Reklama

Floyd Patterson – ostatnia nadzieja… białych

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

10 kwietnia 2023, 15:23 • 31 min czytania 6 komentarzy

Floyd Patterson, jak niemal każdy doświadczony pięściarz, świetnie znał smak porażki. Przeżył w swojej karierze mnóstwo spektakularnych wzlotów, ale i kilka wyjątkowo bolesnych upadków. Jednak lanie, jakie zebrał z rąk Muhammada Alego w listopadzie 1965 roku, było czymś znacznie więcej, niż tylko czysto sportowym niepowodzeniem. Ali po prostu upokorzył swojego rywala w ringu. Znęcał się nad nim, czerpiąc przyjemność ze świadomości, że oponent w żaden sposób nie potrafi mu zagrozić, będąc jednocześnie zbyt dumnym wojownikiem, by po prostu się poddać. Alemu tym razem zupełnie nie zależało na zwycięstwie przez nokaut. Przeciwnie, obtłukiwał twarz, ramiona i tułów Pattersona w taki sposób, by poddawany męczarniom 30-latek był mimo wszystko w stanie utrzymać się na nogach i kontynuować walkę. Naturalnie Ali kolejne potężne ciosy przeplatał z typowymi dla siebie popisami szybkiej pracy nóg oraz balansu ciała.

Floyd Patterson – ostatnia nadzieja… białych

Niczym drapieżnik, bawił się z upolowaną, wierzgającą desperacko ofiarą. Z lubością odwlekał moment, w którym wreszcie zatopi w niej kły. Garda? Nie potrzebował jej. Nie obawiał się kontrataków przeciwnika, przyjmował jego rozpaczliwe zrywy z nisko opuszczonymi rękami. Demonstrował swą wyższość na wszelkie możliwe sposoby. – Na litość boską, zakończ to wreszcie! – pieklił się Angelo Dundee, trener Alego, gdy walka wydłużała się o kolejne rundy.

Nawet on nie mógł już patrzeć, jak młody czempion pomiata starym mistrzem.

Obserwujący ten pojedynek dziennikarze byli głęboko wstrząśnięci. Wprawdzie Ali przystąpił do konfrontacji z Pattersonem z pozycji zdecydowanego faworyta, ostatecznie to on był wówczas niepokonanym na zawodowych ringach mistrzem świata wagi ciężkiej, ale niewielu ekspertów spodziewało się aż tak miażdżącej przewagi młodszego z Amerykanów. Gilbert Rogin sugerował nawet nieśmiało na łamach „Sports Illustrated”, że Floyd ma pewne szanse na triumf, jeśli tylko uda mu się powrócić do najwyższej dyspozycji. – Jeżeli ten cudowny, kapryśny, przerysowany – i uroczy, gdy nie ma w pobliżu kamer – młody człowiek potraktuje Pattersona lekceważąco, walka może zostać rozstrzygnięta w nieoczekiwany sposób – przekonywał Rogin. Jego prognozy okazały się jednak chybione.

Jako się rzekło, Ali całkowicie lekceważył Pattersona, lecz nie spotkała go za to w ringu żadna kara. Wygrał do jednej bramki. Czy raczej: do jednej szczęki. – Ali wyglądał jak mały chłopiec, który odrywa motylowi skrzydełka. Kawałek po kawałku – pisał ze zgrozą Robert Lipsyte w relacji dla „New York Timesa”.

Reklama

Clay [Ali] mógł znokautować Pattersona w dowolnym momencie, ale – bądźmy szczerzy – jest egoistyczny i okrutny

Joe Louis, były mistrz świata wagi ciężkiej

Pojedynek zakontraktowano na piętnaście rund. Sędzia ringowy Harold Krause przerwał walkę tuż przed końcem dwunastego starcia. Chciał zresztą zainterweniować znacznie wcześniej, ale długo nie potrafił się na to zdobyć. – Obserwowanie tej jatki z bliska bardzo mnie bolało, ale Floyd to taki dobry chłopak, ma tak wielkie serce do walki… Po prostu nie potrafiłem wkroczyć – przyznał arbiter. – Clay [Ali] pragnął upokorzyć Pattersona. Stłuc go, ale nie znokautować. Z kolei cytowany już Gilbert Rogin szybko dołączył do chóru osób doceniających niezłomność Pattersona. – Cassius Clay, przez swoich muzułmańskich przyjaciół nazywany Muhammadem Alim, chciał upokorzyć Floyda Pattersona, ale zamiast tego uczynił jego postać jeszcze szlachetniejszą.

Rogin mylił się jednak także i tym razem. Pewnie nawet nie wiedział, jak bardzo. Pal już bowiem licho porażkę między linami, taka smutna dola boksera. Najbardziej siarczyste policzki Patterson zebrał w chwili, gdy zgasły światła reflektorów. A wymierzyli mu je ci, których naiwnie uważał za przyjaciół.

Może dlatego Amerykanin po latach powiedział: – Nikt nigdy nie uderzał mnie tak lekko, jak wtedy Ali.

HISTORIA FLOYDA PATTERSONA

Nocny włóczęga

Floyd Patterson nie zawsze uchodził za złote dziecko amerykańskiego boksu. Przyszedł na świat 4 stycznia 1935 roku w Waco, niewielkiej miejscowości położonej w Karolinie Północnej, na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Pochodził z bardzo biednej, wielodzietnej rodziny – miał aż dziesięcioro rodzeństwa. Gdy jego rodzice w poszukiwaniu nowych perspektyw przeprowadzili się do Nowego Jorku i osiedli na Brooklynie, mały Floyd szybko dowiedział się, czym jest ubóstwo w wydaniu wielkomiejskim. Przyszło mu dorastać w ciemnych, zatęchłych mieszkaniach. Zawsze zbyt ciasnych, by komfortowo pomieścić regularnie powiększającą się rodzinę. Zimą było w nich za zimno, latem – za gorąco. Po podłogach wędrowały karaluchy, a po zmierzchu ze swoich nor wyłaziły również nieznośnie hałaśliwe szczury. Co wcale nie oznacza, że czynsz za wynajem tego rodzaju lokali był niski. Thomas Patterson, ojciec Floyda, harował jak wół, by utrzymać rodzinę.

– Był robotnikiem portowym. Każdego dnia wracał z pracy późnym wieczorem, wycieńczony i sfrustrowany. Niekiedy w ogóle nie jadł kolacji. Kierował się prosto do łóżka, padał na twarz i zasypiał, wciąż mając na sobie robocze ubrania. W każdy piątek całą tygodniówkę przekazywał mamie – wspominał Floyd w swojej autobiografii. – Ale w weekendy też dorabiał. Było mi go żal. Do mnie należał obowiązek zdejmowania mu butów i mycia stóp. Lubiłem to robić.

Reklama

Matka późniejszego bokserskiego mistrza również całymi dniami pracowała, głównie jako pomoc domowa. W efekcie starsze dzieci Pattersonów tak naprawdę wychowywały się same. Floyd już w wieku dziesięciu lat zaczął się pakować w kłopoty z prawem. Bójki uliczne, drobne kradzieże, wagary, ucieczki z domu – chłopak wymknął się spod kontroli. – Nienawidziłem szkoły. Czułem się najgłupszy w klasie. Byłem też najbiedniejszy, najgorzej ubrany, na tle innych uczniów wyglądałem żałośnie. Sprawiałem kłopoty rodzicom i to wywoływało we mnie poczucie winy, ale… w domu zawsze wszystkiego brakowało. Nie głodowaliśmy, ale jedzenia było za mało. Szukałem łatwiejszej ścieżki – opowiadał Amerykanin. Nieustanne poczucie wykluczenia i zawstydzenia popchnęło go do przejścia na nocny tryb życia. W ciągu dnia spał lub ukrywał się w mrocznych zakamarkach Nowego Jorku. Dawało mu to złudzenie oderwania się od ponurej rzeczywistości. Mógł swobodnie zagłębić się w rozmyślaniach i za sprawą bujnej wyobraźni wieść alternatywne, znacznie ciekawsze życie – wewnątrz swojego umysłu.

Bał się jakiejkolwiek interakcji z obcymi ludźmi. Nawet najbardziej banalne pytanie potrafiło wprawić go w zakłopotanie i odebrać mu mowę. Jego enklawą był schowek na narzędzia pracowników metra nieopodal stacji High Street, wewnątrz którego panowała stuprocentowa ciemność. Lubił również przemykać się ukradkiem do tanich, nieco zapyziałych brooklińskich sal kinowych, gdzie gapił się na stare lub nieudane filmy tak długo, aż go na tym przyłapano. Ale rzadko dawał się nakryć. Można było odnieść wrażenie, że jego usilne pragnienie, by stać się niewidzialnym dla otoczenia, zaczyna się pomału spełniać.

Kochałem noc. Potrafiłem przespać cały dzień, by nocą wałęsać się po ulicach Brooklynu

Floyd Patterson

Patterson nie mógł jednak przecież bez końca olewać szkoły, podkradać jedzenia ze straganów i szwendać się nocami po mieście. W końcu przyłapano go na próbie podwędzenia ze sklepu napoju gazowanego i ciasteczek. Gdy został przyparty do muru przez policjantów i dość brutalnie przez nich potraktowany, stracił nad sobą kontrolę i zaczął wściekle kąsać. Wpadł w furię. Ten incydent, połączony z całym jego – ujmijmy to – dorobkiem, zaowocował odesłaniem do Wiltwyck School for Boys, placówki resocjalizacyjnej dla nieletnich, funkcjonującej pod patronatem Eleanor Roosevelt, niestrudzonej działaczki społecznej, wówczas już wdowy po prezydencie Franklinie Delano Roosevelcie. Dwa lata spędzone w tym ośrodku odmieniły los Pattersona o 180 stopni.

– Nauczył się czytać i pisać. Przezwyciężył obezwładniającą go nieśmiałość, zaczął patrzeć ludziom w oczy, rozmawiać z nimi. Przestały go dręczyć koszmary, nie wrócił już do swoich nocnych wędrówek – wylicza William Kip Stratton, biograf Pattersona. – Zrozumiał, że wyniesiony z getta nihilizm można pokonać, że jest dla niego nadzieja na lepsze życie. Wreszcie – pojął, że biali i czarni ludzie mogą żyć i pracować na równych zasadach, tak jak w Wiltwyck. Uzbrojony w tę świadomość Floyd był gotowy, by dokończyć publiczną edukację. A przede wszystkim nie mógł się doczekać, aż dane mu będzie wrócić do ringu.

„Dżentelmen Boksu”

To właśnie w poprawczaku Patterson po raz pierwszy spróbował swoich sił w boksie i natychmiast zafascynował się tą dyscypliną sportu. Pięściarstwo wręcz zawładnęło jego umysłem. Jako czternastolatek zaczął regularne treningi pod czujnym okiem Constantine’a „Cusa” D’Amato w kultowej kuźni bokserskich talentów – Gramercy Gym. Zasady współpracy były proste: szkoleniowiec wziął chłopaka pod skrzydła, zapewnił mu darmowe treningi, sprzęt oraz sparingpartnerów, a jednocześnie sobie zagwarantował pozycję managera. Oznaczało to, że będzie sterował karierą Pattersona wedle własnego uznania, no i że zgarnie swoją działkę, jeśli jego podopiecznemu uda się kiedyś odnieść sportowy i finansowy sukces na zawodowych ringach. Wszystkie te ustalenia oczywiście nie zostały spisane w ramach żadnej umowy. D’Amato po prostu przedstawił swoje warunki, a Floyd z entuzjazmem je zaakceptował. Co było jedną z najlepszych decyzji w jego życiu.

Choć zaczęło się dość boleśnie. Jeden z pierwszych sparingów u nowego trenera Floyd stoczył bowiem ze swoim nieco starszym bratem. Przyszło mu więc stanąć w ringu przeciwko człowiekowi, który wiedział o nim prawie wszystko. Znał jego wstydliwą przeszłość. Słyszał, jak Floyd bojaźliwie wydziera się w środku nocy, nękany kolejnym koszmarnym snem. Ta niepozorna konfrontacja dla Floyda przeistoczyła się zatem w dramatyczny bój z własnymi słabościami. Bój sromotnie przegrany – po paru chwilach nierównego pojedynku młodszy z Pattersonów padł oszołomiony na deski, a gdy tylko doszedł do siebie… zemknął z ringu. Dopadły go dawne demony. Znów nie pragnął niczego poza ukryciem się gdzieś w samotności. Kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi szatni, wybuchnął płaczem.

D’Amato mocno się zaniepokoił tą gwałtowną eksplozją głęboko skrywanych lęków i kompleksów. – Ludzie, którzy urodzili się okrągli, nie umrą kwadratowi. […] Nie ma większej tragedii od widoku boksera, który nie przegrał z przeciwnikiem, ale z samym sobą – zwykł mawiać legendarny szkoleniowiec.

Co tu dużo mówić, istniało duże prawdopodobieństwo, że Floyd po prostu nie ma serca do walki. D’Amato zadecydował jednak, że nie skreśli nastolatka tak łatwo. Ruszył za nim i jął podnosić go na duchu, zasypując lawiną opowieści o słynnych pięściarzach, którzy również zaczynali od zbierania cięgów. Patterson szybko się rozchmurzył. – Bokser musi rozumieć swój strach i nauczyć się z nim żyć – tłumaczył po latach D’Amato. – Każdy wojownik w historii odczuwał strach. Gdybym uwierzył młodemu chłopakowi, który przychodzi do mnie i mówi, że niczego się nie boi, to musiałbym go od razu wysłać do lekarza. Bo to by oznaczało, że jest z nim coś cholernie nie w porządku. Brak strachu nie jest normalną reakcją. Jeśli mówisz, że przed walką się nie boisz – jesteś kłamcą lub psychopatą.

Chłopiec przychodzi do mnie z iskierką zainteresowania. Rozniecam tę iskrę, aż zamieni się w płomyk. Rozniecam płomyk, aż zamieni się w ogień. I rozniecam ogień, aż zamieni się w pożar

Cus D’Amato

Psychologiczne sztuczki D’Amato, połączone z morderczymi treningami technicznymi i wytrzymałościowymi, pozwoliły Pattersonowi na uwolnienie pełni drzemiącego w nim potencjału. Młodzieniec na okrągło myślał o boksie, gadał o boksie, nawet oddychał boksem. Zachwycał przede wszystkim dynamicznym, agresywnym stylem walki, ale szybkość nie była jego jedynym atutem. Potrafił również posyłać oponentów na deski i to nierzadko pojedynczym ciosem. Przełożyło się to na szereg sukcesów w prestiżowych turniejach dla amatorów, a w 1952 roku 17-letni Amerykanin przywiózł złoty medal z igrzysk olimpijskich w Helsinkach.

Samego turnieju Patterson nie wspominał jednak zbyt ciepło. Raziło go to, że sportowcy w wiosce olimpijskiej opływają w luksusy, podczas gdy na ulicach stolicy Finlandii roi się od nędzarzy. Zaczął więc zamawiać na stołówce po kilka dokładek i obdarowywać jedzeniem potrzebujących. – Jestem w tym biznesie przeszło cztery dekady, ale tak dobrodusznego dzieciaka jeszcze nie spotkałem – przyznał Pete Mello, trener reprezentantów USA.

Nie bez kozery później do Pattersona przylgnął przydomek: „Dżentelmen Boksu”.

Pięściarze ze Stanów Zjednoczonych przywieźli z Helsinek aż pięć złotych krążków. Wszystkie padły łupem czarnoskórych zawodników, co wywołało spore poruszenie wśród afroamerykańskiej społeczności. Dziennikarze usilnie próbowali się dowiedzieć, kiedy Patterson planuje przejść na zawodowstwo, lecz 17-latek grzecznie odmawiał odpowiedzi i jak automat kierował przedstawicieli mediów do Cusa D’Amato. Oczywiście sam aż rwał się do tego, by zacząć wreszcie zarabiać na boksie, ale nie miał zamiaru wychodzić przed szereg. Nie było zresztą takiej potrzeby. Sukces na igrzyskach upewnił trenera, że jego wychowanek jest gotowy na kolejne wyzwania. – D’Amato po mistrzowsku poprowadził amatorską karierę Pattersona. Wystawiał go do walk w czterech różnych kategoriach wagowych, aby chłopak zebrał doświadczenie w pojedynkach z rywalami o odmiennych parametrach. Również z tego względu konfrontował go z oponentami z różnych części Stanów Zjednoczonych i Europy – dowodzi William Kip Stratton. – Floyd był przygotowany, by wstąpić na krwawą ścieżkę walk za pieniądze.

Olimpijskie złoto Patterson wywalczył w kategorii średniej, lecz długofalowy plan D’Amato zakładał doprowadzenie podopiecznego do walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Z pozoru był to raczej niedorzeczny pomysł, biorąc pod uwagę warunki fizyczne Floyda. A jednak 30 listopada 1956 roku Patterson w chicagowskim ringu stanął do pojedynku z Archiem Moorem, którego stawką faktycznie był tytuł w królewskiej kategorii, wcześniej należący do Rocky’ego Marciano. Większość ekspertów przewidywała gładkie zwycięstwo doświadczonego Moore’a, który toczył pierwsze ringowe wojny, gdy Patterson był jeszcze niemowlakiem. – Ten chłopak wcale nie jest taki twardy. Archie go zabije – przekonywał Tommy Jackson, pokonany wcześniej przez Floyda.

„Dżentelmen” zamknął jednak usta niedowiarkom. Zakończył pojedynek już w piątej rundzie, kładąc przeciwnika na łopatki soczystym lewym sierpowym. Mistrzostwo świata należało do niego. Sięgnął po tytuł mając niespełna 22 lata, co uczyniło zeń najmłodszego czempiona wagi ciężkiej w dziejach.

Znalazł się na szczycie. I to w ekspresowym tempie.

Cztery cudowne sekundy

Jednak posiadanie pasa mistrzowskiego w boksie zawodowym to nie tylko zaszczyty i sława, ale i obowiązki. A właściwie – jeden konkretny obowiązek, czyli konieczność stawania do walki w obronie posiadanego tytułu. Patterson swoje panowanie zaczął od czterech kolejnych zwycięstw (pokonał między innymi złotego medalistę olimpijskiego z 1956 roku, Pete’a Rademachera, dla którego było to… zawodowy debiut), lecz już w piątej walce został strącony z tronu. Amerykańskiego mistrza poskromił wówczas pretendent rodem ze Szwecji, Ingemar Johansson. W wyjątkowo brutalnym stylu. Sędzia Ruby Goldstein przerwał pojedynek w trzeciej rundzie, po tym jak Patterson siedmiokrotnie (!) lądował na deskach. Wprawdzie w rewanżu Amerykanin znokautował Johanssona i odzyskał pas oraz respekt, odniósł również zwycięstwo w kapitalnej, niesamowicie emocjonującej walce numer trzy, ale rysy pozostawionej na jego reputacji nie dało się już usunąć.

Z ojca na syna. Kręte drogi Pattersonów na szczyt

Tyle nokdaunów? W potyczce z Europejczykiem?!

Przylgnęła do niego łatka podatnego na zranienie mięczaka. Mistrza-słabeusza, jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało. Nieustannie porównywano go do dawnych hegemonów królewskiej kategorii. Wniosek za każdym był taki sam: „Patterson nie dałby im rady, nie jest prawdziwym twardzielem”.

Patterson to urodzony przegrany

Arthur Daley („New York Times”)

Najmocniej ucierpiała krucha psychika samego Floyda. Po porażce z Johanssonem bokser nie chciał się pokazywać w miejscach publicznych. Przed każdym wyjściem z domu maskował się więc za przebraniem. Doklejał sobie sztuczny zarost, zakładał absurdalne peruki i dziwaczne okulary, nosił szerokie płaszcze, a niekiedy nawet zdarzało mu się udawać, że utyka. Nie wszyscy fani dawali się nabrać, wciąż bywał rozpoznawany. Także i na to miał jednak sposób. – Floyd Patterson? Ja jestem Ray, brat Floyda. A teraz dajcie mi święty spokój, do cholery! – wykrzykiwał do natrętów i czym prędzej się oddalał, pokracznie kuśtykając.

Dziennikarze „New York Timesa” oszacowali, że na przełomie lat 50. i 60. Patterson na swoje zdumiewające przebrania przeznaczał tysiące dolarów rocznie. Tak opowiadał magazynowi „Esquire” o swoich ringowych przejściach: – Wiele nie pamiętasz, bo nie chcesz pamiętać. Świadomość powraca, gdy wstajesz, a sędzia pyta: „w porządku?”. Automatycznie odpowiadasz: „oczywiście, że nic mi nie jest”. Wtedy on pyta: „jak się nazywasz?”. Odpowiadasz: „Patterson”. I znów docierają do ciebie okrzyki publiczności. Ale wtedy upadasz raz jeszcze, no i znowu musisz się podnieść, tylko że jesteś już ekstremalnie otumaniony. Nogi się pod tobą uginają, sędzia zadaje pytania, trener już wymachuje ręcznikiem, ludzie wstają z miejsc. Nie potrafisz skupić oczu na jednym punkcie. Dryfujesz. […] Nie czujesz się ŹLE, gdy przegrywasz przez nokaut. Czujesz się DOBRZE. To wcale nie boli. Przenosisz się do przyjemnej przestrzeni. […] Czujesz, że kochasz wszystkich dookoła. Chcesz do nich dotrzeć, wycałować. Kobiety i mężczyzn. Tak upływają te cztery cudowne sekundy po nokaucie.

Niestety, ale potem to piękne uczucie ulatuje – dodał. – Dociera do ciebie, gdzie jesteś. Co tu robisz, co się przed chwilą z tobą stało. I nadchodzi ból. Nie ból fizyczny, a raczej kombinacja psychicznego cierpienia i wściekłości. To ból z gatunku „co-teraz-pomyślą-ludzie”. Ból: „wstyd-mi-za-swoją-słabość”. I wtedy marzysz tylko o jednym – żeby na środku ringu pojawiła się klapa, którą otworzysz i przez którą spadniesz prosto do szatni. Byle nie musieć opuszczać ringu pośród tego tłumu. To jest najgorsze, jeśli chodzi o porażkę – gdy schodzisz do szatni, musisz wyminąć twarze tych wszystkich ludzi.

Bokser otworzył się w tej rozmowie tak bardzo, że zaczęto go przezywać „Freud Patterson”. Popularny dziennikarz Jimmy Cannon nie mógł pojąć, jak zawodnik sportów walki może się do tego stopnia uzewnętrzniać. – Myślę, że on jest pełen empatii. A to źle o nim świadczy jako o wojowniku – ocenił Cannon.

Być może miał rację. Wróćmy do reportażu „Esquire”: – Często się zastanawiam, co myślą inni bokserzy po porażkach. Strasznie chciałbym z nimi o tym porozmawiać. Porównać nasze uczucia. Ale z kim miałbym pogadać? Większość pięściarzy to małomówni ludzie. Zresztą ja nawet nie potrafię patrzeć im w oczy. Dziennikarze dostrzegli to podczas ważenia przed moją walką z Listonem. Twierdzili, że unikałem kontaktu wzrokowego ze strachu. Nie o to chodzi. Ja ŻADNEMU zawodnikowi nie potrafię spojrzeć w oczy, bo… no wiesz, będziemy walczyć. To nie jest przyjemna sprawa. No i… wiesz, raz spojrzałem rywalowi w oczy. To było dawno temu, na pewno byłem jeszcze amatorem. Spojrzałem na niego, a on miał taką sympatyczną twarz. Też się na mnie spojrzał i… uśmiechnął się. A ja odwzajemniłem uśmiech! To było dziwne, bardzo dziwne. Kiedy tak patrzysz na faceta i się uśmiechasz, to… po co się z nim potem bić?

***

25 września 1962 roku Patterson ponownie utracił status mistrza wagi ciężkiej, tym razem na rzecz Sonny’ego Listona. Został zmiażdżony już w pierwszej rundzie pojedynku. Pojedynku, do którego przystąpił z bezprecedensowym wsparciem publiczności. Listona właściwie nikt w Stanach Zjednoczonych nie lubił, było bowiem tajemnicą poliszynela, że jest on ściśle powiązany z przestępczym półświatkiem. Na to jednak można by pewnie jeszcze przymknąć oko, ostatecznie mafia przez długie lata panoszyła się niemal wszędzie i próbowała sterować karierami wielu sportowców. Problem w tym, że z samego Listona był kawał naprawdę brutalnego oprycha. Amerykanin nawet nie próbował udawać, że sport to dla niego droga do nowego, uczciwego życia. Rozumiał jedynie język przemocy i tylko w tym języku potrafił przemawiać. Doszło do tego, że skrzyżowanie rękawic z Listonem odradzał Pattersonowi osobiście… prezydent John F. Kennedy.

Bezskutecznie.

Finansowa pokusa była zbyt wielka, a poza tym Floyd nie chciał, by mówiono o nim, że tchórzliwie unika starcia z budzącym powszechną grozę zbirem. – Jeżeli na horyzoncie pojawia się mocny pretendent, to chcę z nim walczyć. Gdy okaże się lepszy, mogę mu nawet osobiście wręczyć pas – skwitował.

Zagadka ostatniej chwili. Pięć teorii o śmierci Sonny’ego Listona

Znacie na pewno ten schemat z wielu amerykańskich filmów młodzieżowych: dobrze ułożony, choć może odrobinę pierdołowaty dzieciak jest gnębiony w szkole przez największego łobuza, członka lokalnego gangu. W końcu jednak bierze się w garść, wznosi na wyżyny możliwości i mści się na swoim oprawcy, a przy okazji podrywa najfajniejszą laskę w okolicy i generalnie wszyscy żyją długo i szczęśliwie. No cóż, to nie ta historia. Tutaj nie ma rozumianego w ten sposób happy endu. Liston wygrał z „Dżentelmenem” w pierwszym pojedynku, a potem równie szybko i bezlitośnie zdemolował go w rewanżu.

Żadnego wzruszającego zwrotu akcji. Zatriumfowała czysta, brutalna siła.

– Co myślałem po drugiej porażce z Listonem… Kołatały mi w głowie tylko te pytania: jak to możliwe, że to samo przytrafia mi się po raz drugi? Czy ja oszukiwałem ludzi przez całą swoją karierę ? Czy ja w ogóle kiedykolwiek byłem prawdziwym mistrzem świata? – opowiadał Patterson. – Potem wyprowadzili mnie z ringu. Poszliśmy w górę korytarza, mijając tych wszystkich ludzi. Chciałem tylko dostać się do szatni, jak najszybciej. Problem w tym, że w hali w Las Vegas skręciliśmy w niewłaściwą stronę. Gdy dotarliśmy do końca korytarza, okazało się, że szatni tutaj nie ma. Musieliśmy wrócić. I znowu, ta sama trasa, ci sami ludzie. Co oni sobie musieli myśleć… Patterson został znokautowany tak ciężko, że nie potrafi nawet znaleźć drogi do szatni.

– A więc jednak: w uczciwej walce dobra ze złem, zwycięża zło – „New York Times” podsumował rewanż Listona z Pattersonem dość pompatycznie. „Sports Illustrated” uderzyło w bardziej kpiarskie tony: – Jeszcze nigdy tak wielu nie zapłaciło tak wiele, żeby obejrzeć tak niewiele.

Prasa natychmiast zorganizowała zdruzgotanemu Pattersonowi sportowy pogrzeb.

– Cóż to był za dziwaczny mistrz – dumał Gilbert Rogin. – Co za zagmatwana, udręczona, zagubiona postać. W ostatnich latach spisał się naprawdę dobrze tylko w dwóch starciach – z Moorem, gdy zdobył tytuł, a także z Johanssonem, gdy tytuł odzyskał. Reszta jego walk była albo przeciętna, albo słaba. Na ogół przechylał szalę zwycięstwa na swoją korzyść tylko dzięki żelaznej kondycji i woli przetrwania. […] Patterson zdaje się żyć w nieustannym lęku przed głosami krytyki. Boi się bycia ocenianym. A jednocześnie jego fach wymaga, by regularnie obnażał swoje słabości przed milionami. Czy to odrzucenia Patterson tak się obawia? […] Po przegranej z Listonem ukrył się za absurdalnym kamuflażem. Dokleił sobie wąsy i brodę, po czym odjechał do Nowego Jorku.

Przegrana to nic złego. Nie można się jej wstydzić. Nie można się przed nią ukryć. Ale pokonany człowiek odruchowo czuje wstyd, a ja jestem tylko człowiekiem. Próbuję opanować to uczucie, lecz po prostu nie potrafię

Floyd Patterson

Część publicystów wprost stwierdziła, że swą błyskotliwą karierę Patterson zawdzięczał wyłącznie managerskiemu zmysłowi Cusa D’Amato, który, dopóki było to możliwe, dobierał mu względnie niegroźnych przeciwników. Kiedy zaczęły się poważne wyzwania, Floyd sromotnie poległ. Jak gdyby tego było mało, jego drogi z D’Amato definitywnie się rozeszły. Trener nie chciał bowiem przykładać ręki do rywalizacji z Listonem z uwagi na mafijne powiązania tego ostatniego.

Wszystko wskazywało więc na to, że Patterson do gry o najwyższe cele w zawodowym boksie już nie powróci. Bliscy sugerowali mu wręcz zakończenie kariery. Tymczasem najgłośniejsza walka dopiero nań czekała. Na dodatek poprzedziła ją gorąca trash-talkowa wojna.

Ringowa krucjata

W latach 60. w Stanach Zjednoczonych bulgotało niczym w kotle z wrzącą smołą. Rewolucja obyczajowa, wojna wietnamska, kryzys kubański, ruchy kontestacyjne, zorganizowana przestępczość… Potężne problemy polityczne i społeczne czaiły się dosłownie za każdym rogiem. A na to wszystko nałożył się rzecz jasna dynamicznie rosnący w siłę ruch na rzecz praw obywatelskich, dążący do pokojowego zniesienia segregacji rasowej na terenie całego kraju. W sierpniu 1963 roku odbył się słynny marsz na Waszyngton, popierany przez niektóre gwiazdy amerykańskiej popkultury, choćby Marlona Brando, Paula Newmana i Ossiego Davisa.

Liderem ruchu został Martin Luther King, nagrodzony w 1964 roku Pokojową Nagrodą Nobla. – Bunt jest językiem niewysłuchanych – przekonywał w jednym ze swoich przemówień. – Gdy idę wśród zdesperowanych, odtrąconych i gniewnych młodych mężczyzn, mówię im, że koktajle Mołotowa i strzelby nie są rozwiązaniem. Ale oni wtedy pytają – i słusznie – o Wietnam. Duszę Ameryki zatruwa wojna w Wietnamie. Jeśli naród rok po roku wydaje więcej na zbrojenia niż na programy wyrównywania szans, to zmierza ku duchowej śmierci. Żeby zapewnić stabilność naszych inwestycji wojsko wkracza do Gwatemali, z tego też powodu amerykańskie helikoptery posyła się przeciwko rewolucjonistom w Kambodży, a amerykański napalm i jednostki specjalne zabijają rebeliantów w Peru. Dlatego pytają mnie, czy nasz kraj nie nadużywał przemocy, żeby rozwiązać swoje problemy, żeby wymusić zmiany. I mają rację. Dlatego wiem, że nim skrytykuję za agresję gnębionych mieszkańców gett, najpierw muszę przemówić do największego agresora na świecie – mojego rządu.

Pacyfistyczne nastawienie Kinga nie przypadło do gustu wszystkim Afroamerykanom.

„Wstrząsnąłem światem!”. Jak narodził się Muhammad Ali?

Malcolm X, jeden z ideologów Narodu Islamu, nie chciał słyszeć o żadnym „nadstawianiu drugiego policzka”, o żadnej „pokojowej integracji”. Jego przemyślenia podsumował Zbigniew Kowalewski, badacz ruchów lewicowych:Murzyn-integracjonista to taki, który nie chce być czarny – wstydzi się, że jest czarny – i wie, że nie może być biały. Sam nazywa się Murzynem – amerykańskim Murzynem – co znaczy, że nie jest ani czarny, ani biały i zawsze szuka dla siebie jakiejś roli na scenie amerykańskiej. Widzi siebie jako mniejszość w towarzystwie białej większości, natomiast nigdy nie widzi się na scenie światowej. Jego przeciwieństwo to typ, który nie nazywa się Murzynem. Nazywa się czarnym człowiekiem. On nie przeprasza za swoją czarną skórę. Nie przeprasza, że jest w Ameryce, bo wie, że sprowadził go tu siłą biały człowiek. On tu jest z winy białego człowieka. To biały człowiek stworzył tu, w Ameryce, problem, który nazywa rasowym.

Właśnie radykalne, separatystyczne koncepcje najmocniej trafiały do wyobraźni Cassiusa Claya, bokserskiego mistrza olimpijskiego z 1960 roku i zawodowego mistrza świata w wadze ciężkiej, który po sensacyjnym triumfie nad Sonnym Listonem w 1964 roku przedstawił się światu na nowo jako Muhammad Ali.

Moim wrogiem są biali ludzie. Nie Wietkong, nie Chińczycy, nie Japończycy. Wy jesteście moimi przeciwnikami, gdy walczę o moją wolność. Wy jesteście moimi przeciwnikami, gdy walczę o sprawiedliwość i równość. Nie pozwalacie mi nawet bronić własnych religijnych przekonań

Muhammad Ali

Przystąpienie 22-letniego Claya do Narodu Islamu wywołało niewyobrażalne poruszenie. Pięściarz nie stał się może z miejsca wrogiem publicznym numer jeden w USA, lecz był tego statusu bliski. Dotychczas widziano w nim po prostu nietuzinkowego sportowca i lekko szurniętego showmana. Teraz był zaś postrzegany jako groźny dla społecznego ładu wywrotowiec. Prawie wszyscy dziennikarze odmówili nazywania go Muhammadem Alim. Nazwy „Naród Islamu” również konsekwentnie unikano. Zamiast tego pisano wymijająco o „sekcie” lub „Czarnych Muzułmanach”. – Kiedy Clay przyłączył się do ruchu Czarnych Muzułmanów, stał się mistrzem segregacji rasowej. A to jest coś, czemu my się sprzeciwiamy. Myślę, że Cassius powinien skoncentrować się na treningach i trochę mniej gadać – ocenił Martin Luther King. Jednak Ali – bezczelny, pyskaty, nieugięty w swoich przekonaniach – tylko się rozkoszował narzekaniem licznych krytyków.

– „Czarni Muzułmanie”? To termin wymyślony przez dziennikarzy. Nasza prawdziwa nazwa brzmi: Islam. A to oznacza „pokój”. Wyznawcy Allaha to najczulsi ludzie na planecie. Nie potrzebujemy noży. Modlimy się pięć razy dziennie. Chcemy tylko żyć w pokoju – przekonywał bokser.

W połowie lat 60. jego pewność siebie osiągnęła absolutny zenit. Mówił co chciał, robił co chciał, a między linami rozbijał wszystkich jak chciał. Skoro nie sprostał mu nawet ten mocarny, przerażający Liston, to niby kto w królewskiej kategorii miał mu rzucić realne wyzwanie? Cóż, jak na ironię – padło na tego, który sam został wcześniej przez Listona zdeklasowany. Nowym-starym pretendentem do mistrzostwa świata w wadze ciężkiej został bowiem Floyd Patterson.

***

Z jednej strony – niepokonany mistrz u szczytu swoich sportowych mocy. Chodząca arogancja, uosobienie pyszałkowatości, miłośnik medialnych pyskówek. Człowiek, który dissował swoich oponentów zanim ukształtowała się hip-hopowa subkultura, nie mówiąc już o rapie jako gatunku muzyki rozrywkowej.

Z drugiej – dawny czempion, mający na koncie piękne zwycięstwa, ale i kilka wręcz drastycznych porażek przed czasem. Facet bojący się spojrzeć w oczy kelnerce w restauracji, jeżeli poprzednia walka nie poszła po jego myśli. Połączenie fizycznej siły z, ujmijmy to, mentalną delikatnością. Pokorny, grzeczny, wycofany, nieśmiały, ugodowy. Rezultat tej konfrontacji już na pierwszy rzut oka wydawał się być banalnie prosty do przewidzenia. A jednak Patterson i Ali zdołali podgrzać atmosferę wokół starcia. Floyd przyłączył się bowiem do dziennikarzy ignorujących nowe miano oponenta. Nie przestał zwracać się do niego per Cassius Clay.

Na reakcję Alego nie trzeba było długo czekać.

Jego biznesowi mentorzy od dawna wbijali mu do głowy, że może zarobić znacznie więcej dolarów jako powszechnie znienawidzony awanturnik, niż jako wzorowy sportowiec. Dlatego chętnie odstąpił Pattersonowi status „ulubionego Murzyna białej Ameryki”. Pozwolił mu zająć miejsce w pierwszej ławce i zbierać pochwały. Na siebie wziął zaś rolę antagonisty. W niej czuł się zresztą najswobodniej. – Zniszczę go, będę go torturował. Nie zasłużył na nokaut, musi cierpieć. Nie wie, jak mam na imię? Dlaczego zwraca się do mnie moim dawnym, niewolniczym nazwiskiem? Jestem wolny, jestem Muhammad Ali – odgrażał się mistrz świata. Mimo że podziwiał dokonania Pattersona, przed kamerami nie miał dlań litości. Nazywał go „wujem Tomem” (w nawiązaniu do powieści Harriet Beecher Stowe) i „królikiem”. W ramach medialnej hecy wręczył mu nawet kilka marchewek. – To dla króliczka, który ma zwyczaj przegrywania przez nokaut – kpił. – Jak się nazywam? Dobrze wiesz, po prostu powiedz. Ty używasz niewolniczego nazwiska, bo jesteś wujem Tomem, Murzynie. Ja jestem wolnym człowiekiem. Jestem Muhammad Ali. Mam 23 lata, a już stałem się legendą. Chcesz, mogę ci pomóc. Odzyskasz utraconą dumę, jeśli mnie pokonasz. Tylko że nigdy ci się to nie uda.

Floyd nie najlepiej radził sobie w tego rodzaju potyczkach słownych. Brakowało mu refleksu i smykałki do wrednych, dowcipnych przytyków, którymi złotousty Ali sypał jak z rękawa. Jednak w nieco spokojniejszych okolicznościach „Dżentelmen” również potrafił nadepnąć rywalowi na odcisk.

– Clay jest bardzo młody – opowiadał magazynowy „Sports Illustrated”. – Został sprowadzony na złą ścieżkę przez niebezpiecznych ludzi. Nie umie docenić, jak daleko zaszliśmy jako społeczeństwo. Nie dociera do niego, że czyni ogromne szkody, reprezentując Czarnych Muzułmanów. Równie dobrze mógłby wstąpić do Ku Klux Klanu. […] Clay w praktyce oddał swój tytuł muzułmanom. Tego nie mogę zaakceptować, nie mogę szanować go teraz jako sportowca i człowieka. Muszę odzyskać mistrzowski pas wagi ciężkiej dla Ameryki. Jestem czarnoskóry i jestem dumnym Amerykaninem. Widzę, co się dzieje – wiem, że czarni obywatele nie żyją w tym kraju na równych prawach z białymi. Ale to się kiedyś zmieni. Clay swoimi działaniami zakłóca ten proces.

– Reprezentant Czarnych Muzułmanów nie może być mistrzem świata wagi ciężkiej. To sprowadzą hańbę na nasz sport i nasz naród. Cassius Clay musi zostać pokonany. Czarni Muzułmanie muszą zostać na zawsze usunięci z boksu, nie ma tu dla nich miejsca – dodał.

Na mistrzu świata w wadze ciężkiej spoczywa ogromna odpowiedzialność. Clay i Liston tego nie rozumieją

Floyd Patterson

Komunikat był jasny. Patterson ustawił się w pozycji reprezentanta chrześcijańskiej, konserwatywnej Ameryki. Czytaj – białej Ameryki. W efekcie stał się jeszcze bardziej popularny, niż przed swoją pierwszą konfrontacją z gburowatym Sonnym Listonem. Głosy wsparcia i otuchy napływały do niego ze wszystkich stron, zasypywano go komplementami. Na jednego z jego najzagorzalszych fanów wykreował się nawet słynny Frank Sinatra. Gwiazdor nieustannie zapewniał Pattersona, że cały kraj gorąco wierzy w jego triumf. Pomagał pięściarzowi w organizacji obozu przygotowawczego. Był czarująco serdeczny i przyjacielski.

Co na to wszystko Ali?

Jego tyrady relacjonował „New York Times”: – Nie dam króliczkowi szansy na łatwy zarobek w ringu. Muszę go ukarać. Muszę sprawić mu ból. Zawsze działam tak samo – dowiaduję się, czego mój rywal nie znosi, a potem go tym karmię. Floyd najbardziej boi się upokorzenia. Jest dumny, dlatego go zawstydzę. To będzie sroga kara. Wybrał zły moment i zadarł z niewłaściwym facetem. Kiedy gada o mnie, staje się reprezentantem pewnej grupy. My nie uważamy, że tytuł mistrzowski w tej chwili należy do muzułmanów. Tak samo, jak nie należał do baptystów, gdy mistrzem świata był Joe Louis. Floyd naprawdę myśli, że jestem tak głupi, by atakować jego religię? Wielu z moich przyjaciół to katolicy. Nie będę się wygłupiał. Jemu się wydaje, że jest reprezentantem Ameryki. Ale to ja jestem bardziej amerykański od niego. Lepiej reprezentuję nasz kraj. Nie podrywam kobiet na ulicy, nie wychodzę nocą na miasto. Widzicie? Nie jestem taki zły. […] Ten stary, tępy pożeracz wieprzowiny nie ma ze mną szans. Od wieprzowiny w jego trzewiach zalęgły się miliardy robaków.

– Chcę zobaczyć Pattersona posiniaczonego. Ma mieć porozcinaną twarz, połamane żebra. Dopiero wtedy może zostać znokautowany. A kiedy padnie na deski, zacznie grzecznie odszczekiwać wszystko to, co pod moim adresem powiedział – dodał Muhammad. – To ja jestem Amerykaninem. On to tylko głupi, ślepy i głuchy Murzyn, któremu trzeba sprać tyłek. To będzie dobra walka, bo uczynię z Pattersona przykład dla świata. Upokorzę go na oczach wszystkich.

Gdy będzie leżał, wetknę mu w usta marchewkę z odrobiną natki. O tak, zrobię to. „Skub, króliczku” – tak mu powiem. To powinno sprawić, że wyjdzie z kraju? Dostanie w łeb tak mocno, że nawet jego afrykańskich przodków to zaboli. Nigdy więcej się ze mną nie zmierzy. Będzie wolał przejść przez piekło w płaszczu oblanym benzyną. Prędzej ogoli lwu grzywę tępym nożem, niż znów zaczepi Muhammada Alego. Kapelusz będzie zakładał przy użyciu łyżki do butów

Muhammad Ali

Jak się okazało – Ali nie rzucał słów na wiatr.

22 listopada 1965 roku w hali Convention Center w Las Vegas w fenomenalnym stylu pokonał Pattersona i zachował mistrzowski tytuł. Zgodnie z zapowiedziami, nie polował na szybki nokaut. Igrał z byłym czempionem, demonstrując pełnię swoich możliwości. Tańczył w ringu. – I co teraz, prawdziwy Amerykaninie? No dawaj, biały Murzynie. Złap mnie, czarna nadziejo białych. Jesteś białasem, wuju Tomie. Nic mi nie zrobisz – krzyczał w kierunku zupełnie bezradnego oponenta.

Kontrowersyjny poeta Everett LeRoi Jones, później znany jako Imamu Amear Baraka, napisał w jednym swoich esejów, że Patterson niepotrzebnie ubiegał się o status „honorowego” białego Amerykanina. Zdradziecko szukał poklasku i akceptacji, wpisując się w potrzeby rasistowskiego establishmentu. – Za każdym razem, gdy Patterson obrywał, przed oczami stawała mi wizja kolonialnego Zachodu, który rozpada się na kawałki pośród złowrogiej ciszy.

Widać, co triumf Alego znaczył dla ideologów spod szyldu Black Power. To był dla nich słodki wieczór.

Samotność pokonanego

Patterson raz jeszcze poległ, gdy przyszło mu umownie reprezentować dobro w walce ze złem. Po raz kolejny nie sprawdził się jako „good guy”. Wprawdzie większość dziennikarzy chwaliła go za nieugiętą postawę i hart ducha, no ale nie dało się ukryć, że 30-latek nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Pewnie zresztą nieuzasadnionych, ostatecznie jego szanse na odzyskanie mistrzowskiego pasa były z gruntu niewielkie, tym bardziej że do pojedynku przystąpił z poważną kontuzją pleców. No ale skoro sam Floyd tygodniami opowiadał o konieczności odebrania Alemu tytułu, to w sposób naturalny tego właśnie po nim oczekiwano. – Walka to walka. Na ogół wygrywa lepszy – skwitował krótko Patterson. – Byłem mistrzem. Myślę, że solidnym mistrzem. Ale mój czas dobiega końca. […] Ali w trakcie pojedynku gadał do mnie wiele rzeczy. Chciał mnie skrzywdzić słowami, jednak dla mnie to było bez znaczenia. Wiedziałem, że nie wygram. Chciałem tylko zostać ładnie znokautowanym. Dobrym, czystym ciosem albo efektowną kombinacją. Dobry nokaut, o tym myślałem. Byle nie przegrać byle jak.

„Dżentelmen” czuł się w obowiązku, by podziękować za doping celebrytom, którzy tak gorąco życzyli mu zwycięstwa. Po walce podszedł więc do Franka Sinatry, który na krótko przed startem starcia w Las Vegas chyba po raz dwudziesty życzył mu powodzenia w imieniu całego narodu.

– Przepraszam, że pana zawiodłem. I wszystkich innych – dukał Floyd.

Spodziewał się, że piosenkarz jak zawsze przywoła na twarz serdeczny uśmiech, że w swoim stylu poklepie go przyjacielsko po plecach. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Sinatra nawet nie raczył wysłuchać do końca kulawych przeprosin boksera. Zmierzył go tylko chłodnym spojrzeniem i… odszedł. Usiadł po przeciwnej stronie pomieszczenia, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie jest zainteresowany kontynuowaniem tej rozmowy. Ani znajomości z Pattersonem. Floyd zdał sobie wówczas sprawę, że ponownie jest sam. Otaczał go tłum, ale on czuł się dokładnie tak, jak w komórce na narzędzia przy stacji metra High Street. Gdyby założył perukę, doczepił sobie brodę i udawał utykającego starca, znaczyłby dla tych ludzi dokładnie tyle samo, ile znaczy dla nich teraz – nic. Dotarło do niego, że tym kibicom wcale nie zależało na jego powrocie na szczyt. Chcieli zobaczyć, jak ktoś wreszcie spuszcza manto Alemu. Jedynie do tego zadania był im potrzebny.

To go zabolało i naprawdę upokorzyło.

To dziwne, ale mam wrażenie, że po porażce z Clayem moje życie wróciło na właściwe tory. Dobrze się stało, że przegrałem. Tak zwani przyjaciele przestali dzwonić. Uznali, że jestem skończony, że już nic ze mnie nie wycisną. Uciekli z tonącego okrętu jak szczury

Floyd Patterson na łamach „Los Angeles Times”

Po latach wokół pojedynku Alego z Pattersonem narosło wiele nowych teorii. Cytowany już William Kip Stratton sądzi, że Ali tak naprawdę nie droczył się z rywalem w ringu, tylko go… oszczędzał. Wiedział bowiem o kontuzji Floyda i nie chciał zrobić rywalowi krzywdy. Był pewien, że sędzia ringowy szybko zakończy walkę, a tymczasem Harold Krause pozwolił, by męczarnie obolałego Pattersona potrwały dwanaście rund. – Częścią umowy było zobowiązanie obu stron do udziału w medialnym teatrzyku, który poprzedził walkę. Floyd otwarcie przyznał, że cała ta historia z Alim zakłócającym jego trening z torbą marchewek była wyreżyserowana. W ten sposób promowano pojedynek, nie stała za tym żadna głębsza ideologia. A że Patterson uparcie mówił o swoim rywalu per Cassius Clay? Pamiętajmy, że Floyd miał trudności z artykulacją. Być może słowo „Muhammad” zwyczajnie sprawiało mu problem i dlatego go unikał?

Te ostatnie tłumaczenia wydają się akurat nieco dęte, a część historyków sportu uważa je po prostu za element wygładzania wizerunku Muhammada Alego, by uczynić zeń uniwersalnego idola, a nie bohatera radykalnych afroamerykańskich środowisk. Choć faktem jest, że Ali i Patterson dość szybko zakopali topór wojenny. – Kocham boks, ale muszę przyznać, że istnienie takiej dyscypliny sportu coś mówi o naszym społeczeństwie. Potrzebujemy przemocy. Kiedy bokser zabija rywala między linami, nie idzie do więzienia. Mało tego, zyskuje respekt w oczach publiczności, która jest żądna krwi. […] Przemoc i nienawiść stanowią nieodłączne elementy świata boksu. Ale my nie nienawidzimy siebie nawzajem. Nie czuję nienawiści wobec Claya. […] Walczymy ze sobą, ale nienawiść jest tylko udawana. Czasami to wszystko jest bardzo mylące, łatwo się pogubić we własnych uczuciach – opowiadał Patterson w rozmowie z Gayem Talesem.

Siedem lat później Ali i Patterson starli się ze sobą raz jeszcze. Ten pierwszy odbudowywał wówczas swoją pozycję w światowych rankingach po porażce z Joe Frazierem, ten drugi desperacko potrzebował pieniędzy. Ostatniej wielkiej wypłaty. Emocji nie było, Ali z łatwością wygrał, kończąc tym samym dwudziestoletnią zawodową karierę Floyda. Karierę trudną do jednoznacznej oceny, choć najlepiej podsumował ją chyba sam „Dżentelmen Boksu”: – Mówią o mnie, że jestem mistrzem, który najczęściej lądował na deskach. Ale nie dodają, że jestem również tym, który najczęściej się z nich podnosił.

***

Gay Talese („Esquire”): – Być może popełniłeś błąd w ogóle przechodząc na zawodowstwo?

Floyd Patterson: – Co masz na myśli?

GT: – Nazywasz siebie tchórzem. Przyznajesz, że brakuje ci odporności psychicznej. Może nadajesz się lepiej do innych zadań, na przykład pracy społecznej?

FP: – Pytasz, dlaczego walczę?

GT: – Tak.

FP: – Po pierwsze dlatego, że kocham boks. Boks był dla mnie dobry. Mógłbym odwrócić pytanie: dlaczego dalej piszesz? Dlaczego nie zakończyłeś kariery po pierwszym nieudanym artykule? A co do tego, czy w ogóle powinienem był zostać zawodowym pięściarzem… Powiedzmy, że jesteś w pustym pokoju od wielu dni, bez jedzenia. I nagle ktoś przenosi cię do innego, z dostępem do pełnej spiżarni. Pierwsza rzecz, jaką robisz – jesz. Jesteś głodny, więc zjadasz cokolwiek. Ja też wybrałem rzecz, którą miałem w zasięgu. Tak się złożyło, że był to boks. Pewnego dnia przylazłem na salę treningową, powalczyłem z jakimś chłopakiem i wygrałem. Potem z następnym i znowu wygrałem. I już nie przestałem boksować. […] Nie byłem sadystą. Lubiłem się bić, bo tylko to potrafiłem. Nie zastanawiałem się, czy boks to sport. Chciałem, żeby był sportem, bo tylko to dawało mi nadzieję na sukces. Jedynym warunkiem było pełne poświecenie. Tylko tyle. […] Zastanawiasz się – jak mogłem tyle poświęcić, tak wielu rzeczy siebie pozbawić? Po prostu nie umiesz sobie wyobrazić, gdzie zacząłem.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

***

źródła: „The Loser: The Most Honest Sports Story Ever Written”, David Remnick – „King of the World: Muhammad Ali and the Rise of an American Hero”, „Czarny Bóg i biały diabeł w miejskich gettach Ameryki. Religia i czarny nacjonalizm Narodu Islamu”.

fot. ESPN (screen) / WikiMedia

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

1 liga

Wisła Kraków sama się zaorała. Była dziś jak zespół z okręgówki

Jakub Radomski
5
Wisła Kraków sama się zaorała. Była dziś jak zespół z okręgówki

Boks

Boks

Tyson Fury vs Oleksandr Usyk – typy i kursy na walkę. Zgarnij bonus 300 zł!

Rafał Wierzbicki
4
Tyson Fury vs Oleksandr Usyk – typy i kursy na walkę. Zgarnij bonus 300 zł!
Boks

Tej nocy ring zapłonie. Fury i Usyk walczą o przejście do historii

Szymon Szczepanik
7
Tej nocy ring zapłonie. Fury i Usyk walczą o przejście do historii
Niemcy

Bobel: Heynckes powiedział, że u niego zagrałbym 200 razy w Bundeslidze

Jan Mazurek
28
Bobel: Heynckes powiedział, że u niego zagrałbym 200 razy w Bundeslidze
Boks

Nieśmiertelny Łomaczenko. Co sprawia, że Ukrainiec wciąż wraca na szczyt?

redakcja
7
Nieśmiertelny Łomaczenko. Co sprawia, że Ukrainiec wciąż wraca na szczyt?

Komentarze

6 komentarzy

Loading...