Męczarnie z happy endem. Polacy zagrają na mistrzostwach świata!

Sebastian Warzecha

17 maja 2026, 17:00 • 5 min czytania 4

Reklama
Męczarnie z happy endem. Polacy zagrają na mistrzostwach świata!

Kamień z serca. Ba, głaz nawet, menhir prawdziwy. Tak można opisać ostatnie minuty meczu Polaków z Austriakami w Olsztynie. Meczu, który decydował o tym, czy nasi szczypiorniści pojadą na styczniowe mistrzostwa świata. Długo, naprawdę długo nie byliśmy o tym przekonani. Aż do ostatniej akcji spotkania. Dopiero wtedy Biało-Czerwoni ostatecznie zamknęli kwestię awansu. 

Reklama

Polacy zagrają na mistrzostwach świata. Ależ nerwy!

– Kluczowa będzie nasza obrona i powstrzymanie akcji jeden na jednego, których będą próbować Austriacy, a także maksymalne ograniczenie błędów i strat w ataku. Wymarzony wynik? Zwycięstwo. Taki rezultat pokazałby nam, że możemy pokonać takiego rywala i osiągnąć awans. To będzie bardzo ważne dla naszych morali – mówił przed pierwszym meczem z Austriakami Jota Gonzalez, trener Polaków (cytat za oficjalną stroną ZPRP). Opowiadał też o kontrach Austriaków, o tym, że lubią wyprowadzić bramkarza i o tym, jak istotne będzie wykorzystanie ich błędów.

Wszystko to się Polakom w Grazu udało. Nie idealnie – wygrali jedną bramką, pewnie mogli wyżej. Ale wygrali. Do Olsztyna, gdzie rozgrywano rewanż, przyjechali z nadziejami, że pojadą na mistrzostwa świata.

Gdyby stało się inaczej, byłby to jeszcze smutniejszy, niż w ostatnich latach, obraz podupadania polskiej piłki ręcznej. Choć to nie tak, że byłoby to coś skrajnie nowego – w 2019 roku też nas na mistrzostwach zabrakło. Ledwie cztery lata po ostatnim medalu tej imprezy staliśmy się outsiderami. I jasne, od tamtego momentu nie było lekko – zajmowaliśmy na MŚ odpowiednio 13., 15. i 25. miejsce. To nie tyle zły, co fatalny (bo pogarszający się) zestaw wyników. Ale jednak na tę imprezę jeździliśmy.

Reklama

Choć, tak po prawdzie, to i z tym mogłoby być blado, gdyby nie szczególne okoliczności – w 2021 roku otrzymaliśmy dziką kartę, z kolei dwa lata później byliśmy współgospodarzem. Faktycznie na MŚ awansowaliśmy w 2025. Teraz też o ten awans trzeba było walczyć.

I to do ostatnich chwil.

A Austriacy też chcieli na mistrzostwa pojechać. I to w dodatku trudny rywal. Dekadę, tym bardziej dwie temu takiego meczu byśmy się nie bali. Teraz? Mimo pozytywnego bilansu i wielu zwycięstw w ostatnich spotkaniach – można było drżeć. Bo o ile nasza kadra leciała w dół, o tyle ta rywali nieco się w światowych notowaniach wzniosła. I do rywalizacji – zgodnie z tym, co mówili Polacy – przystępowały dziś dwie ekipy o podobnej sile, grające na bardzo zbliżonym poziomie.

Polacy, wiadomo, mieli bramkę przewagi z pierwszego meczu. Mieli też własnych kibiców na hali.

Reklama

Fatalna pierwsza połowa

Pierwsza połowa to piekło. Druga – czyściec. A ostatnia akcja wprowadziła nas ostatecznie do nieba. To najkrótsze możliwe podsumowanie tego spotkania w wykonaniu polskich szczypiornistów. Bo w tej pierwszej części gry nasi zawodnicy prezentowali się długimi momentami fatalnie. Austriacy przewodzili grze, karcili nas kontratakami, a trzymali nas przy życiu głównie bramkarze. Polacy nie radzili sobie w defensywie, często dawali rywalom się urwać, znaleźć miejsce do podania i wypracowania sobie sytuacji.

W sumie to długo i tak było dobrze, bo ponad połowę spotkania byliśmy rywali blisko. Potem jednak ci zaczęli nam uciekać. Na tyle skutecznie, że w kilka minut zrobiło się 10:15, a Jota Gonzalez został zmuszony do wzięcia przerwy. Ta… no, wiele nie dała, ale nieco nam pomogła. O tyle, że zatrzymaliśmy ucieczkę Austriaków, a do przerwy odrobiliśmy nawet jedną bramkę strat – gdy obie ekipy schodziły do szatni, było 13:17.

Czyli dalej źle. Nawet bardzo. Ale w pewnym momencie wydawało się, że może być nawet gorzej.

Odmiana losu. Jedziemy na mistrzostwa!

Gonzalez musiał w czasie tej przerwy odpowiednio swoich podopiecznych zmotywować. Czy suszarką, czy innym sposobem – nie wiemy. W każdym razie Biało-Czerwoni wyszli na drugą część spotkania z zupełnie innym nastawieniem. Dużo więcej było walki, nikt nie odpuszczał, defensywa nagle stała się szczelna, a w bramce wspomagał ją Marcel Jastrzębski, który w tej drugiej połowie prezentował się świetnie. Efekt był taki, że Polacy szybko odrobili straty.

Reklama

Jeszcze nie w meczu – zbliżyli się bowiem na gola – ale w całej rywalizacji już tak.

Tyle że to był tylko początek tej połowy. A potem – sinusoida. Raz my się zbliżaliśmy, raz Austriacy uciekali. Potrafiliśmy skorzystać z ich pustej bramki (często grali w przewadze, bez bramkarza), sprawialiśmy, że łapali kary, ale też dużo sytuacji nasi zawodnicy jednak marnowali. W końcu jednak udało im się wyjść na prowadzenie (24:23) i wydawało się, że nawet je powiększą. Sekwencja kilku błędów, niewykorzystanych karnych i złej gry w przewadze sprawiła jednak, że Austriacy nie tylko wyrównali stan meczu, ale na powrót wyszli na prowadzenie.

Pod koniec mieli nawet akcję na dwie bramki przewagi. Nie skorzystali, bo dobrze zadziałała nasza defensywa. Polacy dostali w efekcie niespełna pół minuty na przeprowadzenie własnej akcji. Ostatniej, decydującej. Opcje były teoretycznie dwie: albo dogrywka, albo awans. O trzeciej – stracie piłki i rzucie na pustą bramkę – nie myśleliśmy. Inna sprawa, że gdyby nie wykorzystać przewagi 7 na 5 (Austriacy mieli karę) w takiej sytuacji, to na ten awans po prostu by nie zasłużyli.

Na szczęście jednak ostatnia akcja (swoją drogą – symbolicznie – Jota Gonzalez wziął czas i po nim do końca zostało 14 sekund, czyli… jedna Wenta) poszła gładko. W świetnej sytuacji znalazł się Szymon Sićko, ale postanowił nie rzucać. Ukradł jeszcze kilka sekund, przerzucił piłkę do nawet lepiej ustawionego Michała Daszka, ten zszedł ze skrzydła najbardziej do środka jak tylko mógł, rzucił i…

Reklama

TRAFIŁ!

Na tablicy wyników zrobiło się 30:30 i choć Austriacy próbowali jeszcze rzucić ze środka, to piłka nie miała już prawa wpaść do bramki. Mecz się skończył i to nasi reprezentanci – choć namęczyli się przy tym niemiłosiernie – wywalczyli awans na mistrzostwa.

Reklama

Podsumować można to finalnie jednym słowem: uffff. Żadne inne tak dobrze tu nie pasuje.

Polska – Austria 30:30 (13:17, 17:13), w dwumeczu 56:55

Fot. Newspix

 

Reklama
4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Klose pogratulował Messiemu. „Zawsze mówiłem, że nie jest zły”

Braian Wilma
0
Klose pogratulował Messiemu. „Zawsze mówiłem, że nie jest zły”

Inne sporty

Reklama