Co tam się działo! Mogliśmy oglądać euforię radości, ale też łzy rozpaczy. Wszystko zmieniało się z minuty na minuty i w pełni spełniło formę multiligi. Właśnie dla takich historii mecze ostatnich kolejek są rozgrywane o tym samym czasie. Łatwo się było w tym wszystkim pogubić, ale teraz mamy już wszystkie wyniki – wiadomo kto jest mistrzem Anglii, kto musiał obejść się smakiem, kto awansował do Ligi Mistrzów, a kto zagra w przyszłym sezonie w Championship. Nie będzie łatwo tego wszystkiego uporządkować, ale spróbujmy!

Szaleństwo w ostatniej kolejce Premier League! City z tytułem, Tottenham w Lidze Mistrzów

Manchester City mistrzem po niesamowitej dramaturgii

Umówmy się, najbardziej prawdopodobnymi scenariuszami w meczach Manchesteru City z Aston Villą i Liverpoolu z Wolves były po prostu wysokie wygrane gospodarzy, które oszczędziłyby nam emocji. Tymczasem wydarzenia boiskowe przyniosły nam zupełnie inne rozwiązania. Właściwie ciężko byłoby wymyślić większą dramaturgię w walce o prym na Wyspach.

Zaczęło się sensacyjnie, bo już od 2. minuty swojego meczu Liverpool przegrywał z Wolves po szkolnym błędzie Ibrahimy Konate, który źle obliczył lot piłki. Wydawało się, że to zabija wszystkie emocje, bo przecież podopiecznym Jurgena Kloppa jeszcze bardziej zamyka to drogę do pokonania ekipy Pepa Guardioli. I wtedy wydarzenia nabrały zupełnie nieoczekiwanego zwrotu. Najpierw Sadio Mane wyrównał stan rywalizacji na Anfield, a potem ostatnia kolejka Premier League zyskała zupełnie nieoczekiwanego bohatera – Matty’ego Casha.

Reprezentant Polski znalazł się w polu karnym Manchesteru City i strzałem głową pokonał Edersona. Na przerwę obie najlepsze drużyny w Anglii schodziły w złych nastrojach. Piłkarze City mieli przecież los we własnych rękach, musieli odbębnić zwykły dzień w pracy, czyli po raz 29. wygrać swój mecz w tym sezonie Premier League, a przegrywali 0:1. Liverpool z kolei jedyne co mógł zrobić, to wywierać presję swoim wynikiem, tymczasem jedynie remisował przed własną publicznością 1:1. Kwestia mistrzostwa Anglii pozostawała więc otwarta, nikt nic nie wiedział.

Druga połowa zaczęła się w obu spotkaniach spokojnie, żadna z faworyzowanych drużyn nie potrafiła wyjść na prowadzenie. I nagle pokrętło wskazujące poziom szaleństwa walki o mistrzostwo Anglii zostało jeszcze bardziej podkręcone, choć wydawało się to niemożliwe. Pomocną dłoń w kierunku piłkarzy Liverpoolu wyciągnął były piłkarz The Reds – Phillipe Coutinho – strzelił gola na Etihad i dał Aston Villi  dwubramkowe prowadzenie. Mimo że przecież wciąż to Obywatele byli na pierwszym miejscu w tabeli, to jednak w tym momencie Liverpoolowi wystarczała jedynie bramka do awansu na pierwszą lokatę, a w takim przypadku gracze Guardioli musieliby strzelić aż trzy gole!

Kibice na Anfield przeglądali wyniki na żywo i nie dowierzali w nieporadność swoich zawodników. Liverpool był o krok od bycia wirtualnym mistrzem Anglii, a nie został nim ani na moment. Mimo że Manchester City przegrywał 0:2, The Reds ani przez sekundę nie wskoczyli dziś na fotel lidera. Zamiast stłamsić piłkarzy Wolves, wręcz oddawali im piłkę i mieli szczęście, że nie stracili kolejnej bramki. Tymczasem Obywatele wzięli się w garść, przypomnieli sobie, w jaki sposób odpadli z Ligi Mistrzów. Wzorem Realu Madryt rzutem na taśmę odmienili losy rywalizacji.

Najpierw nadzieję dał Ilkay Gundogan. Remis zapewnił Rodri, a chwilę później znów trafił Gundogan. Pięć minut, które wystarczyło, by zupełnie odmienić losy mistrzostwa. W tym czasie kibice Liverpoolu łapali się za głowę, a piłkarze The Reds dopiero wtedy, gdy każdy gol miał już mniejsze znaczenie, zaczęli trafiać do siatki. Strzelił Mo Salah, strzelił Andy Robertson, ale nie miało to już większego znaczenia. Pamiętajmy o najważniejszej zasadzie tej kolejki – jeśli Manchester City wygra swój mecz, Manchester City będzie mistrzem Anglii.

Tym samym Guardiola broni ze swoim zespołem tytuł mistrzowski, a Liverpool traci szansę na wymarzoną poczwórną koronę. Finisz ligi w pewnym stopniu pokazał słabość obu najlepszych drużyn z Anglii, z drugiej strony obie wygrały ostatecznie swoje spotkania i zapewniły tym samym kibicom jeden z najlepszych finiszów w historii rozgrywek.

Brak litości w walce o Ligę Mistrzów

Mieliśmy niesamowite emocje w walce o triumf w rozgrywkach, ale nie zapominajmy też o swego rodzaju nagrodzie pocieszenia, jakim był awans do Ligi Mistrzów. Zespoły, które się o niego biły, czyli Tottenham i Arsenal, traktowały oczywiście ten temat śmiertelnie poważnie. Czwarte miejsce było najwyższym, na jakie mogły liczyć w tym sezonie. Tym samym biły się o nie do samego końca, choć w tym przypadku sprawa została rozwiązana zdecydowanie szybciej.

Koguty miały pełną kontrolę nad sytuacją, ponieważ tylko porażka, przy jednoczesnym zwycięstwie Arsenalu, zabrałaby im bilet do Champions League. A że podopieczni Antonio Conte grali ze zdegradowanym i zdecydowanie najgorszym w tym sezonie Norwich, to ciężko było przewidywać taki scenariusz. 5:0 na wyjeździe i w zasadzie nic więcej nie trzeba mówić. Na liście strzelców pojawili się wszyscy liderzy ofensywni Spurs – Harry Kane, Heung-Min Son i Dejan Kulusevski. To sprawiło, że fani Tottenhamu nawet nie muszą sprawdzać, jakim wynikiem zakończył się mecz Arsenalu.

Kanonierzy w swoim występie zagrali jednak tak, jakby sami nie wiedzieli co dzieje się w meczu ich bezpośredniego rywala. Aby marzyć o Lidze Mistrzów, musieli wygrać. Też strzelili więc pięć bramek, z tym że dali też sobie wbić jedną w pojedynku z Evertonem. Sezon kończą więc z godnością, ale też z poczuciem niewykorzystanej szansy. Jeszcze kilka dni temu mieli awans do Ligi Mistrzów tylko w swoich rękach. Teraz muszą zadowolić się występami w Lidze Europy.

Były też emocje na dole tabeli

Ostatnią palącą kwestią w terminarzu ostatniej kolejki sezonu Premier League była ta dotycząca spadkowiczów. Spadło już Norwich, spadł Watford, utrzymanie kilka dni temu wywalczył Everton, ale wciąż niejasny był los Burnley i Leeds. Oba zespoły miały dwie możliwe opcje na koniec sezonu – spadną albo nie spadną. Rywali mieli porównywalnych, bo ci pierwsi grali u siebie z Newcastle, a ci drudzy na wyjeździe z Brentford. Śmiało można więc było dawać szanse obu ekipom. Przystępowały one do swoich meczów z taką samą liczbą punktów na koncie, chociaż to Burnley miało zdecydowanie lepszy bilans bramkowy. Dlatego Leeds chcąc się utrzymać, musiało wykręcić rezultat lepszy od swoich rywali.

Piłkarze The Clarets mieli więc bardziej komfortową sytuację, ale już w 20. minucie stracili bramkę, przez co cały plan się posypał i wówczas drużynie Mateusza Klicha wystarczał jedynie remis do pozostania w Premier League. Szanse na utrzymanie Leeds jeszcze bardziej wzrosły po godzinie gry. Wówczas Raphinha wyprowadził swój zespół na prowadzenie, a Burnley przegrywało z Newcastle już 0:2. Co prawda, strzeloną honorową bramką próbowali oni jeszcze powalczyć o remis, ale gol Jacka Harrisona w czwartej minucie doliczonego czasu gry wprawił wszystkich kibiców Leeds w ekstazę. Było już wiadomo, że podopiecznym Jessego Marscha nic nie grozi. Wielkie tradycje Pawi pozostają na najwyższym szczeblu, a ostatnia ostoja prawdziwej brytyjskiej piłki w postaci Burnley leci poziom niżej.

***

Kibice Premier League długo nie zapomną emocji związanych z 38. kolejką tego sezonu. 39 bramek w dwie godziny. Losy mistrzostwa rozstrzygające się w ostatnich minutach. Grad goli w walce o Ligę Mistrzów i dramatyczna walka o utrzymanie. Były też oczywiście inne wyniki, ale w większości nie wpływały one na kształt tabeli. Swoje spotkanie wygrała Chelsea, która przyklepała tym samym trzecie miejsce na koniec rozgrywek. Przegrał za to Manchester United. Czerwone Diabły przez moment w wirtualnej tabeli wylądowały w eliminacjach do Ligi Konferencji, ale po ostatecznej porażce West Hamu wróciły na pozycję gwarantującą grę w Lidze Europy. Młoty spadły więc przez to o szczebel niżej w hierarchii europejskich pucharów.

Do gry w Premier League wracamy już 6 sierpnia!

Wszystkie wyniki ostatniej kolejki:

Manchester City – Aston Villa 3:2
Liverpool – Wolves 3:1
Norwich – Tottenham 0:5
Arsenal – Everton 5:1
Brentford – Leeds 1:2
Burnley – Newcastle 1:2
Crystal Palace – Manchester United 1:0
Brighton – West Ham 3:1
Chelsea – Watford 2:1
Leicester – Southampton 4:1

Czytaj więcej o Premier League:

Fot. Newspix.pl

Kozacy i badziewiacy. Bartosz Śpiączka, mistrz ligowej autodestrukcji

Jakub Białek

Terzić: Pewnego dnia zostaniemy nagrodzeni

redakcja

Co dalej z prywatnym właścicielem Miedzi Legnica? Znamy szczegóły

Kamil Warzocha

Rewolucja się oddala? Głosowanie nad podziałem kasy odroczone

Szymon Janczyk

Media: Jules Kounde może trafić do Liverpoolu

redakcja

Keane: Pozbyłbym się De Gei

redakcja