Mamy najbardziej przepłaconą ligę w Europie. To boli bardziej niż wyniki
Blogi i felietony

Mamy najbardziej przepłaconą ligę w Europie. To boli bardziej niż wyniki

O tym, że nasi ligowcy z obiektywnego punktu widzenia zarabiają zdecydowanie za dużo względem jakości usług, które świadczą na boisku, wiemy od dawna. Nic nowego. Trzeba jednak temat co jakiś czas odświeżać, żeby do decydujących o polityce klubów dotarło wreszcie, że palą pieniędzmi w piecu. Pół biedy, gdyby chodziło wyłącznie o prywatny kapitał. Wtedy można byłoby uznać, że jeżeli ktoś lubi w ten sposób trwonić majątek, to jego sprawa. Niestety, w przypadku większości klubów mniej lub bardziej przewijają się też środki publiczne, a niektóre kluby po prostu są na garnuszku miasta. 

I to chyba byłby jeden z ważniejszych kroków ku normalności: zakaz finansowania futbolu zawodowego z pieniędzy podatników. Nie znaczy to, że w piłkę miałyby nie iść żadne pieniądze. Nie, można mocniej wspierać szkolenie młodzieży i rozwój infrastruktury. Nie bądźmy utopistami, kluby same sobie w tych aspektach nie poradzą, zwłaszcza jeśli chodzi o stadiony i bazy. Na pewno byłby z tego znacznie większy pożytek niż finansowanie kontraktu kolejnego ligowego szaraka, który rozgrywa dwa dobre mecze na rundę.

Biorąc pod uwagę ostatnie dwa lata, nie ulega wątpliwości, że mamy najbardziej przeinwestowaną ligę w Europie. Nigdzie indziej za tak dużo nie dostaje się tak mało. Nie chodzi wyłącznie o wynagrodzenia, ale również całą otoczkę (transmisje w TV, zainteresowanie mediów, kibice, stadiony). Nigdzie indzie gówno nie jest tak ładnie opakowane w sreberko.

Dopiero co podawaliśmy TUTAJ, które federacje nie mają już żadnego przedstawiciela w europejskich pucharach. Z pozoru Polska w tym gronie jest niepasującym elementem. Pozostałe ligi często nie są w pełni zawodowe, średnie płace są nieporównywalnie mniejsze, a otoczki wokół nich nawet nie ma co zestawiać z polskim podwórkiem. I to nas właśnie boli najbardziej. Nie same wyniki, tylko fakt, ile pieniędzy jest wyrzucanych w błoto. Ich wcale nie mamy tak mało, fatalne są za to kierunki, w które wędrują. Nie można mówić o normalności, jeśli okazuje się, że przeciętny zawodnik Legii kasował 100 tys. zł miesięcznie (czyli około 300 tys. euro rocznie), Cornel Rapa w Pogoni Szczecin – czyli średniaku, któremu puchary od lat nie grożą – miał 14 tys. euro miesięcznie (prawie 200 tys. euro rocznie), a Piast Gliwice bez rozbijania budżetu płaci więcej niż przeciętny klub Eredivisie. To jedynie najnowsze, wyrywkowe przykłady. Nawet szarzy ligowcy żyją u nas jak pączki w maśle i nie mają zbytnio powodu, żeby szukać transferu za granicę. Od lat za dużo marchewki, za mało kija.

Patrząc na inne kraje, z każdej strony znajdziemy potwierdzenie, jak bardzo przepłacamy. W serbskim Spartaku Sobotica, który dopiero co wyeliminował Spartę Praga, najlepsi zarabiają po 1200 euro miesięcznie. Generalnie w Serbii większe pieniądze mogą zapłacić jedynie Partizan Belgrad i Crvena Zvezda (i tak są to mniejsze kwoty niż oferuje Legia), a większość pozostałych klubów daje tyle co ekipa z Suboticy. W litewskiej Suduvie, która nadal jest w pucharach (rok temu ograła szwajcarski Sion, w tym sezonie wyrzuciła za burtę m.in. cypryjski APOEL Nikozja) maksymalne pensje to 5-6 tys. euro miesięcznie. Maksymalne. Więcej do pewnego momentu mógł tam oferować Żalgiris, ale gdy przegrał walkę o mistrzostwo, też musiał zakręcić kurek z forsą. Na Słowacji średnią ekstraklasową stawkę jest w stanie zapewnić jedynie Slovan, pozostali to przedział 1-6 tys. euro miesięcznie. Czy coś tracą?

I tak można wymieniać. Jasne, w niektórych ligach mamy 1-2 kluby, które finansowo biją na głowę całą resztę i mogą konkurować z Ekstraklasą (np. BATE na Białorusi), ale w żadnym innym przypadku liga jako całość nie jest tak dużą spalarnią pieniędzy. Nigdzie indziej grając średnio w skali bardzo niskiego poziomu, nie można sobie żyć znacznie lepiej niż zwykły Kowalski.

Co jakiś czas słyszymy, że nasza liga jest jaka jest, ludzie naoglądali się Premier League czy La Liga i oczekują, że podobnie będzie u nas. Spokojnie, nikt normalny tego nie oczekuje, rozmawiamy o innych światach. Mamy natomiast pełne prawo spoglądać w kierunku ligi austriackiej, duńskiej, greckiej czy chorwackiej, które są na początku drugiej dziesiątki rankingu krajowego UEFA i mogą stanąć przed szansą wystawienia po dwóch przedstawicieli w eliminacjach Ligi Mistrzów. Ok, możemy choćby zaraz uznać, że nasza piłka ligowa jest śmieszna, przechodząc nad tym do porządku dziennego i ciesząc się nawet z tego, że eliminujemy zespół z Armenii bez dogrywki. Ale tylko wtedy, jeżeli na takim poziomie będą też profity tych, którzy nam ten trefny produkt tworzą. Wówczas – w porządku. Bawimy się w piłkę, skupiamy się głównie na szkoleniu, wszyscy jesteśmy świadomi realiów. Innej drogi zresztą nie ma, tylko my możemy sobie pisać i pisać, a muszą to gremialnie przyjąć do wiadomości decyzyjni w takich kwestiach. Inaczej radosne ognisko z podpałkami za setki tysięcy – a nawet miliony – euro będzie płonęło nadal. Ku uciesze wąskiego grona krojących tort i utrapieniu całej reszty.

Szydera szyderą, pozwala przetrwać, ale znaleźliśmy się w punkcie, gdy już takie znieczulenie przestaje działać i człowiekowi pozostaje załamać ręce. Albo zmienić zainteresowania. Jeżeli teraz nie powstanie grunt pod naprawdę poważne zmiany, to już chyba nigdy.

PRZEMYSŁAW MICHALAK