Miedź Legnica przyjechała dziś do Częstochowy, żeby bezbramkowo zremisować. I choć od drugiej minuty plany beniaminka były już niemożliwe do realizacji, to przez większość spotkania zespół Wojciecha Łobodzińskiego wyglądał tak, jakby gol Iviego Lopeza nigdy nie padł.
To nastawienie było jasne jak czupryna Szymona Matuszka i sama obecność defensywnego pomocnika na murawie była wymowna. Wyszedł na nią w towarzystwie Santiago Navedy, a na duet, który tak mocno zabezpieczałby środek pola trener gości zdecydował się po raz pierwszy w tym sezonie. Tak jak na ustawienie z trójką środkowych obrońców (i piątką generalnie), bo do jedenastki dodatkowo wskoczył Aurtenetxe, a po bokach wystąpili Kostka i Carolina, którzy też mieli więcej zadań defensywnych niż ofensywnych.
Raków Częstochowa – Miedź Legnica 1-0. Goście bez pomysłu
Rezultat był taki, jak już wspomnieliśmy – Miedź dostała gonga, ale nie za bardzo potrafiła się tego ciosu ustosunkować. Ale zanim o tym, warto odnotować, że gong był nie byle jaki. Powiedzmy to wprost – rzadko obserwujemy na naszych boiskach tak piękne asysty drugiego stopnia i ostatnie podania. Strzał był tylko formalnością.
Szybko poszło! Kapitalny start Rakowa – Ivi Lopez z rzutu wolnego strzela już w drugiej minucie! ⚽
📺 Mecz z Miedzią Legnica oglądajcie w CANAL+ SPORT i CANAL+ online: https://t.co/cjXnBgC5G3 pic.twitter.com/QTP036AwM3
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) October 10, 2022
Jedyną nadzieją Miedzi na odpowiedź było otrzymanie rzutu karnego w prezencie od gościnnych gospodarzy. W przypadku pierwszego wypadu w polu karne było blisko, bo sędzia gwizdnął jedenastkę po interwencji Arsenicia, ale po długich rozmyślaniach i wizycie przy po monitorze Damian Kos w końcu zauważył, że Chorwat odbił piłkę inną częścią ciała. W drugiej połowie – tak dla odmiany – mieliśmy odwrotną sytuację. Gdy Obieta zaskoczył defensywę gości, dopadł do lagi od bramkarza i został powalony przez Kovacevicia, najpierw gwizdek milczał, a dopiero po długich rozmyślaniach i wizycie przy monitorze podyktowany został karny. Decyzje słuszne, ale proces budzi nasz niesmak.
A i w tej sytuacji ostateczne nici z bramki, bo Bośniak sam podpalił, ale też sam zgasił. Wyczuł Henriqueza i dalej było 1-0.
Rakowowi trzeba zarzucić brak skuteczności, bo de facto ten mecz powinien był już zamknięty na cztery spusty. Przez moment zapachniało dubletem Lopeza, ale Hiszpan, który jeszcze przed przerwą zszedł z kontuzją, był na spalonym, a poza tym niezłe lub dobre okazje do zdobycia bramki marnowali Svarnas, Kun, Koczerhin, Wdowiak, Nowak i Piasecki. Tradycyjnie nieporadny był Gutkovskis, który w walce o pozycję potrafił potraktować rywala jak worek kartofli, a potem oddać wywalczoną piłkę wprost do koszyka Abramowiczowi. Ale najlepiej starania Rakowa podsumowuje sytuacja z autem, gdy w ciągu kilku sekund piłka wyślizgnęła się z rąk Kuna, a później to samo spotkało Svarnasa.
Raków oczywiście wrócił na fotel lidera, ale stylem mocno przypominał wczorajszego Lecha w rywalizacji z Radomiakiem i w sumie nieco też przedwczorajszą Legię w starciu z Wartą. Kolejna wygrana, ale to nie tak, że zachwycamy się jakością kandydata do tytułu.
A w przypadku Miedzi – no cóż. Wydaje się, że Henriquez mógł dostawić pieczątkę pod zwolnieniem Łobodzińskiego – zdziwimy się, jeśli poprowadzi zespół też przeciwko Cracovii.

WIĘCEJ O RAKOWIE CZĘSTOCHOWA:
- Bartosz Nowak: Wcale nie tak łatwo było mi odejść z Górnika [WYWIAD]
- Fabian Piasecki: Napastnik w Rakowie ma dużo więcej zadań niż tylko strzelanie goli [WYWIAD]
- Jak Raków zatrzymuje swoich czołowych zawodników?
- Szef skautów Rakowa: – Sprawdzanie social mediów piłkarzy już nie wystarcza
