Reklama

Czesi znów imponują w Europie. Jak długo potrwa ich pucharowy sen?

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

07 marca 2024, 13:02 • 13 min czytania 50 komentarzy

Niekiedy odnosimy wrażenie, że czeski futbol istnieje głównie po to, by wpędzać Polaków w kompleksy. No i w bieżącej odsłonie europejskich pucharów nasi południowi sąsiedzi po raz kolejny dostarczają nam powodów do zazdrości. Podczas gdy udział polskich klubów w kontynentalnych rozgrywkach zakończył się wraz ze sromotną klęską Legii Warszawa w dwumeczu z Molde, Czesi wciąż pozostają w grze i nadal mają w Europie aż trzech swoich przedstawicieli. Viktoria Pilzno udała się do Genewy na spotkanie z Servette, Slavia Praga zagra dziś na San Siro z Milanem, a Sparta Praga zmierzy się przed własną publicznością z Liverpoolem. Co tu dużo gadać, wielki futbol.

Czesi znów imponują w Europie. Jak długo potrwa ich pucharowy sen?

Według rankingu współczynników UEFA, Czesi w tej chwili plasują się na szóstym miejscu wśród najlepiej punktujących krajów w pucharowym sezonie 2023/24. Skuteczniejsi od nich są jedynie Włosi, Niemcy, Anglicy, Francuzi oraz Hiszpanie, a zatem topka najmocniejszych piłkarsko nacji Starego Kontynentu. Czesi uciułali w bieżącej kampanii aż 12,750 punktu do swojego krajowego współczynnika. My zamknęliśmy dorobek na 6,875 punktu – przepaść, choć to przecież solidny rezultat.

Przyjrzyjmy się zatem nieco dokładniej europejskiej przygodzie Viktorii, Slavii i Sparty.

Viktoria tańczy na trzech weselach

Zacznijmy nietypowo, bo od dołu, czyli od Ligi Konferencji Europy.

W tych rozgrywkach wciąż uczestniczy Viktoria Pilzno, która ostatnio zalicza pucharowy renesans po małej serii potknięć. W 2019 i 2020 roku ekipa z Doosan Areny poległa bowiem w eliminacjach do Ligi Europy, a w kolejnej kampanii nie sprostała CSKA Sofia w rywalizacji o awans do fazy grupowej LKE, ale po tym krótkim okresie niepowodzeń sytuacja w Pilźnie wróciła już na właściwe tory. W sezonie 2022/23 Viktoria po raz czwarty w dziejach zameldowała się w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a obecnie doskonale sobie radzi w Lidze Konferencji. Naprawdę – doskonale. Wierzcie lub nie, ale podopieczni Miroslava Koubka jak dotąd nie przegrali w bieżącej odsłonie pucharowych zmagań ani jednego spotkania. Zaczęli wprawdzie od rozczarowującego, bezbramkowego remisu u siebie z kosowską Dritą w drugiej rundzie eliminacyjnej do LKE, jednak później… zanotowali komplet zwycięstw. Mówimy już o jedenastu (!) wygranych spotkaniach z rzędu.

Reklama

Mało tego, aż ośmiokrotnie Viktoria zdołała zachować czyste konto. I okej, można podkreślać, że Czesi nie mierzyli się na przestrzeni ostatnich miesięcy z topowymi oponentami – najpierw była to wspomniana Drita, później – wciąż w eliminacjach – maltańskie Gżira United oraz kazachski Toboł Kustanaj. W fazie grupowej los skojarzył Viktorię z kolejnymi przeciwnikami z Kosowa i Kazachstanu – KF Ballkani i FK Astana. Ale, po pierwsze, takich rywali też trzeba umieć ograć, a my akurat w Polsce doskonale wiemy, że nie zawsze jest to proste zadanie. Po drugie, Viktoria w grupie mierzyła się także z Dinamem Zagrzeb, no i dwukrotnie zatriumfowała.

Nie ma zatem mowy o przypadku.

W czeskiej ekstraklasie Viktoria jest już właściwie bez szans na dogonienie Sparty i Slavii, bo traci do nich – odpowiednio – dwanaście i osiem punktów, ale ma też na tyle bezpieczną przewagę nad czwartym miejscem stawce (dziesięć oczek), że może się z czystym sumieniem skoncentrować na występach Lidze Konferencji. A okazja do wykręcenia historycznego rezultatu w Europie z pewnością jest szczególnie kusząca dla trenera pilzneńskiej drużyny, wspomnianego już Miroslava Koubka. To prawdziwy nestor wśród czeskich szkoleniowców – zbliża się do 73. urodzin, a pierwsze kroki w trenerce stawiał na początku lat 80. minionego stulecia.

Miroslav Koubek

Samo odwieszenie butów na kołku i ukończenie odpowiednich kursów z nikogo nie uczyni trenera – twierdzi Koubek w rozmowie z portalem „Seznam Zpravy”. – Kluczowa jest praktyka, zbieranie rozmaitych doświadczeń. Dopiero pracując, jestem w stanie poznać sam siebie, swoje reakcje na różne wydarzenia. Dzisiaj sądzę, że okres trenerskiego dojrzewania trwa mniej więcej piętnaście lat. […] Ja sam trenerski debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej zaliczyłem po pięćdziesiątce, a najkorzystniejszą ofertę w życiu otrzymałem dopiero jako sześćdziesięciolatek. Jednak decydując się na podporządkowanie życia pracy trenerskiej, musiałem też brać pod uwagę wyrzeczenia, jakich ten zawód wymaga. Kiedy podpisuję z klubem kontrakt, to wiem, że na czas trwania umowy moje życie prywatne nie istnieje. Poza podstawowymi obowiązkami rodzinnymi, wszystko schodzi na dalszy plan. Trener musi żyć swoją pracą, musi być jej całkowicie poświęcony. Nie może być tak, że przychodzisz na stadion, odbębnisz trzy godziny na treningu i idziesz na tenisa. Taki los sobie wybraliśmy.

Reklama

Cóż, stara szkoła. Jednak nie do wszystkich zagadnień szkoleniowiec Viktorii podchodzi aż tak staroświecko. Kiedy w 2014 roku po raz drugi – i, jak się okazało, wcale nie ostatni – zasiadł na ławce Viktorii, po czym sięgnął z nią po mistrzostwo Czech, upamiętnił ten sukces tatuażem na prawym przedramieniu.

„To był zakład! Nieopatrznie obiecałem zawodnikom, że jeśli coś wygramy, to zrobię sobie tatuaż na pamiątkę. Kiedy przypieczętowaliśmy wywalczenie tytułu w ostatniej kolejce, tatuator już na mnie czekał”

Miroslav Koubek na łamach „Seznam Zpravy”

Inna sprawa, że tamta kadencja zakończyła się dla Koubka wielkim rozczarowaniem. Choć jego zawodnicy zaczęli zmagania w eliminacjach do Ligi Mistrzów od wyjazdowego zwycięstwa 2:1 z Maccabi Tel Awiw, to w rewanżu przegrali 0:2 i bardzo szybko pożegnali się z marzeniami o Champions League. Dwa tygodnie później Viktoria miała już nowego trenera. – 150 milionów koron przeszło klubowi koło nosa, pojawiła się zła krew. Potrzebny był kozioł ofiarny – uważa Koubek. Doświadczony trener nie ukrywa zresztą, że bieżąca odsłona europejskich rozgrywek to dla niego okazja do zatarcia przykrych wspomnień z 2015 roku. Rzecz jasna Liga Konferencji to nie to samo co Liga Mistrzów, ale też Viktoria pod względem potencjału finansowego wyraźnie dziś ustępuje swoim największym oponentom z Pragi, więc wszystkim w Pilźnie czerpanie satysfakcji z występów w mniej prestiżowym turnieju przychodzi obecnie ze znacznie większą łatwością.

W 1/8 finału LKE czeska ekipa zmierzy się ze szwajcarskim Servette FC. No i wydaje się, że to Viktoria jest faworytem do awansu. Jesienią Helweci w fazie grupowej Ligi Europy mierzyli się bowiem ze Slavią Praga, no i skończyło się to dla nich boleśnie – klęską 0:6 w dwumeczu. – Skoncentrowaliśmy się na dobrych wynikach w Europie, zapewniając znaczące zyski finansowe i w kwestii współczynnika dla Viktorii, a przy okazji dla całego czeskiego futbolu – zaznacza trener Koubek. – Nie oznacza to, że nie martwią nas nasze potknięcia w lidze, ale tańczymy na trzech weselach jednocześnie, bo chcemy też wywalczyć puchar kraju. Nie jest łatwo.

Slavia chce wciąż być najważniejsza

A skoro już wspomnieliśmy o Slavii Praga, to zatrzymajmy się przy niej na dłuższą chwilę.

„Czerwono-biali” jeszcze kilka lat temu byli tym czeskim zespołem, w którego kierunku zerkaliśmy w Polsce chyba z największą zazdrością. Regularne triumfy na krajowym podwórku, wielkie mecze w Europie, świetny trener w osobie Jindricha Trpisovsky’ego, znakomita organizacja, potężny chiński inwestor w tle… Slavia miała wszelkie argumenty, by stać się znaczącą futbolową marką na Starym Kontynencie, no i w pełni wykorzystała własny potencjał. Tylko że złota era dobiegła tam już końca. Mogliśmy to zresztą dostrzec, gdy los dwukrotnie skojarzył prażan z przedstawicielami Ekstraklasy w pucharowych eliminacjach. W 2021 roku Slavia poległa w konfrontacji z Legią Warszawa, a rok później ledwo-ledwo zdołała uporać się z Rakowem Częstochowa. Widać było, że to już nie jest ta ekipa, która kilka lat wcześniej potrafiła postawić się Barcelonie czy Interowi Mediolan w Lidze Mistrzów albo poskromić Sevillę w Lidze Europy.

Skąd ten regres? Przed dwoma laty pisaliśmy na Weszło: „Zobowiązania CEFC zostały przyjęte przez CITIC Group, największy konglomerat państwowy Chin, który stał się właścicielem czeskich biznesów CEFC, na czele ze sprawnie funkcjonującą sportowo Slavią Praga. Ale to jest też koniec chińskiej bajki. Nie jest tak, że Państwo Środka buduje sobie potęgę na terenie Czech. Biznesy nie wypaliły. Inwestycje nie przyniosły oczekiwanych skutków. Trzeba było się wycofać. Ochłodziły się relacje polityczne między Pekinem a Pragą. Zdeniek Hrzib, prezydent czeskiej stolicy, nawiązuje do chińsko-sceptycznej myśli Vaclava Havla, sprzeciwia się komunistycznej naturze Państwa Środka, wspiera Tajwan, powrócił do tradycji wywieszania tybetańskiej flagi na magistracie w rocznicę powstania w Tybecie, przyjmował nawet premiera tego państwa we własnym ratuszu. Chiny odpowiedziały deklaracją o zerwaniu prasko-pekińskiej umowy o przyjaźni między miastami i zawieszeniu wszelkich kontaktów oficjalnych między stolicami. Czeski kontrwywiad raportował o niepokojących działaniach państwa chińskiego na terenie swojego kraju, a rząd – jeszcze za kadencji Andreja Babisa – wycofał się z zacieśniania stosunków politycznych z Chinami ze względu na rozczarowanie współpracą gospodarczą, poczucia zagrożenia cybernetycznego i zmianę kierunku działań w polityce międzynarodowej”.

Tajemnica chińskiej inwestycji w Slavię Praga

W latach 2017-2021 Slavia nie miała sobie równych w Czechach, aż czterokrotnie sięgając w tym okresie po mistrzostwo kraju. Jednak dwie poprzednie edycje ligowych zmagań prażanie kończyli już na drugim miejscu w stawce. Obecnie też plasują się zresztą na pozycji wicelidera.

Jindrich Trpisovsky

Z drugiej jednak strony – biorąc pod uwagę okoliczności i, ujmijmy to, polityczno-organizacyjne wstrząsy, jakich klub w ostatnich latach regularnie doświadczał – i tak wypada docenić fakt, że „czerwono-biali” nie wypadli zupełnie z gry o najwyższą stawkę i nie pogrążyli się w poważniejszym kryzysie. Mało tego, doczekali się już nowego właściciela. W grudniu klub oficjalnie przeszedł w ręce Pavla Tykaca, czeskiego oligarchy i „barona węglowego”, jak go niekiedy nazywają krajowe media. – Niektóre okazje pojawiają się tylko raz w życiu i jeśli taką okazję przegapisz, będziesz tego żałować przez kolejne dziesięciolecia. Mnie tego rodzaju szansa przytrafiła się tuż przed Bożym Narodzeniem i nie miałem zamiaru jej zmarnować – stwierdził Tykac, który zaznacza, że jest kibicem Slavii z dziada-pradziada. Szacuje się, że przedsiębiorca zapłacił za klub – wraz ze stadionem – około 350 milionów złotych (2 miliardy koron czeskich). – W porządnych rodzinach tradycja kibicowania Slavii przechodziła z pokolenia na pokolenie. Komu innemu mieliśmy kibicować? Czerwonym, którzy znacjonalizowali nasze gospodarstwa i ziemie?

Biznesowa działalność Tykaca od dawna budzi w kraju naszych południowych sąsiadów potężne kontrowersje. Niegdyś właściciela Slavii wręcz wykpiwano za jego inwestycje w tak zwaną „brudną energię”, ale szybko się okazało, że elektrownie węglowe przynoszą mu bajeczne profity. – Tykac zauważył, że Europa przedwcześnie i – jak twierdzi on sam – bezmyślnie pozbawiła się wielu klasycznych źródeł wytwarzania energii, zbyt szybko stawiając na alternatywne źródła. Dlatego ceny wystrzeliły w górę, a on, wciąż posiadając w swoim ręku elektrownie węglowe, w ekspresowym tempie się wzbogacił – analizuje portal „HNonline”.

„Tykac to człowiek o reputacji pozbawionego skrupułów hazardzisty. Pirat czeskiego biznesu, porównywany do Gordona Gekko – diabolicznego bohatera filmu „Wall Street”. Uznaje chciwość za największą z cnót”

dziennikarz Jan Nevyhosteny

W futbolu miliarder również zdaje się stawiać na sprawdzone rozwiązania.

Pozostawił na stanowisku prezesa Slavii Jaroslav Tvrdika, trenerem pierwszej drużyny nadal jest też Jindrich Trpisovsky. Nowy właściciel klubu zapowiada wprawdzie daleko idące zmiany, ale raczej jeśli chodzi o system szkolenia młodzieży oraz infrastrukturę treningową. I w sumie – trudno się dziwić. „Czerwono-biali” będą mieli zapewne trudności z dogonieniem Sparty Praga w lidze, lecz kwestia mistrzostwa wciąż nie jest przecież rozstrzygnięta – stołeczne ekipy dzielą przecież w tabeli zaledwie cztery punkty. Natomiast na europejskiej arenie Slavia spisuje się kapitalnie. Jak za najlepszych lat. W fazie grupowej Ligi Europy prażanie wygrali aż pięć spotkań, w tym mecz u siebie z Romą, na oczach blisko 20 tysięcy widzów, którzy zasiedli tego wieczora na trybunach Fortuna Areny.

Slavia Praga to najważniejszy czeski klub piłkarski. Chcę, żeby kibice pozostałych zespołów również nie mieli co do tego żadnych wątpliwości – odgraża się Tykac. Pokonanie Milanu w 1/8 finału Ligi Europy z pewnością stanowiłoby argument na poparcie tej buńczucznej deklaracji.

Sparta odzyskała tron

Innego zdania jest z pewnością Daniel Kretinsky.

To kolejny z zamożnych czeskich oligarchów, będący od lat współwłaścicielem i prezesem praskiej Sparty, a przy okazji również udziałowcem w West Hamie United. Zresztą o zagranicznych inwestycjach Kretinsky’ego można bardzo długo opowiadać. Swego czasu Czech wywołał na przykład gigantyczne zamieszanie we Francji, przejmując tam udziały w kilku słynnych tytułach prasowych, na czele z kultowym „Le Monde”. Oskarżano go nawet o próby sterowania linią polityczną pisma w trakcie kampanii wyborczej, a wielu obserwatorów francuskiej sceny medialnej właściwie expressis verbis oburzało się, że przybysz z kraju, który dopiero co tkwił za żelazną kurtyną, jak gdyby nigdy nic stał się ważnym graczem rynku prasowego nad Sekwaną. Kretinsky się jednak tym wszystkim nie zraził. Wprawdzie udziały w „Le Monde” zdążył już sprzedać, ale w międzyczasie poczynił szereg innych inwestycji i zaczęto go tytułować z przekąsem „największym pracodawcą we Francji”.

Zresztą o Czechu w pewnym momencie zrobiło się również głośno w Polsce. Przed sześcioma laty koncern Czech Media Invest, należący właśnie do Kretinsky’ego, wszedł na moment w posiadanie Radia ZET. „Puls Biznesu” tak przedstawiał wówczas czeskiego oligarchę: – Choć Kretinsky nie jest ani premierem, ani najbogatszym Czechem, to z jego zdaniem muszą liczyć się wszyscy. Kontroluje bowiem tabloid „Blesk” – najpoczytniejszy czeski dziennik. Biznesem kontroluje także drugą najchętniej czytaną gazetą – „Aha!”. Czech News Center to także szereg portali i mniejszych tytułów – regionalnych i tematycznych.

Fundamentem fortuny prezesa Sparty pozostają jednak, nie może być tutaj żadnego zaskoczenia, przedsiębiorstwa z branży energetycznej. Kretinsky, podobnie jak Tykac, zarobił niewyobrażalne sumy na węglu (i gazie) i właśnie to pozwala teraz miliarderowi odważnie dywersyfikować majątek. – To on w 2010 roku przejął przynoszącą straty kopalnię w Czechowicach-Dziedzicach, która stała się jedną z najlepiej prosperujących firm wydobywających węgiel kamienny w Polsce. Próbował kupić także pomorską Energę – pisał w 2018 roku Marcin Lis z „Money.pl”. – Kretinsky w czasach górniczego kryzysu pokazał, że na wydobyciu węgla można zarobić.

„Kretinsky działał w oparciu o śmiałe założenie, że osławiony europejski projekt ekologicznej transformacji będzie chaotyczny i długotrwały, a węgiel i gaz będą wykorzystywany znacznie dłużej, niż wynika to z pierwotnych założeń. Były prawnik zbudował więc imperium paliw kopalnych, kolekcjonując „brudne” aktywa w promocyjnych cenach od przedsiębiorstw dążących czym prędzej do dekarbonizacji”

Gautam Naik i Petra Sorge na łamach „Bloomberga”

Oczywiście taka, a nie inna działalność szefa Sparty przysporzyła mu wielu krytyków. Jak przytacza „Bloomberg”, przedstawiciele rozmaitych organizacji zabiegających o ochronę środowiska nazywali w ostatnich latach Kretinsky’ego na przykład „hieną kopalną” i „węglowym wrogiem Unii Europejskiej”. W tym kontekście miliarder może sobie przybić piątkę z właścicielem Slavii, choć oczywiście w biznesie i od niedawna sporcie panowie zajadle rywalizują.

Na ten moment górą jest Sparta, która w sezonie 2022/23 odzyskała mistrzostwo Czech po blisko dekadzie niepowodzeń, a aktualnie znajduje się na dobrej drodze do obronienia tytułu. Zespół dowodzony przez Duńczyka Briana Priske nieźle spisuje się także na arenie międzynarodowej. Wprawdzie prażan musiała zaboleć porażka w eliminacjach do Champions League, gdzie zostali oni wyeliminowani po serii rzutów karnych przez Kopenhagę, ale już pokonanie Dinama Zagrzeb w walce o udział w fazie grupowej Ligi Europy było z pewnością przyjemną niespodzianką. W LE czekała jednak Spartę jeszcze cięższa przeprawa. Koniec końców Czesi uplasowali się na drugim miejscu w stawce – za plecami Glasgow Rangers, ale przed Realem Betis i Arisem Limassol. Wyjście z grupy zapewnili sobie dzięki kapitalnemu finiszowi – w przedostatniej serii spotkań pokonali u siebie Betis, a kropkę nad i postawili na Cyprze, triumfując nad Arisem 3:1.

Sparta świętuje wyeliminowanie Dinama

Najbardziej efektowne zwycięstwo Sparty w bieżącej odsłonie europejskich rozgrywek miało jednak dopiero nadejść. W rundzie wstępnej fazy pucharowej Ligi Europy prażanie przegrali na wyjeździe 2:3 z Galatasaray, by w rewanżu rozbić Turków aż 4:1. Cegiełkę do spektakularnego sukcesu dołożył Lukas Haraslin, znany w Polsce z występów w Lechii Gdańsk. Słowak to jeden z bohaterów Sparty – w sezonie 2023/24 zdobył już cztery gole w pucharach i dziesięć trafień w lidze.

Naturalnie szanse Sparty na wyeliminowanie Liverpoolu nie są zbyt wielkie, ale już samo starcie z przeciwnikiem tego kalibru to duża frajda dla praskich kibiców. – Jeszcze trzy lata temu na Spartę nie dało się patrzeć. Grała okropnie – przyznaje Patrik Berger, były reprezentant Czech i eks-zawodnik „The Reds”. – Wszystko się zmieniło w momencie, gdy Tomas Rosicky został dyrektorem sportowym. Postawił na świetnego trenera, który początkowo nie radził sobie co prawda najlepiej, ale to było normalne, bo chciał zupełnie odmienić sposób gry zespołu. Kiedy dostał czas i zaufanie, odpłacił się wynikami. Dzisiejsza Sparta to już zupełnie inny zespół niż ten sprzed paru lat. Gra po prostu nowoczesny, europejski futbol i potrafi być groźna dla każdego.

***

Cokolwiek się wydarzy w najbliższych meczach, Czesi już teraz mogą być dumni ze swojej postawy w pucharowej kampanii. Oczywiście nie oznacza to, że ich piłkarski system pozbawiony jest słabości – nawet Viktorii Pilzno trudno już dzisiaj dotrzymywać kroku praskim mocarzom, a reszta ligowej stawki nie ma w rywalizacji ze Spartą i Slavią tak naprawdę nic do powiedzenia. Finansowo i, co za tym idzie, sportowo – czołówkę i peleton dzieli przepaść. Tak czy owak, pewnie jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie, zanim w Polsce doczekamy sezonu, gdy w marcu trzej przedstawiciele Ekstraklasy wciąż będą z powodzeniem wojować w Europie.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. NewsPix.pl

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

1 liga

Bruk-Bet Termalica sięga po młodzież. Obrońca wróci do Polski?

Szymon Janczyk
0
Bruk-Bet Termalica sięga po młodzież. Obrońca wróci do Polski?

Liga Europy

1 liga

Bruk-Bet Termalica sięga po młodzież. Obrońca wróci do Polski?

Szymon Janczyk
0
Bruk-Bet Termalica sięga po młodzież. Obrońca wróci do Polski?

Komentarze

50 komentarzy

Loading...