Jeremy Sochan w New York Knicks. Czy to dla niego dobre miejsce?

Tomasz Kordylewski

14 lutego 2026, 12:39 • 13 min czytania 2

Jeremy Sochan w New York Knicks. Czy to dla niego dobre miejsce?

Jeremy Sochan nie musiał długo szukać nowego klubu w NBA. W środę porozumiał się z San Antonio Spurs w sprawie rozwiązania kontraktu, a już w czwartek dogadał się z New York Knicks, z którymi w piątek oficjalnie podpisał umowę do końca trwającego sezonu NBA. Czy w Nowym Jorku będzie w stanie się odbić i wrócić z karierą na dobre tory po zawirowaniach w Teksasie? Do jakiego klubu trafił i co go czeka w słynnej Madison Square Garden?

Reklama

W piątek w nocy przyszło potwierdzenie, gdy New York Knicks oficjalnie ogłosili, że Jeremy Sochan dołączył do nich do końca sezonu. Takie informacje już w czwartek przekazał zresztą Shams Charania, a dziennikarz ESPN jest w tej chwili najlepiej zorientowanym człowiekiem w transferach w NBA. Co więcej, także polski skrzydłowy w swoim stylu puścił oko w mediach społecznościowych, a na jego post – który stał się viralem i w tej chwili ma już miliony wyświetleń – zareagowali m.in. Karl-Anthony Towns czy Josh Hart, czyli jego nowi koledzy z drużyny.

Reklama

Ten drugi, jako wielki fan Chelsea, już nie może przeżyć, że w szatni będzie miał kibica Arsenalu…

Charania podał, że o usługi Sochana zabiegało łącznie nawet 10 zespołów. Nie wiadomo, o jakie drużyny chodzi, choć w tym kontekście przewijają się m.in. Denver Nuggets (których skautem jest Rafał Juć) czy Phoenix Suns. Nie wiadomo też, czy liczba 10 zainteresowanych zespołów nie jest lekko zawyżona przez agenta i obóz Sochana. Z drugiej strony, nie byłaby to wcale przesada, biorąc pod uwagę defensywny talent oraz wciąż bardzo młody jak na standardy NBA wiek 22-letniego gracza.

Dlaczego Jeremy Sochan odszedł z San Antonio?

Skończyła się więc przygoda Sochana z San Antonio Spurs, którzy w 2022 roku wybrali go z wysokim, dziewiątym numerem w drafcie. Wtedy wydawało się, że lepiej nie mógł trafić. Przez trzy pierwsze sezony reprezentant Polski był zresztą w Teksasie ważnym ogniwem, choć problemy zdrowotne nie pozwalały mu do końca rozwinąć skrzydeł. W trwających rozgrywkach na stałe stracił jednak miejsce w rotacji. Trener Mitch Johnson – który w maju 2025 roku na stałe zastąpił Gregga Popovicha – nie widział dla Sochana miejsca w zespole. Polakowi nie pomagał fakt, że od początku kariery nie poprawił swojego słabego rzutu na tyle, by móc go wystawiać obok innych gorzej rzucających z dystansu zawodników Spurs.

22-latek grał więc mało albo wcale, a w ostatnich tygodniach najczęściej „grzał” ławkę rezerwowych. Nie dostawał szans nawet w meczach, których wynik był rozstrzygnięty na długo przed ostatnią syreną. Spurs szukali mu nowego domu przed zamknięciem okienka transferowego w NBA, ale nie zaakceptowali żadnej oferty. Już wtedy o pozyskaniu Sochana z teksańskim klubem rozmawiali przedstawiciele New York Knicks.

Finalnie do niczego nie doszło, a skrzydłowy po zamknięciu okienka zdecydował się poprosić Spurs o rozwiązanie kontraktu. Wolał odejść z miejsca, w którym czuł się jak w domu, byleby tylko dostać szansę na grę. Tym bardziej że jego umowa z San Antonio kończyła się po tym sezonie. Siedzenie na ławce na pewno nie pomogłoby mu w walce o nowy kontrakt, a skoro Spurs nie wiązali z nim już przyszłości, to rozwiązanie umowy i świeży start w nowym miejscu były dla Sochana najlepszą na ten moment opcją.

New York Knicks. Gdzie trafił Jeremy Sochan?

Ręce po Sochana wyciągnęło sporo drużyn. I to nie dziwi. Skrzydłowy, który w maju świętować będzie dopiero 23. urodziny, w pierwszych sezonach w NBA pokazywał przecież duży potencjał. Nie bez powodu był wybrany do grona najlepszych debiutantów. Dwukrotnie nominowano go też do meczu wschodzących gwiazd podczas All-Star Weekend. Gdy dostawał szanse w San Antonio, to notował solidne liczby. Imponował wszechstronną defensywą, która od początku kariery była jego największą kartą przetargową. Potrafił błyszczeć też w ataku, choć jasne było, że to po tej ofensywnej stronie boiska ma najwięcej do poprawy.

Jasne było więc, że ktoś da mu szansę. Sochan nie jest jeszcze skończonym produktem. To nadal młody gracz, który może się jeszcze sporo rozwinąć. Zdecydowanie przedwczesne były głosy, które skreślały go w ogóle z NBA. Faktem jest jednak, że nad jego karierą pojawiły się wątpliwości, dlatego bardzo istotne było to, w jakim miejscu Jeremy będzie ją kontynuował. I pod tym względem wybór New York Knicks – bo to Sochan finalnie mógł wybrać spośród wielu ofert – może być trochę zaskakujący. Ale zanim o tym, warto dowiedzieć się więcej o Knicks.

To jedna z najstarszych drużyn NBA. Są w lidze od samego początku. To także jeden z najbardziej popularnych zespołów koszykarskich. Nie tylko w Ameryce, ale na świecie. Dla wielu symbol Nowego Jorku i część amerykańskiej popkultury. Właścicielem klubu jest kontrowersyjny James Dolan, a zespół rozgrywa swoje mecze w słynnej na cały świat Madison Square Garden. W pierwszych rzędach regularnie zasiadają gwiazdy filmu, muzyki czy innych sportów. Pewne jest więc, że Sochan w Nowym Jorku będzie miał nawet jeszcze większą ekspozycję. Jeśli pokaże się z dobrej strony, to zostanie tym bardziej zapamiętany.

Madison Square Garden (hala New York Knicks)

Szczególnie że Knicks w tym sezonie walczą o mistrzostwo. Na szczycie NBA po raz ostatni byli… ponad pół wieku temu. Dolan w jednym z wywiadów stwierdził ostatnio, że jakikolwiek inny wynik niż mistrzowski tytuł będzie w tym roku rozczarowaniem. Presja na wynik jest więc w Nowym Jorku duża. Chyba największa od lat, skoro właściciel – do tej pory znany głównie ze skąpstwa oraz raczej nieudolnego prowadzenia drużyny – zgodził się kolejny już sezon przekroczyć próg podatkowy. Knicks idą na całość, bo przeżywają w tej chwili swój najlepszy okres w XXI wieku. Od 2023 roku regularnie meldują się w fazie play-off. Nie są już pośmiewiskiem ligi.

W poprzednich rozgrywkach byli w najlepszej czwórce NBA, ale w finałach konferencji odpadli z niżej rozstawionymi Indiana Pacers. Znów przeszkodziły im krótka rotacja oraz problemy zdrowotne najważniejszych graczy. Mimo najlepszego od ćwierć wieku wyniku władze klubu zwolniły trenera Toma Thibodeau. Jego następcą został Mike Brown – szkoleniowiec doświadczony, który jednak największe sukcesy odnosił jako asystent w sztabie Golden State Warriors. W roli głównego trenera nigdy nie poprowadził jeszcze drużyny do mistrzostwa.

Do jakiego systemu gry trafia Jeremy Sochan?

Brown preferuje szybsze granie niż Thiboaeu. Jego system jest bardziej egalitarny. Punkty mają zdobywać nie tylko największe gwiazdy, ale też gracze od zadań specjalnych. Knicks starają się bowiem szukać najlepszej pozycji w ogóle, a nie najlepszej pozycji dla swoich najlepszych zawodników. Jest więcej ścięć (tutaj Sochan może błyszczeć) i znacznie więcej prób z dystansu (tutaj Sochan może mieć oczywisty problem). Knicks w ostatnim sezonie Thibsa byli w trzeciej dziesiątce, jeśli chodzi o średnią liczbę rzutów za trzy na mecz, a w trwających rozgrywkach są pod tym względem już na dziewiątym miejscu w lidze.

Ofensywa nowojorskiej ekipy nadal nie funkcjonuje idealnie, ale na półmetku rozgrywek Knicks mają trzeci wynik w NBA, jeśli chodzi o efektywność ataku. To już jest znakomity rezultat. Brown chce również, by jego gracze podejmowali szybkie decyzje i często na bieżąco reagowali na zachowania defensywy. Sochan w San Antonio nie zawsze sobie z tym radził. Tak, ma doświadczenie w grze jako rozgrywający, ale był to eksperyment całkowicie nieudany, który mocno zachwiał przecież jego pewnością siebie. Może wprowadzać piłkę na połowę przeciwnika, potrafi też dobrze podać, ale to nadal nie jest jego najmocniejsza strona.

Wydaje się jednak, że Knicks będą wymagać od reprezentanta Polski trochę innych rzeczy. W tym sezonie brakowało im przede wszystkim centymetrów i atletyzmu na ławce rezerwowych. Jedną z potrzeb był defensywny stoper na skrzydło, który będzie w stanie dać drużynie trochę energii i powalczyć z topowymi skrzydłowymi przeciwnych drużyn, a w razie potrzeby „pomasować” się trochę pod koszem. Szczególnie że na Wschodzie trochę takich topowych skrzydłowych jest. Możliwe, że już w debiucie – w nocy z 19 na 20 lutego – Sochan będzie miał za zadanie ograniczenie poczynań Cade’a Cunninghama, czyli lidera najlepszych w tej chwili w lidze Detroit Pistons. Z kolei już na samym początku marca do Nowego Jorku przyjadą… byli koledzy Sochana z San Antonio.

Knicks potrzebowali też więcej charakteru. A to akurat coś, co Sochan na pewno im da. Od samego początku kariery skrzydłowy nie odpuszczał nawet na centymetr. Brał udział w mniejszych i większych przepychankach, bo mimo młodego wieku nie pozwalał sobą pomiatać. I także dzięki temu szybko zyskał sympatię fanów Spurs. Teraz będzie miał okazję zaprezentować ten swój charakter kibicom w Madison Square Garden, którzy takich walczaków oczywiście uwielbiają.

Knicks przed zamknięciem okienka dodali zresztą do składu także Jose Alvarado – filigranowego portorykańskiego rozgrywającego urodzonego na Brooklynie, który nie bał się stanąć do walki na pięści na przykład z dużo wyższym Markiem Williamsem, gdy był jeszcze zawodnikiem New Orleans Pelicans:

Alvarado ma już za sobą kilka meczów dla nowojorskiej drużyny i już udowadnia, że potrafi robić na parkiecie sporo zamieszania, a przy okazji zajść przeciwnikom za skórę. Knicks trochę też będą tego wymagać od Sochana. Tym bardziej że nadchodzi czas twardej gry. Faza zasadnicza wchodzi w decydujący moment, a już za dwa miesiące start play-offów. Knicks z bilansem 35 zwycięstw i 20 porażek zajmują trzecie miejsce w tabeli Konferencji Wschodniej. Mają niewielkie straty do Boston Celtics (35-19) i trochę większe do wspomnianych Pistons (40-13). A tuż za nimi są już Cleveland Cavaliers (34-21), którzy po pozyskaniu Jamesa Hardena zyskali wiatr w żagle.

Knicks dodali więc Sochana do składu także z myślą o tej niedalekiej przyszłości. W kwietniu zaczną granie w fazie play-off. Zameldują się tam po raz czwarty z rzędu – takiej serii w XXI wieku jeszcze nie mieli. Dla reprezentanta Polski będą to tymczasem pierwsze play-offy w karierze. I to od razu w niesamowitej atmosferze Madison Square Garden. Można założyć, że to też miało spory wpływ na jego decyzję, by wybrać Knicks.

Z kim Jeremy Sochan będzie rywalizował o minuty?

Sochan musiał też dostać od Knicks jakieś zapewnienie, że otrzyma szansę na grę i pokazanie się. Bo na pewno mógł iść do słabszego zespołu, gdzie o rolę i minuty byłoby mu łatwiej. Skoro jednak wybrał Knicks, to na pewno nie po to, by dalej grzać ławkę rezerwowych. Z kim będzie w Nowym Jorku rywalizował o minuty? Skrzydło „obstawiają” przede wszystkim Mikal Bridges i OG Anunoby. Ten pierwszy jest jakby zrobiony z żelaza. Od początku kariery – debiutował w 2018 roku – nie opuścił ani jednego spotkania!

Ten drugi jest bardziej… szklany. Anunoby od lat regularnie ma problemy zdrowotne i nie inaczej jest w tym sezonie. To samo można jednak napisać o Sochanie, dlatego zdrowie reprezentanta Polski też będzie pod lupą. To ważne, bo problemy jednego gracza są szansą drugiego. Dobrze wie o tym Mohamed Diawara, czyli tegoroczny debiutant, który ostatnio regularnie dostaje minuty od trenera Browna. Francuz ma solidną trójkę (dużo lepszą niż Sochan), nieźle broni i daje dużo energii. W ostatnim meczu przed przerwą na Weekend Gwiazd zdobył 14 punktów i trafił cztery trójki, pomagając Knicks wygrać z 76ers.

20-letni Diawara będzie więc dla Sochana rywalem w walce o minuty, przy czym Jeremy – ze względu na brak pewnego rzutu – będzie najpewniej wystawiany w bardzo konkretnych ustawieniach. To dlatego, że w Nowym Jorku jest też dwóch innych zawodników w podstawowej rotacji, których rywale odpuszczają na dystansie – obrońca Josh Hart i środkowy Mitchell Robinson. Trener Brown nie może sobie tymczasem pozwolić na to, by Jalen Brunson – lider zespołu – miał za mało miejsca przy wejściach pod kosz, dlatego na parkiecie w jednej chwili nie może przebywać zbyt dużo graczy niegrożących rzutem z dystansu.

Sochan z podobnymi problemami zmagał się w San Antonio, bo tam też z czasem pojawiło się więcej takich „niepewnych” zawodników, jeśli chodzi o rzuty za trzy punkty. A przecież do niego pewna łatka już przylgnęła i nie będzie mu łatwo jej zerwać. Do tego potrzebne są zresztą liczby – lepsza skuteczność przy dużo większej próbie. Na to się jednak na razie nie zanosi. 22-latek oczywiście będzie nad tym rzutem pracował i pewnie będzie okazyjnie próbował rzucać z dystansu, ale to nie po to został sprowadzony do Nowego Jorku.

Największym jego sprzymierzeńcem może być zresztą Karl-Anthony Towns, czyli jeden z najlepiej rzucających z dystansu wysokich graczy w historii ligi i kluczowy gracz drużyny z Big Apple. Wystawianie reprezentanta Polski obok Townsa może ułatwić Knicks grę w ataku, gdy Brown będzie posyłał w bój Sochana. Będzie to miało znaczenie również w defensywie, bo Jeremy może pomóc ubezpieczać Townsa, który w obronie nigdy orłem nie był. Wszechstronna defensywa Sochana i możliwość skutecznej obrony zawodników z kilku różnych pozycji – graczy i tych mniejszych, bardziej zwinnych oraz nieco wolniejszych, ale wyższych i silniejszych – to z pewnością coś, co przekonało Knicks do złożenia Polakowi oferty. Tym bardziej że może być to niezwykle wartościowe przede wszystkim w fazie play-off.

Jeremy Sochan w New York Knicks. Obie strony mogą skorzystać

Dla nowojorskiej ekipy to zresztą ruch, który niesie za sobą małe ryzyko, ale potencjalnie bardzo duży zysk. Knicks dzięki dobrym posunięciom przed zamknięciem okienka mieli jeszcze trochę przestrzeni pod drugim progiem podatkowym apron. Jego przekroczenie nałożyłoby na nich sporo ograniczeń, jeśli chodzi o budowę zespołu. Tymczasem zostali pod tym progiem, a do tego pozyskali wspomnianego Alvarado oraz Sochana. Wzmocnili ławkę rezerwowych na drugą część rozgrywek i dodali dwóch charakternych graczy, którzy mogą potencjalnie zrobić im różnicę.

Dla Sochana ten ruch jest szansą na świeże otwarcie, choć na pierwszy rzut oka nie jest wcale przesądzone, że 22-latek w Nowym Jorku szybko i dobrze się odnajdzie. Knicks będą potrzebować od niego wsparcia tu i teraz, bo walczą o mistrzostwo, tak więc Sochan będzie musiał w miarę szybko udowodnić, że jest w stanie to wsparcie dać. Droga do minut nie jest natomiast wcale oczywista (choć Knicks mają sporo zawodników, którzy regularnie wypadają z gry; Mitchell Robinson dla przykładu nie gra w meczach rozgrywanych dzień po dniu), a Sochan znów – tak jak w San Antonio – może być tylko polisą ubezpieczeniową na wypadek problemów kadrowych.

A przecież dla niego kolejne miesiące to też walka o kolejny kontrakt. Nie ma wątpliwości, że na dużej scenie Madison Square Garden może się teraz pokazać, ale musi zostawić przede wszystkim dobre wrażenie, by latem znów mieć sporo ofert.

Kto wie, może właśnie w Nowym Jorku znajdzie swój nowy dom, choć po zwolnieniu z San Antonio utracił on tzw. prawa Birda (od nazwiska legendarnego Larry’ego Birda), dzięki którym jego aktualny klub miałby większe możliwości w związku z ewentualnym przedłużeniem kontraktu. To może więc utrudnić Knicks zatrzymanie skrzydłowego, gdyby okazało się, że Sochan w nowojorskiej ekipie rzeczywiście się odbuduje i przypomni o swojej wartości. Na razie to jednak melodia przyszłości. Nie ma co myśleć o kolejnym kontrakcie i następnych sezonach w NBA. Trzeba skupić się na tym, co jest tu i teraz. Dobrze wejść w zespół i zapracować na stałe miejsce w rotacji.

Sochan musi mieć zresztą nadzieje, że napisze najlepszy jak do tej pory polski rozdział w historii New York Knicks. Dwóch z trzech poprzednich Polaków w NBA też miało przecież z tym klubem związki. To Knicks wybrali Macieja Lampego w drafcie w 2003 roku, ale ten zagrał dla nich tylko w lidze letniej. Oficjalnego debiutu się nie doczekał, bo został wytransferowany, gdy Knicks sięgali po – tak im się wtedy wydawało – gwiazdę w osobie Stephena Marbury’ego. W ramach tej wymiany do Nowego Jorku trafił wtedy… Cezary Trybański. Środkowy został wrzucony do transferu w zasadzie tylko ze względu na kontrakt, a w koszulce Knicks rozegrał łącznie ledwie pięć minut w trzech meczach. Były to zresztą jego ostatnie występy w NBA.

Miejmy więc nadzieje, że Jeremy Sochan – który na Manhattanie grać będzie najprawdopodobniej z numerem 20 na koszulce – zapewni nam dużo przyjemniejsze polskie akcenty w historii New York Knicks.

TOMASZ KORDYLEWSKI

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. Newspix, Instagram/New York Knicks

2 komentarze
Tomasz Kordylewski

Zakochany w koszykówce, odkąd w 2008 roku jako 13-latek zobaczył w akcji Rajona Rondo. Dumny fan Boston Celtics. Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. O NBA pisał dla newonce, Rzeczpospolitej i Kanału Sportowego. Od 2022 roku co roku na start sezonu wydaje "Przewodnik NBA". Za największy życiowy sukces uznaje jednak wygraną z rakiem jądra. I teraz niemal każdego faceta potrafi zapytać, czy badał sobie ostatnio jaja.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty

Pierwszy w historii zimowy medal dla Ameryki Południowej!

AbsurDB
1
Pierwszy w historii zimowy medal dla Ameryki Południowej!
Reklama

Koszykówka

Reklama
Reklama