni są źli, nie on. To inni popełniają błędy, nie on. To inni – władza, minister sportu, działacze – sprawiają, że Komitet ma ciężko.
A on? On go ratuje. On działa dla jego dobra.
WYŁĄCZNIE dla jego dobra.
Piesiewicz „wziął to na siebie”. Cokolwiek to oznacza
Umowa z zondacrypto – która Piesiewicza pogrążyła, głównie przez aferę wokół niewypłacalnych nagród dla olimpijczyków – to ta ostatnia kropla. Choć nie, może nie kropla, raczej całkiem mocny strumień, który lał się dłuższą chwilę. I tak, oczywiście, więcej podmiotów miało podpisane umowy z tą firmą. Kluby piłkarskie i nie tylko, pojedynczy sponsorzy, nawet – a i owszem, wspomnimy, bo i tak to przywołacie – Weszło.
Jest jednak różnica między prywatnymi firmami czy klubami, a krajowym komitetem olimpijskim.
Jest też różnica między prezesem takiego komitetu, a właścicielem firmy czy zespołu.
Tym większa, jeśli prezes rzeczonego komitetu słyszał wątpliwości wyrażane przez jego doradców. Jeśli wiele osób uważało za niewłaściwe, by organizacja tego typu, o takiej historii i renomie, podpisywała umowę z giełdą kryptowalut. A tym bardziej, by umieszczała logo w nazwie i na fasadzie swojej siedziby.
Jeśli wtedy rzeczony pan i władca powiedział: „biorę to na siebie”, jeśli ogłosił współpracownikom, że opcjonalne problemy będą jego odpowiedzialnością i w ten sposób zignorował wszystkie te ostrzeżenia i wątpliwości, to teraz powinien mieć w sobie choć krztynę, najmniejszą odrobinę samokrytyki.
Tymczasem Radosław Piesiewicz abdykować nie planuje. Nie złoży dymisji, choć na spotkaniu u ministra sportu niedawno poparło wniosek o nią ponad 50 prezesów polskich związków sportowych. Ba, wydaje się, że Piesiewicz nawet nie przeprosi.
Bo przeprosiny zakładałyby przyznanie się do błędu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Radosław Piesiewicz zasiadł na tronie w swojej oblężonej twierdzy. Zatrzasnął wszystkie drzwi i zasunął okiennice. W środku została (o ile w ogóle) tylko garstka zaufanych ludzi króla. Przytakiwaczy, utwierdzających go, że robi dobrze, gdy na przykład mówi tak (w rozmowie z Telewizją Republika):
– Jeżeli pan minister Rutnicki namówi wszystkich prezesów tych klubów, które wymieniłem, łącznie z prezesem Atalanty Bergamo i Juventusu i oni podadzą się do dymisji, to wtedy ja się zastanowię, czy też podać się do dymisji.
Buta, arogancja i zaklinanie rzeczywistości
Nie napiszę, że Piesiewicz nie dostrzega, jak błędne jest to myślenie.
Jestem przekonany, że dobrze wie, że po prostu idzie w zaparte i będzie tam szedł, aż wyrośnie przed nim ściana. A i wtedy będzie próbował – choćby głową – ją przebić. Jestem również pewien, że wie, że to nie tylko o tę sprawę chodzi. Zondacrypto i ostatecznie nadszarpnięty wizerunek PKOl-u to po prostu moment, w którym wiele osób zdało sobie sprawę, że trzeba się z tej piesiewiczowskiej twierdzy ewakuować, póki jeszcze można.
Więc to zrobili. I teraz stoją pod jej murami, wołając, by wyszedł i oddał im koronę.
(Nic dziwnego, akurat w polskich związkach sportowych doskonale potrafią wyczuwać, skąd wieje wiatr).
Umowa z zondacrypto była jednak Piesiewiczowi potrzebna, bo wcześniej stracił inne. Oczywiście, były tu rozgrywki polityczne, jednak to on w dużej mierze doprowadził do tego, że PKOl znalazł się w potrzebie dopływu finansów. To jego działania, jego decyzje. Kampania reklamowa dla olimpijczyków, w której stał się główną postacią. Dziwne zachowania w trakcie igrzysk w Paryżu. Sprzeczki z nowymi władzami w Ministerstwie Sportu i prezesami wielu związków.
Długo by to wszystko wymieniać. W każdym razie – to Piesiewicz sprawił, że Piesiewicz jest teraz pod oblężeniem. To on doprowadził do tego, że PKOl jest w pewnym stopniu skompromitowany. Zgodnie z zapowiedzią jednak – wziął to na siebie. A raczej: inni to wzięcie mu narzucili, a on stara się spod tego ciężaru wyswobodzić.
Jego przytoczone powyżej słowa o tym świadczą. Piesiewicz próbuje rozmywać odpowiedzialność, wbrew zapowiedziom nie akceptuje takiego postawienia sprawy. Oskarża ministerstwo, oskarża inne podmioty, odwraca uwagę. Jest w tym buta, jest arogancja, jest zaklinanie rzeczywistości.
I w sumie nic z tego nie zaskakuje.
Bo to nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, gdy Radosław Piesiewicz tak podchodzi do swoich wpadek. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, gdy trzyma się stanowiska. Teraz nadchodzi czas utrudniania życia chcącym go odwołać działaczom. Będzie unikać zwoływania zarządu, będzie odwlekać moment powołania Walnego Zgromadzenia PKOl. Zrobi wszystko, by przy władzy – przynajmniej do końca kadencji – się utrzymać.
A Polski Komitet Olimpijski będzie musiał to wszystko po prostu przetrwać. I liczyć, że nowy władca nie pogrąży go jeszcze bardziej.
Fot. Newspix
Czytaj również na Weszło:
- Złamano dwie godziny w maratonie! Historyczny wynik
- Kolarze w oparach Czarnobyla. Wyścig Pokoju po katastrofie
- Iga Świątek poza turniejem w Madrycie. Krecz w trzecim secie!