Stefanów: Przed meczem z O’Sullivanem nie mogłem zasnąć
Inne sporty

Stefanów: Przed meczem z O’Sullivanem nie mogłem zasnąć

Adam Stefanów w ubiegłym sezonie był jedynym Polakiem w snookerowym main tourze – gronie 128 najlepszych zawodników na świecie. Jak sam mówi, zbierał doświadczenia, a w kolejnym sezonie będzie walczyć o to, by w nim pozostać. Poza wrażeniami z rywalizacji z najlepszymi, rozmawiamy z nim też o spotkaniach z Ronniem O’Sullivanem, stanie polskiego snookera czy ubiegłorocznym… końcu kariery. 

Jesteś rozczarowany minionym sezonem?

Na pewno nie jestem zadowolony, bo chyba w pięciu meczach przegrałem w decydującej partii. Pozostał niedosyt. Mogłem wygrać parę meczów na początku sezonu. Dodałoby mi to pewności siebie, może lepiej przebrnąłbym przez ten sezon. Ale w końcówce nie grałem najgorzej. Dobrze się wtedy czułem, sporo rzeczy zdołałem poprawić, bo mocno trenowałem. Nie było z tego co prawda wyników, poza tym, że pokonałem Shauna Murphy’ego [były mistrz świata – przyp. red.]. Jestem jednak świadomy, że ten pierwszy rok jest „luźny”, gdy dostaje się dwuletnią kartę. Tym więc się tak nie przejmuję.

Inaczej było z porażkami, przez które byłem już blisko jakichś stanów depresyjnych. Bo to nie jest fajne, jak się bardzo dużo trenuje i wciąż się przegrywa. Suma summarum wiem, że nie był to najlepszy sezon, ale grałem z świetnymi rywalami, bo struktura World Snooker jest taka, że jako osoba z dolnej połówki rankingu jakieś 90 procent meczów gram z osobami z TOP 32. Rzadko trafiam na kogoś klasyfikowanego niżej. Doświadczenie odgrywa tu mega ważną rolę. Ja gram pierwszy czy tam drugi rok, a wszyscy inni od co najmniej pięciu czy sześciu. Sezonem więc jestem rozczarowany, ale nie chcę przesadnie narzekać, bo wiem, że ten pierwszy rok jest trudny.

Te dwuletnie przepustki to chyba największa zaleta obecnego systemu? Pamiętamy jak Kacper Filipiak dostał jednoroczną i skończyło się sezonem bez żadnego zwycięstwa, po którym wypadł z main touru.

Tak, ale Kacpra będę w tym przypadku bronić. On był jeszcze dzieckiem. Pamiętam, że spotkałem się wtedy z nim i jego ojcem. Kacper nie był gotowy, by w tym main tourze grać. Dokonał wtedy cudu, wygrywając mistrzostwa Europy do lat 21. Pokonał tam wielu dobrych zawodników i pokazał swój wielki potencjał. Ale jako zawodnik nie był gotowy. Dla przykładu: najwyższego breaka w życiu miał wtedy na poziomie 110 punktów. A tu zawodnicy potrafią na początku meczu wbić 140. Co do przepustki, faktycznie jest to mega rzecz. Bo mając tę kartę na rok, już by mnie tam nie było, a tak dopiero ten drugi rok będzie walką o przetrwanie.

Wiesz, że będziesz musiał zmienić opis na profilu na Facebooku przez Kacpra? Masz tam „jedyny polski profesjonalny zawodnik snookera”?

Tak, ale nie mam nic przeciwko. (śmiech)

Swoją drogą jeszcze rok temu wydawało się, że ten polski snooker stoi w miejscu. Wiele osób mówiło mi, że potrzebujemy kogoś w elicie, żeby to rozkręcił. Minął rok i mamy ciebie, zaraz dojdzie Kacper. To może być takie koło zamachowe dla rozwoju tej dyscypliny w Polsce?

Powiem tak: gdy zaczynałem grać w snookera, marzyłem by dostać się do main touru, ale było to cholernie trudne. Również przez dostępne możliwości. Z perspektywy polskiego snookera to jest mega sukces, że w gronie tych 128 najlepszych zawodników będzie dwóch Polaków, czas pokaże, czy przyjdą za tym inne osiągnięcia. Bo myślę, że naszemu snookerowi potrzebne są jeszcze większe. Ale trzeba do tego podchodzić na chłodno, bo nie jest łatwo taki sukces osiągnąć. Ja i Kacper jesteśmy młodzi. Życzę mu jak najlepiej, nie mam nic przeciwko temu, by zachodził w turniejach dalej ode mnie i je wygrywał. Chciałbym, żeby pokazał, że Polak potrafi grać w snookera. Kacper też zobaczy po latach, jaki jest tu poziom, choć pewnie w jakimś stopniu jest tego świadomy. To nie są łatwe pojedynki, każdy gra o życie i to na bardzo dobrym poziomie.

Cofnijmy się w czasie. Jak w tym kraju zostaje się snookerzystą? Bo nawet teraz jest o to trudno, choćby stoły są głównie w dużych miastach, jak Warszawa, Kraków czy Zielona Góra.

Teraz jest ich już jest więcej. Kiedyś były głównie w tych wymienionych miejscowościach, teraz doszło jeszcze kilka miejsc.

Zmieniam więc pytanie: jak w tym kraju zostawało się snookerzystą te 15 lat temu?

Ja zostałem kompletnie przypadkowo. Miałem grać w bilard i chciałem go trenować. Ale jak przyszedłem do klubu Marcina Nitschkego, to były tam tylko stoły snookerowe i stowarzyszenie w Zielonej Górze. Zacząłem grać w snookera, bo nie miałem innego wyjścia. I tak zostało do dziś. A jeśli chodzi o to, jakie były możliwości, to bardzo skromne. Drukowało się z Internetu jakieś ćwiczenia od trenerów z Anglii i tak się trenowało. Poziom był wtedy bardzo średni. Teraz znacznie podskoczył, mamy kilku bardzo dobrych zawodników. Jest dużo lepiej. Ostatnio rozmawiałem o tym ze Stuartem Binghamem. Gdy miałem 13 lat i zaczynałem, to przez kolejnych pięć lat nie mogłem grać z najlepszymi na świecie, co robią na przykład zawodnicy z Wysp. A zupełnie inaczej wychowuje się snookerzysta, który na co dzień w klubie gra z dobrym rywalem, a inaczej taki jak ja, który dopiero w wieku 19 lat, po wyjeździe do Anglii, zaczął z takimi trenować. Patrząc na to, jakie miałem możliwości rozwoju w Polsce i gdzie teraz jestem, to na pewno można uznać to za duży sukces.

W Polsce nie było możliwości wejść na odpowiedni poziom?

Zajęłoby to dużo więcej czasu. Wydaje mi się, że w końcu dobrnąłbym do miejsca, w którym jestem. Chodzi jednak o możliwość rozwoju, grę z najlepszymi na co dzień. Od nich się uczysz, szczególnie w sparingowych meczach, gdy regularnie cię leją. Stąd ta decyzja o wyjeździe. Myślę, że jakbym tego nie zrobił, to przez ten poprzedni rok nie byłoby Polaka w main tourze, a na pewno nie wygrałbym z mistrzem świata. To ogranie, które zyskuję tu na co dzień, daje naprawdę wiele. Każdy zawodnik ci powie, że to jest właśnie klucz do sukcesu.

Czyli warto było łączyć treningi z pracą?

Warto. Niczego nie żałuję, choć nie było łatwo, bo łączyłem dwa pełne etaty. 35 godzin pracy i 35 godzin snookera, bez dnia wolnego. To była niezła masakra, ale dawałem radę. Miałem marzenia o zostaniu zawodowym snookerzystą i się udało. Teraz jestem w main tourze, mam sponsorów, którzy pomagają, ale i tak wracam do pracy, choć jakiś czas takiej nie miałem. Bo to nie jest tak, jak w tenisie, że jak jesteś w turnieju, to masz już zagwarantowane wynagrodzenie. W snookerze trzeba wygrać mecz, żeby zarobić. A koszty życia w Anglii i trenowania w akademii są bardzo duże.

Mówiłeś w kilku wywiadach, że na to wszystko wydajesz około 150 tysięcy złotych rocznie. Z nagród w tym sezonie uzbierało ci się 7500 funtów, czyli jakieś 37 tysięcy złotych. Jedna czwarta.

Tak, to jest mała kropla w morzu moich potrzeb. Koncentruję się na snookerze, jak tylko mogę, ale muszę też pracować. Brak pensji jest, przynajmniej moim zdaniem, największym minusem main touru. Bo samo dostanie się do niego jest okropnie trudne, a zarobić da się tylko poprzez wygrane mecze. Nic nie daje to, że w jakimś turnieju się wystartuje. Nie jest to łatwe, ale ciężko pracuję i staram się, by było jak najlepiej. Na pewno jednak nie jestem na ten moment w stu procentach sportowcem. To bardziej podział 70/30 albo 60/40. Żeby to wszystko spiąć finansowo, muszę też robić coś poza snookerem.

adam i mark

Adam i Mark Selby. Fot. archiwum prywatne Adama Stefanowa

Przeliczam sobie te godziny. 35 plus 35, czyli 70. Dziesięć godzin pracy dziennie.

Teraz faktycznie pracuję 5-6 godzin dziennie, a potem gram w snookera przez kolejne 3-4, więc wychodzi w tych okolicach. Wstaję około piątej rano, pracuję do dziesiątej, a potem idę na trening, który trwa gdzieś do piętnastej. Wieczorem mam trochę czasu dla siebie albo jeszcze dodatkowo pracuję. Tak to wygląda.

Do tego, co wymieniłeś, dochodzą jeszcze zwyczajne zajęcia: gotowanie, pranie czy sprzątanie.

To standard. Jeszcze trzeba chodzić na siłownię, zadbać o siebie, bo trudno grać w snookera bez kondycji. Można, da się, ale nie jestem tego zwolennikiem. Czasu nie jest tak dużo, jak się wydaje. Ale nie chcę niczego odrzucać, staram się ciągnąć dwie rzeczy naraz, wręcz muszę to robić. Taki jest mój los. Nie narzekam, tylko walczę, żeby było lepiej.

Mówisz, że walczysz, ale w zeszłym roku… zakończyłeś karierę. Oficjalnie. A potem okazało się, że zagrasz w main tourze. Jak ci minął tamten okres? Bo to była jedna, wielka sinusoida.

Fakt, olbrzymia. Miałem już zapewnioną nową pracę, prawie przeniosłem się w inny region Polski. Wszystko było dograne, nawet miejsce, w którym miałem mieszkać. I nagle dostałem telefon z World Snooker, po którym wszystko się zmieniło. Byłem w totalnym szoku, nie mogłem powiedzieć „nie” na propozycję wejścia do main touru. Przecież tyle lat o to walczyłem. Podjąłem rękawicę, wróciłem do treningów. Coś u góry nade mną czuwało, widać tak miało być.

Telefon był dużym zaskoczeniem?

Powiem tak: wiedziałem, że jeżeli będzie możliwość dostania dzikiej karty – aczkolwiek pojawia się ona bardzo rzadko – to będę jednym z głównych faworytów do jej otrzymania, przez mój wynik w amatorskich mistrzostwach [Adam doszedł tam do finału, ale tylko pierwsze miejsce dawało przepustkę do main touru – przyp. red.]. Ale nie spodziewałem się, że to faktycznie się stanie. Po finale amatorskich mistrzostw się popłakałem, bo byłem świadomy, że to był ostatni turniej, ostatnia szansa. I znowu czegoś mi zabrakło, tak jak w Q Schoolu [seria turniejów kwalifikacyjnych do main touru – przyp. red.] trzy lata temu, gdy Michael Georgiou wyprzedził mnie w klasyfikacji generalnej o dwie wygrane partie. Myślałem, że etap snookerowy w moim życiu się zakończył. Wyjechałem. I nagle dostałem taką wiadomość. Za sobą mam już ten pierwszy rok, w drugim powalczę o to, by się w tym main tourze utrzymać.

Nie życzę ci tego, ale muszę zapytać: co jeśli się to nie uda?

Szczerze? Nie wiem. Nie wiem, jak będę się czuł z moją grą. Jeśli to będzie słaby sezon, to wydaje mi się, że mogę nawet nie podejść do Q Schoola i po prostu przestać grać. Jeżeli będę zdania, że naprawdę się rozwijam i jestem zawodnikiem, który potrafi rywalizować w main tourze, to pojadę na Q School i powalczę o powrót. Wszystko będzie zależeć od tego, na jakim poziomie będzie moja gra. Wiem, że jest też mnóstwo fajnych rzeczy, które można robić oprócz snookera. Gra jest teraz całym moim życiem, poznałem dzięki niej trylion prześwietnych ludzi na całym świecie, ale są też inne rzeczy. Czasem trzeba pomyśleć o sobie i za coś żyć.

Na przykład za co?

Jeszcze tak naprawdę nie wiem. Wydaje mi się, że może otworzyłbym klub snookerowy. Ale tak szczerze, to nie mam pojęcia. Mam parę możliwości, które związane są z działalnością mojego sponsora, jednego z największych producentów folii w Europie. Może pomagałbym jemu? Choć zawsze marzył mi się swój klub, szczególnie po tym, jak osiągnąłem trochę rzeczy i jestem najbardziej rozpoznawalnym z polskich snookerzystów. Chętnie bym taki otworzył, zorganizował swoją akademię. Zobaczę, jak to się potoczy, na razie skupię się na tym, by dać z siebie jak najwięcej w kolejnym sezonie. A jak już przyjdzie co do czego, to wydaje mi się, że zawsze dam sobie radę.

Na ten moment grasz w main tourze, od przyszłego sezonu dołączy do ciebie wspominany już Kacper Filipiak. Myślisz, że ten polski snooker może dobić do poziomu Belgii? To kraj, który potęgą nie jest, ale zawodnicy z niego odnoszą sukcesy.

Trudno mi powiedzieć. Wbrew pozorom snooker w Polsce staje się coraz bardziej popularny. Dla przykładu: gdy rozgrywane są mistrzostwa świata – czyli i teraz – to w klubie w Warszawie stoły trzeba rezerwować z kilkudniowym wyprzedzeniem, jeśli chce się zagrać. Na pewno duży sukces pokazałby, że to fajna gra, ale sam nie jestem do końca przekonany, że byłby wielki boom. Bo ta gra jest okropnie trudna. Spójrzmy na przykład Roberta Kubicy. On osiągał wielkie sukcesy, ludzie fascynują się tym, jak jeździ, ale kandydatów na jego następców nie mamy. Nie „eksplodowało” to u nas, pewnie też ze względu na to, że to trudny sport. Jeżeli chodzi o samo zainteresowanie, to pewnie by było. Snooker fantastycznie prezentuje się w telewizji. Nawet ludzie, którzy się na nim nie znają, mówią mi, że wracają z pracy i oglądają, bo ich to relaksuje.

To też idealny sport do oglądania, gdy ma się do zrobienia inne rzeczy.

No tak, bo mecze są dosyć długie i można sobie na coś pozwolić. Sam widzę, że jest zainteresowanie snookerem. Stworzyłem sobie facebookowy profil, żeby czasem coś tam wrzucić, a nagle ludzie sami zaczęli do mnie pisać. I to jest fajne.

Autografów na ulicach jeszcze nie rozdajesz?

Nie, nie. Bez przesady. Czasem jestem rozpoznawalny jako ktoś, kto gra w snookera i pokonał mistrza świata. W Zielonej Górze, czyli moim rejonie, trochę bardziej, bo nie mamy tam aż tylu sportowców. Wychowałem się tam, więc dlatego. Gdy idę do jakiegoś klubu snookerowego, to ludzie mnie poznają, bo jestem ze środowiska. Ale poza tym bez przesady.

Wspomniałeś wcześniej Roberta Kubicę. To o tyle ciekawe, że w różnych miejscach określano cię „Kubicą snookera”, a w innym byłeś też „polskim Małyszem”.

Takie porównania sprawiają, że szeroko się uśmiecham. Bo dobrze pamiętam, że gdy wyjeżdżałem do Anglii, wielu ludzi śmiało się ze mnie, mówiąc, że nie mam szans. Fajne jest to, że do main touru się dostałem. Rzutem na taśmę, ale wydaje mi się, że zasłużenie. Pokazałem, że można wygrywać mecze w main tourze, mimo że kiedyś nierealne wydawało się nam pokonanie Wyspiarza, a co dopiero zawodowca. Staram się przecierać te szlaki. Świetnie jest widzieć takie tytuły, ale jednak do Małysza czy Kubicy brakuje mi niebywale wiele. Jeżeli jednak chodzi o ten sport, to jestem mega dumny z siebie, że pokazałem, jak można dostać się do tego main touru i w nim rywalizować. To jest naprawdę fajne i nikt mi tego nie zabierze.

Takim momentem, gdy pojawiło się faktycznie większe zainteresowanie, był chyba wygrany mecz kwalifikacji mistrzostw świata z Garym Wilsonem, po którym ludzie chcieli ci podobno wysyłać koszule. Ostatecznie jakąś dostałeś?

Nie, nie. (śmiech) To był ten moment, gdy moje życie wywróciło się do góry nogami. Tamte mistrzostwa miały być ostatnim turniejem w mojej karierze, tuż po tym, jak zostałem wicemistrzem świata tej „drugiej dywizji”. I nagle pokonałem Gary’ego, który jest znakomitym zawodnikiem. Ludzie wtedy zwariowali, bo Polak nigdy wcześniej nie wygrał meczu w mistrzostwach świata. A to są mistrzostwa – kwalifikacje do fazy telewizyjnej, ale jednak. Ludzie pisali mi przeróżne rzeczy. Odzywali się nawet zawodnicy, z którymi grałem dziesięć lat wcześniej na jakichś zawodach. To wszystko było bardzo miłe. Niektórzy mnie rozweselali, bo nie sądziłem, że będę w stanie go ograć i wziąłem wtedy tylko dwie koszule, po jedną na daną sesję meczu. Było bardzo wesoło. Pamiętam, że to wszystko rosło, bo przybliżałem się do występu w Crucible. Ostatecznie odpadłem w drugiej rundzie, ale wspomnienia zostały.

Teraz do Crucible dostał się pierwszy amator w historii, James Cahill, i z miejsca ograł Ronniego O’Sullivana w pierwszej rundzie. Sam długo byłeś amatorem, więc to chyba – z twojej perspektywy – wielkie wydarzenie?

Tak, ale ten jego awans jest troszkę rozdmuchany przez World Snooker, bo James przez cztery lata grał zawodowo. Czyli dłużej niż na przykład ja. Potem wypadł i ma oficjalny status amatora, ale to jest człowiek, który zna profesjonalny snooker. Ostatnio bardzo się rozwinął, zaczął też współpracę z nowym trenerem. Miałem zresztą okazję pogadać z nim kilka dni temu, gdy podchodziliśmy do meczu w tej samej sesji. Mówił, że mimo statusu amatora jest dużo lepszym zawodnikiem, niż był. To co zrobił, to oczywiście wielki wyczyn, bo pokonał po drodze naprawdę świetnych zawodników. Wytrzymał też dużą presję, bo dwa pierwsze mecze kwalifikacji były dla niego walką o wejście do main touru. Szacun, że to zrobił. Gość jest bardzo dobrym zawodnikiem, więc po tym awansie poszedł do przodu i pokonał Ronniego. Nie jestem tym jednak aż tak zaskoczony, bo taki jest właśnie poziom w main tourze. Swoją drogą parę dni temu napisał do mnie, że chciałby kupić takie buty, jak ja mam, bo mu się spodobały. (śmiech)

Skoro o mistrzostwach, to zahaczmy o temat byłego mistrza. Wspominałeś już o tegorocznym zwycięstwie z Shaunem Murphym, ale to nie był pierwszy raz, gdy go pokonałeś.

Tak, grałem z nim mecz pokazowy w Zielonej Górze, gdy miałem osiemnaście lat. Wygrałem wtedy 3-1. Zresztą grałem z nim już… [Adam zawahał się w tym momencie i wszystko dokładnie przeliczył] pięć razy, masakra. (śmiech) Dwa razy pokazowo, trzy razy na oficjalnych turniejach. To ostatnie zwycięstwo to śmieszna historia, bo zrobiłem sobie w tym sezonie przerwę i pierwszy mecz po niej grałem w Welsh Open, gdzie trafiłem właśnie na niego. Zagrał wtedy świetnie, pokonał mnie 4-1. Wróciłem do hotelu, wyszła drabinka na China Open. Patrzę na nią, a tam znowu on. Mówię sobie: „Nie no, nie. Nie chcę z nim znowu grać”. (śmiech) Bo to naturalne, że woli się omijać zawodnika z najlepszej szesnastki na świecie. Tym bardziej gościa, który potrafi grać tak znakomicie. Potem się jednak mile zaskoczyłem.

adam i wynik xD

Adam po meczu z Shaunem Murphym. Fot. archiwum prywatne Adam Stefanowa

„Zwycięstwo z byłym mistrzem świata” wpisane do CV. Brzmi fajnie.

Wiesz, ja jestem po części świadomy, że mogę wygrywać z najlepszymi zawodnikami. Ten rok w main tourze pokazał mi jaki jest poziom. Bo to nie tylko ja tak wygrywałem, ale też na przykład Joe O’Connor, który dwa razy pokonał Johna Higginsa. Mnóstwo zawodników z dołu rankingu, pierwszoroczniaków, pokonywało zawodników z czołówki. Taki jest poziom. Dla mnie to świetny wpis do CV, ale nie było tak, że ktoś podchodził i mówił: „Wow! Pokonałeś Shauna”. Ludzie wiedzą, że każdy jest tu zdolny wygrywać z każdym. Ja się z tego cieszę, bo dla mnie to było docenienie ciężkiej pracy i super przeżycie. Tym bardziej w Chinach, bo to fantastyczny turniej, jeden z lepszych w roku. Ale to na tyle dziwna gra, że wygrałem z Shaunem, a rundę później przegrałem 1-6 z Andrew Higginsonem [aktualnie 53. na świecie – przyp. red.]. Poziom jest tak wysoki, że trudno cokolwiek przewidzieć.

Czego ci brakuje, żeby doskoczyć do czołówki?

Pracuję głównie nad tym, by zdobywać dużo punktów w jednym podejściu. Co zabawne, w kwalifikacjach do mistrzostw świata zagrałem jeden z lepszych meczów w sezonie. Udało mi się tam zrobić cztery czy nawet pięć breaków powyżej 50 punktów, ale pozwoliło mi to na wygranie tylko trzech partii. Bo rywal grał znakomicie. Wydaje mi się, że muszę nauczyć się nie dawać rywalom podejść do stołu. To jest coś nad czym pracuje każdy, ale widzę, ze u mnie to zdecydowanie musi się poprawić. Od pewnego czasu pracuję też nad samym sobą, psychiką, żeby wszystko w tej kwestii było okej. Jestem pełen optymizmu, jeśli chodzi o przyszły sezon.

Psychika odgrywa tu chyba ogromną rolę? Bo jest się z tym wszystkim samemu i każdy błąd może być ostatnim w danej partii. Nie tak jak w tenisie czy piłce nożnej, gdzie często da się coś jeszcze naprawić czy odrobić straty.

Dokładnie. To jest cholernie trudna gra. Mało ludzi jest tego świadomych. To zresztą świetny przykład, że jak piłkarz straci piłkę, to może pobiec za rywalem i starać się ją odzyskać. Tu, gdy popełnisz błąd, to siadasz i przez dziesięć minut zostajesz na krześle. Potem dostajesz jedną albo nawet pół szansy i popełniasz błąd, bo siedziałeś „zimny”. Po chwili przegrywasz, choć prawie nie grałeś. Trzeba mieć głowę ze stali. Kiedy się siedzi na tym krzesełku, ma się mnóstwo czasu na myślenie, a to najgorsza rzecz, jaka istnieje. Gdy sportowiec pracuje, powinien się skupić na tym, co robi, nie na rozpamiętywaniu błędów. Trzeba odsunąć negatywne myśli. Mnóstwo pracy robi się na krześle, podobnie jak mnóstwo przy stole. Mało ludzi jest świadomych tego, jak dużo trzeba, żeby to wszystko ogarnąć i móc wykorzystać błąd przeciwnika.

Współpracujesz z psychologiem sportowym?

Tak. Rozmawiam raz w tygodniu z panią z Wrocławia, mamy sesje przez Skype’a. Bardzo mi to pomaga. Trzeba dopracowywać wszystkie elementy. Z Shaunem Murphym wygrałem zresztą już po rozpoczęciu współpracy z nią. Staram się stworzyć taką maksymalnie fajną wersję siebie. Wiem, że ten pierwszy rok był po części spisany na straty, chodziło o nabranie doświadczenia. W ten drugi rok wejdę za to pełen optymizmu, bez strachu przed którymkolwiek z rywali. Chcę grać i wygrywać.

Wywołałeś ponownie ten mecz z Shaunem. Wiesz, kto wrzucał na Twittera link do streama, gdy zaczynaliście grać?

Tak, Ronnie O’Sullivan, widziałem i nie wierzyłem. Zresztą jakieś dziesięć dni przed tym spotkaniem, grałem z Ronniem na treningu. Później któryś z kolegów mi podesłał informację, że O’Sullivan wrzucił na Twittera komentarz o mnie i link do streama. A Ronnie rzadko coś takiego wrzuca. Śmiałem się z tego i nie mogłem uwierzyć. Miło było to zobaczyć. Później się spotkaliśmy, bo Ronnie często przyjeżdża do akademii, w której trenuję. Pogratulował mi, powiedział, że to była dobra wygrana i życzył powodzenia na przyszłość.

Swoją drogą widać, że to Ronnie. Bo ten stream nie był… do końca legalny. Tak to nazwijmy.

(śmiech) To fakt, zgadza się.

Co do O’Sullivana. Jak się z kimś takim gra? Masz wrażenie, że to jakiś mityczny kolos, bóg?

Tak, jest coś takiego. Nie da się tego ukryć. On jest jak Roger Federer tenisa czy Michael Jordan koszykówki. Pamiętam, że jak grałem z nim w turnieju, gdy mecz transmitowano w telewizji, to byłem bardzo zestresowany. Nieco mnie to przytłoczyło, bo to był jeden z tych boomów, gdy ludzie naprawdę się na mnie rzucili. Nie miałem wtedy tyle doświadczenia, a byłem świadomy, co się dzieje, ilu ludzi się interesuje i z kim gram. Spełniłem wtedy swoje marzenie.

Podobno spałeś przed meczem cztery godziny?

Tak, nie mogłem zasnąć. Zresztą wcześniej miałem szalone spotkanie ze wspomnianym Cahillem. Prowadziłem 3-0, dogonił mnie, ale ostatecznie wygrałem 4-3. Zresztą potem, jak spotykałem się z Ronniem przy innych okazjach, to też był dreszczyk. Dam ci przykład: w akademii zwykle panuje cisza, wszyscy trenują, ale czasem ktoś się odzywa, coś robi głośniej. Gdy przychodzi Ronnie, nic tej ciszy nie przerywa. Każdy gra i niby koncentruje się na swoim stole, ale też zagląda na jego, żeby się czegoś nauczyć.

Grałem z nim kilka razy, zawsze był mały stresik. Zdarzało się, że zaczynałem od prowadzenia 2-0, a potem przegrywałem osiem kolejnych partii. Jednak już się z tym obyłem. Kiedyś miałem takie „wow! To jest Ronnie”. Ale wtedy go nie znałem, a teraz doszło do tego, że siadamy po treningu przy jednym stole i rozmawiamy. Wielu ludzi mówi, że jest szalony, choć tak naprawdę, jest zupełnie normalnym gościem. Nawet jak ostatnio udzielał wywiadów z australijskim akcentem i ludzie pisali, że mu odbiło, to następnego dnia zjawił się w akademii i zachowywał normalnie. On głównie po meczach ma jakieś odpały, tak mi się wydaje. (śmiech)

Biegać razem jeszcze nie wychodziliście?

Nie. Mieliśmy za to razem gotować, bo i on jest wielkim fanem kuchni, a ja sam też gotować lubię, nawet pracowałem jako kucharz. Nie doszło to jednak do skutku, bo gdzieś wyjechał. Ogółem jednak jak się spotykamy, to rozmawiamy o jedzeniu, bo bardzo to lubi. Teraz zresztą wydał o tym książkę.

Kontakty z tymi największymi w snookerze są łatwe?

To jest tak, że jeżeli mamy jakiś turniej, to wszyscy zawodnicy na niego przyjeżdżają. Każdy tam jest. Więc z nimi trenujesz, mijasz się, widujesz wszystkich. Szczerze powiedziawszy jest paru zawodników, których nie darzę sympatią, ale zdecydowana większość to fajni, normalni ludzie, z którymi można porozmawiać. Oni też ciężko trenują i pracują na swoje życie. Czy to Jimmy White, czy Ronnie O’Sullivan.

adam i ronnie

Adam i Ronnie O’Sullivan. Fot. archiwum prywatne Adama Stefanowa

To kto się zalicza do tego grona „niesympatycznych”?

Muszę mówić? (śmiech) Po ostatnim meczu, jaki zagrałem na Gibraltarze, nie jestem fanem Roberta Milkinsa. Bo zachowywał się strasznie. Stary facet, a był jak dzieciak. Prowokował mnie, komentował moje zagrania. Tego się nie robi, gdy rywal gra, ty masz siedzieć i czekać na swoją kolej. Może o innych zawodnikach nie będę mówić, ale jego wytypuję właśnie przez to doświadczenie.

Słyszałem też, że na przykład Judd Trump jest niedostępny, trudny. Ale wydaje mi się, że to po prostu cicha osoba, która z nikim nie rozmawia, tkwi w swoim środowisku. Wiele osób komentowało, że jest „supergwiazdą”, ale stawiałbym, że po prostu jest cichy. Choć osobiście go nie poznałem. Podobny jest Mark Williams. Jego akurat miałem okazję poznać, nawet grałem z nim na World Cup of Snooker. Sympatyczny, fajny gość, ale też trzyma się przy swojej grupie ludzi. Za to znakomity zawodnik. To, co zrobił rok temu – nie do opisania.

Wracając jeszcze do Ronniego O’Sullivana. Mówiłeś o przygotowaniu mentalnym, ale chyba nic nie daje większego kopa niż komplementy od takiej legendy?

Powiem tak: bardziej się tym wszystkim jarałem, jak byłem młodszy. Teraz już widzę, jak jest. Wyniki wszystko weryfikują. Miło, że ktoś mnie pochwali, ale jeśli nie dołożę do tego pracy i przygotowania, to nic z tego nie będzie. Fajnie, że jest we mnie jakiś potencjał, ale trzeba to wszystko wykrzesać ciężką pracą. Bo widzę, jaki jest poziom w main tourze. Podchodzę do tego chłodno, ale wierzę w siebie. Bo jeżeli w większości meczów rywalizuję z zawodnikami jak równy z równym, to wiem, że to gdzieś tam jest. Kwestia jednego dobrego turnieju na przełamanie i mogę zacząć wygrywać.

Czyli już nie masz tak, jak kilka lat temu, gdy w wywiadzie podekscytowany, że  „w szatni w Barbican Centre w Yorku czuć było jeszcze pot tych największych zawodników”? Brak tej podjarki?

To było moje pierwsze UK Championship. Zdawałem sobie sprawę z tego, ilu ludzi tam grało. Bo ta hala ma trochę lat, więc wiadomo, że przebierało się tam mnóstwo legend. To jest fajne, że teraz wchodzisz tam ty i robisz to samo przed swoim meczem. Z biegiem czasu, jak już miałem możliwość gry w prawie wszystkich turniejach, oprócz mistrzostw świata i Masters, to już to zeszło. Jest zawsze jakiś dreszczyk, ale podchodzę do tego spokojnie. Wydaje mi się, że tak powinno być.

Co byłoby potrzebne, żeby wrócił? Finał turnieju?

Nie, myślę, że jak przeszedłbym parę rund, to bym to poczuł. Choć u mnie działa to raczej tak, że im dalej przechodzę, tym mniej się stresuję, bo wiem, że za sobą mam kawał dobrej roboty i każda wygrana partia czy mecz więcej to bonus. Na pewno byłby dreszczyk, bo nie byłem jeszcze w ćwierćfinale czy półfinale zawodowego turnieju. Wierzę, że do tego dojdzie i ten dreszczyk przyjdzie.

Swoją drogą cały czas mówimy o Wielkiej Brytanii. Brytyjska akademia, brytyjscy zawodnicy, brytyjskie turnieje… Skąd się bierze ten fenomen tamtejszego snookera?

To jest wyłącznie kwestia historii. Tego, że ta gra obecna jest tu od ponad stu lat. Największy boom snookerowy był gdzieś od końca lat 70. do połowy lat 90. Snooker cieszył się wtedy chyba największą oglądalnością w telewizji. Zawodnicy byli celebrytami, na ulicy rozpoznawali ich wszyscy. Jimmy White, Steve Davis, Alex Higgins…

W main tourze było wtedy 400 osób, a nie 128. Wszyscy w to grali, stoły stały w barach, pito przy tym alkohol i palono papierosy, ale z tego brali się zawodnicy, którzy mieli talent i wchodzili do elity. Za tym szły dobre pieniądze. Tak rodzili się wtedy mistrzowie. Dlatego do dziś dobrzy są Brytyjczycy. Aczkolwiek idzie naprawdę duża, mocna fala z Chin. Wręcz przerażająca, bo spojrzałem ostatnio, jak wygląda rozwój snookera w Chinach. To jest pełen profesjonalizm. Mają tam tak profesjonalne akademie, trenerów, przygotowanie zawodników… Anglicy są w tej kwestii daleko w tyle, więc z biegiem czasu będzie coraz więcej Chińczyków na ekranach telewizorów.

Poczekaj. Alkohol i papierosy? W ogóle nie pasuje to do tego sportu.

Teraz nie, ale kiedyś tak było. Nawet jak zdawałem prawo jazdy, to egzaminator, gość po pięćdziesiątce, kłócił się ze mną, że snooker to brudny sport – gra hazardu, papierosów i alkoholu. A ja mówiłem, że już tak nie jest i to elegancki sport.

Zdałeś?

Tak, udało się.

Mówisz o tych akademiach w Chinach, ale jednym z ambasadorów w Sheffield jest Ding Junhui, najlepszy chiński snookerzysta. Dlaczego wspiera w ten sposób Brytyjczyków?

On się tam wręcz wychował i tam też trenuje, dlatego jest tym ambasadorem. Swoją drogą, skoro o nim mowa, to nie zdawałem sobie sprawy, jak wielką postacią jest w Chinach, dopóki nie poszedłem z nim tam na obiad. To poziom Lewandowskiego w Polsce. Jest tam drugim najpopularniejszym sportowcem po Yao Mingu. Niesamowite jest to zainteresowanie snookerem w Chinach, nie do opisania.

Czyli gdyby Ding w Chinach stanął obok Ronniego O’Sullivana…

To Ronnie by przegrał, jeśli o zainteresowanie chodzi. Oczywiście, też jest tam rozpoznawalny, ale Ding to Ding. Myślę, że jakieś 40 procent więcej ludzi rozpoznałoby Dinga. Swoją drogą Ding to jest niesamowicie miły gość, aż trudno to sobie wyobrazić. Ostatnio graliśmy w UK Championship, nie widziałem go długo, bo urodziło mu się dziecko i nie było go w Anglii. Wychodziliśmy do meczu, byłem mega skoncentrowany, podobnie jak wszyscy inni zawodnicy dookoła, a Ding nagle do mnie podszedł i zagadał: „Jak się masz? Co u ciebie?”. Minutę przed wyjściem na mecz. „Jak w Sheffield? Wszystko u ciebie ok?”. Patrzyłem na niego zdziwiony, bo żaden inny przeciwnik by tak nie zrobił, gdyby z tobą grał. A on taki jest, super człowiek. W Chinach to wielka postać, mega zamożna osoba, a cały czas chodzi w jakiejś koszulce i dresach. Bardzo skromny, miły gość.

Czyli jeśli chodzi o trzymanie kciuków na mistrzostwach, to śmiało można za niego?

Tak, dużo ludzi go przekreśla, bo w Crucible mu nie idzie, ale ja naprawdę mu tego życzę. Bo jest świetnym człowiekiem. Nic się nie zmienił, mimo że kiedyś miał bardzo ciężko, a teraz jest w Chinach wielką postacią.

Skoro mowa o mistrzostwach, to jakie masz marzenia związane ze snookerem?

Zawsze marzyło mi się, aby zagrać właśnie w Crucible Theatre. To jest coś fantastycznego, tym bardziej, że od kiedy wprowadziłem się do Anglii, mieszkam tylko w Sheffield i widzę, jaka jest piękna otoczka tego turnieju. Naprawdę chciałbym też dojść do półfinału jakiegoś turnieju rankingowego, pokazać sobie, że potrafię to zrobić. Największe marzenie to wygrać turniej, Choć widzę, ile jeszcze pracy przede mną, aby dojść na ten poziom. Mega chciałbym zrobić jeszcze jedną rzecz – zorganizować w Warszawie pokazowy turniej z Ronniem O’Sullivanem. Mam nadzieję, że kiedyś uda się to zrobić, bo wiem, że przyszłoby bardzo dużo ludzi. Ronnie na takie rzeczy jest otwarty i chętny, a to byłoby świetne dla naszego snookera.

Przyziemnie. Wiele osób powiedziałoby, że skoro marzenie, to właśnie mistrzostwo świata.

Nie no, widzę, jak jest. Poznałem ten świat, widzę, jaki jest poziom. Wiem, że jestem zdolny do przejścia czterech rund w turnieju, ale też dostrzegam, ile muszę w swojej grze poprawić. Jeśli to zrobię, to wtedy będę mógł mówić o mistrzostwie świata. Gdy pokażę, przede wszystkim sobie, że mam tyle umiejętności, by to osiągnąć.

No to na koniec. Gdybyś mógł teraz wybrać: pierwsza dwudziestka rankingu przez kolejnych dziesięć lat, ale bez wygrania jakiegokolwiek turnieju, albo natychmiastowe zwycięstwo w UK Championship i zakończenie kariery tuż po nim, to na co byś się zdecydował?

(śmiech) Nie mam pojęcia. To jest strasznie trudne pytanie. Pierwsza dwudziestka światowego rankingu to mega fajne życie. Ale chyba wolałbym wygrać jeden duży turniej. Nawet gdybym miał po tym skończyć karierę, to pewnie jakoś ułożyłbym sobie życie. Trudne pytanie, ale powiedzmy, że wybrałbym zwycięstwo.

ROZMAWIAŁ SEBASTIAN WARZECHA

Fot. główne: Newspix