Już dziś o 20:30 polscy piłkarze ręczni rozpoczną walkę o to, by jak najlepiej zaprezentować się w mistrzostwach Europy. Rywalami Biało-Czerwonych w grupie będą Węgrzy, Islandczycy oraz Włosi. W trzech słowach: nie będzie łatwo. Czy jednak Polacy mogą osiągnąć dobry wynik, czy też czeka ich jedynie walka o uniknięcie kompromitacji?
Piłka ręczna. Czy Polacy powalczą o dobry wynik na mistrzostwach Europy?
Wiedzieliście, że reprezentacja Polski zaczyna dziś granie w wielkim turnieju? Niekoniecznie? W sumie nic dziwnego. Od czasów Bogdana Wenty – a nawet nieco późniejszych – nasza reprezentacyjna piłka ręczna zaliczyła solidny zjazd, a ostatnie lata to głównie wygrzebywanie się z tego dołka. Wygrzebywanie, które wciąż trwa, bo kilka razy po podejściu w stronę światła, zdarzyło nam się na powrót osunąć w ciemność.
Nic dziwnego, że patrząc na skład naszej grupy i możliwości kadry, Sławomir Szmal – teraz już w roli prezesa związku, nie bramkarza – mówił, że celem Polaków powinna być walka o miejsca 13-16., czyli trzecią lokatę w grupie. Innymi słowy: prezes nie zakłada wyjścia z grupy, chciałby po prostu nie skończyć w niej na ostatnim miejscu.
Bo taki aktualnie jest nasz „stan posiadania”, takie są możliwości. Na papierze, rzecz jasna, bo może boisko da inne odpowiedzi.
Inna sprawa, że mistrzostwa Europy nigdy nam nie leżały. Wszystkie polskie medale w XXI wieku przywoziliśmy bowiem z mistrzostw świata. Euro? Raz – w 2010 roku – zajęliśmy 4. miejsce, po wyrównanym boju z Chorwacją (21:24) w półfinale i katastrofie z Islandią, gdzie do przerwy było już 18:10 dla rywali (skończyło się 26:29, ale wielkiej nadziei na odrobienie strat nie było). Poza tym to dla nas turniej momentów. Takich jak remis ze Szwecją, gdy wyszliśmy z 11 bramek straty… co ostatecznie niewiele nam dało. Była też absurdalna wręcz porażka z Chorwatami, 23:37, prawdziwa tragikomedia, na mistrzostwach granych u siebie. Czyli mecz, przez który odpadliśmy z tamtego turnieju.

Sławomir Szmal, dzisiaj prezes związku
A ostatnie lata? No jest słabo, nie ma co kryć.
2018 rok to brak awansu. W 2020 zajęliśmy 21. miejsce. Poprawka przyszła dwa lata później, gdy skończyliśmy na 12. lokacie, ale przed dwoma laty znów nie było wesoło, bo zajęliśmy tylko 16. miejsce. Jak więc widzicie – nasz poziom to druga dyszka w Europie.
I w tym roku zapewne się to nie zmieni.
Co słychać w polskiej kadrze?
Selekcjonerem Polaków od jakiegoś czasu jest Jota Gonzalez, w przeszłości asystent w zespole PSG, od trzech lat pracujący jako pierwszy trener w portugalskiej Benfice. Sięgnięto więc – po kilku selekcjonerach krajowych – po zagraniczną, bo hiszpańską myśl szkoleniową. Dla Gonzaleza mistrzostwa będą pierwszym dużym turniejem i… w sumie to dobrym poligonem doświadczalnym, na ocenę możliwości tej kadry. Hiszpan może bowiem podejść do nich bez presji – tę zdjął z niego już przecież Szmal, nikt też raczej nie oczekuje cudów.
Natomiast sam trener i zawodnicy są nastawieni… w miarę optymistycznie, tak to ujmijmy. Pomogły w tym optymizmie na pewno dwa sparingi z Serbią, które zagrali w ramach przygotowań do mistrzostw – jeden wygrany 33:32, drugi zremisowany 32:32. Arkadiusz Moryto mówił o nich na stronie Związku Piłki Ręcznej w Polsce:
– Myślę, że przygotowania poszły mniej więcej zgodnie z planem trenera. Dostaliśmy bardzo dużo informacji, trener przekazał bardzo dużo niuansów taktycznych, które musieliśmy w tym czasie przyswoić i wprowadzić do gry. Wszystko zostało zwieńczone dwumeczem z Serbami, który pokazał i dobre, i złe rzeczy w naszej grze. Są aspekty, które trzeba jeszcze poprawić. Zwłaszcza w drugim meczu z Serbią było zdecydowanie więcej błędów z naszej strony. To sygnał dla trenera, że wciąż trzeba jeszcze coś zmieniać i szukać najlepszych ustawień. Fajnie, że przećwiczyliśmy niemal wszystkie zagrywki, które przez ponad tydzień trenowaliśmy.
***
Skład Polaków na Euro 2026:
Bramkarze: Jakub Skrzyniarz (Bidasoa Irun), Miłosz Wałach (Vardar Skopje).
Skrzydłowi: Mikołaj Czapliński (PGE Wybrzeże Gdańsk), Piotr Jarosiewicz (Industria Kielce), Marek Marciniak (Vardar Skopje), Arkadiusz Moryto (Industria Kielce).
Obrotowi: Dawid Dawydzik (Orlen Wisła Płock), Maciej Gębala (HC Erlangen), Wiktor Jankowski (Vardar Skopje).
Rozgrywający: Michał Daszek (Orlen Wisła Płock), Tomasz Gębala (PGE Wybrzeże Gdańsk), Piotr Jędraszczyk, Michał Olejniczak (obaj Industria Kielce), Paweł Paterek (KGHM Chrobry Głogów), Ariel Pietrasik (Kadetten Schaffhausen), Damian Przytuła (RK Zagrzeb), Wiktor Tomczak (PGE Wybrzeże Gdańsk), Andrzej Widomski (Eurofarm Pelister).
***
Zgrupowanie w Cetniewie kadrowicze ogółem ocenili jako pozytywne. Trener też. Raz jeszcze zajrzyjmy na stronę związku, gdzie Gonzalez mówił:
– Mam nadzieję, że w Szwecji zagramy dobre mecze. Zrobimy wszystko, żeby tak się stało. Kiedy zaczynaliśmy okres przygotowawczy, czułem się inaczej niż teraz. Jest już trochę stresu i emocji. Punktem zwrotnym były mecze z Serbią. Chciałem pokazać w nich zawodnikom, że możemy rywalizować z tak silnymi drużynami jak Serbia i to bardzo ważne dla mnie, że zrobiliśmy dobry wynik. To pokazuje, że możemy powtórzyć to także na Euro.
Bo i faktycznie, Serbowie to trudny rywal. Nawet jeśli grali na pół gwizdka albo niekoniecznie wystawili pierwszy skład, to dobre wyniki z nimi w przygotowaniach mogą podnieść morale. A to by się Polakom przydało, ostatnie wyniki na wielkich turniejach nie są bowiem nastrajające przesadnie optymistycznie.
A i grupa, do której trafili, łatwa nie jest.
Uniknęli co prawda największych potęg – choćby gospodarzy, a więc Danii czy Norwegii (gospodarzem jest też Szwecja i to akurat w tamtejszym Kristianstad Polacy rozegrają swoje mecze) – ale trafili na dwa solidne, mocne ekipy w postaci Węgier i Islandii. Włosi, ostatni z naszych rywali, też swoje umie.

Jota Gonzalez, trener Polaków
Polacy mają więc – jak mówił Gonzalez – dać z siebie wszystko, walczyć i z jednej strony trzymać się planu, a z drugiej – wnieść do swojej gry nieco kreatywności.
– Chciałbym, żeby w obronie zawodnicy przewidywali ruchy i zagrania rywali. Musimy być agresywni, twardzi jeden na jeden, ale chciałbym też, aby moi zawodnicy byli sprytni. W ataku mamy fajny mix umiejętności, to znaczy zawodników, spośród których jedni grają dobrze na zwodzie, drudzy mocno rzucają z dystansu, a trzeci dobrze współpracują z obrotowymi. Myślę, że to może być naszym atutem. Trudno jeszcze mówić o stylu gry reprezentacji Polski, bo minęło zbyt mało czasu, ale chciałbym, aby drużyna pokazała już trochę z naszego pomysłu na grę – tak ujął to trener.
Czy jego plan – szczątkowy, ale jednak – uda się zrealizować? Zobaczymy. Podobnie jak przekonamy się, co to da.
Rywale? Klasowi, ale nie najwyższa półka
Dziś o 20:30 męcz z Węgrami. Pojutrze, o 18, z Islandią. A z Włochami – albo o honor, albo o awans – zagramy 20 stycznia, też o 18. Tak wygląda nasz harmonogram.
Zacznijmy więc od Węgrów. Generalnie to ekipa, która w ostatnich latach wymieniana jest w gronie kandydatów do medali właściwie na każdej imprezie, ale zawsze z dopiskiem, że musiałoby się na to złożyć kilka czynników, co jednak nie zdarzyło się im od dawna. Ostatni raz w strefie medalowej Węgrzy byli w 2012 roku, na igrzyskach (4. miejsce). Z kolei ostatni medal dużej imprezy wywalczyli… w 1986 roku. Na pewno mocny jest węgierski klubowy szczypiorniak.
Ten reprezentacyjny próbuje się dopasować.
W ostatnich latach węgierską ekipę znakomicie rozwinął Chema Rodriguez, wcześniej wielki rozgrywający, który przez wiele lat grał właśnie w węgierskim Veszprem. To on zrobił z kadry Węgier ciekawie grającą ekipę, w której młodość miesza się z doświadczeniem i tworzy momentami wybuchową mieszankę. I to mieszankę, która już od jakiegoś czasu opiera się na tych samych nazwiskach, a przez to – dobrze wie, jak ze sobą grać. Jedna filozofia trenerska, podobny skład – wszystko tam jest już przetestowane, każdy trybik na swoim miejscu. No, prawie każdy – Węgrzy nie będą mogli skorzystać na mistrzostwach z usług Bence Banhidiego, jednego z najlepszych obrotowych świata.
Ale Polacy, jak Tomasz Gębala (znów za stroną związku) mówią, że nie ma co się z tej nieobecności przesadnie cieszyć:
– Jak pokonać Węgrów? To skomplikowane pytanie. Na to nie składa się jedna rzecz. Możemy powiedzieć, że chodzi o to, żeby bronić szczelnie i rzucać celnie, ale wchodząc w szczegóły, musimy dobrze ustawić naszą defensywę, być skoncentrowani cały czas i być gotowi na próby Węgrów, którzy będą chcieli nas oszukać. Oprócz tego, musimy podjąć mocną walkę fizyczną i nie dać rywalom swobodnie biegać. W ataku musimy konsekwentnie realizować plan i wierzyć, że przyniesie on takie efekty, jakie chcemy, czyli sytuacje bramkowe, które potem trzeba będzie wykorzystać. Skuteczność będzie nam potrzebna. Nawet bez Bence Banhidiego, Węgrzy mają wciąż bardzo dobrych obrotowych w postaci choćby Miklosa Rosty. Nie ma co patrzeć na to w kontekście ulgi. Musimy trzymać się planu. Przed startem turnieju czuję spokój.
***
Terminarz Polaków na mistrzostwach Europy:
16 stycznia, 20:30: Polska vs Węgry
18 stycznia, 18:00: Polska vs Islandia
20 stycznia, 18:00: Polska vs Włochy
***
Od meczu z Węgrami wiele będzie zależeć, bo nawet wywalczony w nim remis mógłby dać nadzieję Polakom na wyjście z grupy, ale też napędzić ich przed drugim starciem – z Islandią. To podobna ekipa do węgierskiej: od lat blisko czołówki, ale bez wielkich sukcesów. Ich ostatni medal to brąz mistrzostw Europy w 2010 roku. Brąz, który mógł nas zaboleć, bo to przywoływany już mecz, w którym w walce o medal ograli Polaków. W ostatnich latach Islandczycy nie rywalizują jednak w decydujących starciach, zajmując raczej lokaty pod koniec najlepszej dyszki.
Ale nazwiska mają w kadrze znakomite. Jest Omar Magnusson, rozgrywający Magdeburga, najlepszej ekipy klubowej ostatnich lat. Jest Gisli Kristjansson, też piłkarz tego klubu, MVP rozgrywek Final Four Ligi Mistrzów z ubiegłego sezonu. Polscy fani mogą kojarzyć dobrze Haukura Thrastarssona, aktualnie rozgrywającego Rhein Neckar Loewen, w przeszłości gracza Industrii Kielce, a także młodego bramkarza Viktora Hallgrimssona, dziś zawodnika Barcelony, a wcześniej – przez sezon – Orlen Wisły Płock.
W skrócie: to plejada naprawdę uznanych w świecie europejskiego szczypiorniaka nazwisk. I aż dziw bierze, że w ostatnich latach ta ekipa nie walczy o medale. Na papierze może być to bowiem nawet zespół lepszy od Węgrów, stąd – powtórzmy – spotkanie z Madziarami jest tak istotne. Bo jeśli w którymś z tych pierwszych dwóch meczów nie zdobędziemy punktów, to ostatnie starcie będzie już właściwie o nic.
W tym ostatnim meczu zagramy z Włochami, czyli najsłabszym z naszych rywali, ale… też całkiem mocnym, który w ostatnich latach rośnie w siłę. To taki zespół, z którym powinniśmy wygrać, ale którego zdecydowanie nie można zlekceważyć. Na ostatnich mistrzostwach świata byli na 16. miejscu i był to ich pierwszy występ w tym turnieju od 28 lat. Na mistrzostwach Europy też mieli taką przerwę – poprzednio grali w 1998 roku, ale byli wówczas gospodarzami turnieju. Przez eliminacje dostali się tu pierwszy raz. W składzie mają kilku gości z niemieckich czy francuskich rozgrywek. Do tego grają agresywnie, odważnie, wywierają nacisk na rywala, nie boją się meczów nawet z najlepszymi rywalami.
Kto wie, może sprawią niespodziankę. I w sumie nie mielibyśmy nic przeciwko, żeby ten ostatni mecz grupowy – Polaków z Włochami – był starciem o to, która z tych ekip wyjdzie do kolejnej fazy rozgrywek.
***
Ostatecznie jednak, biorąc pod uwagę sytuację Polaków i to, w jakim miejscu jest nasza kadra, to nawet gdybyśmy przegrali wszystkie mecze, ale minimalnie, po zaciętej walce, to musielibyśmy pogratulować Biało-Czerwonym postawy.
Jak powiedział Sławomir Szmal: wyjście z grupy byłoby sukcesem, celem są miejsca 13-16. Brutalnie można to nazwać walką o uniknięcie kompromitacji.
Taki mamy w naszym szczypiorniaku klimat.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj również na Weszło:
- Wielki sukces Polaka. Wygrał etap rajdu Dakar!
- Izraelska bezczelność. Skandaliczne oskarżenia po turnieju
- Zwolińska świadomie buduje wyrazistość. I nie przegina