Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Praca trenera w ekstraklasie nie ma żadnego sensu, chociaż tak z czystej higieny piłkarskiego kibica udajemy, że ma. Ale nie ma. W zasadzie dzisiaj są to ludzie, którzy mają się ładnie ubrać, powiedzieć coś na konferencji prasowej, zadecydować, czy trening rozpocznie się o 11:00 czy może o 11:30. Gdyby nie to, że na Zachodzie zatrudniają trenerów i nawet im godnie płacą, to być może w Polsce w ogóle by ich nie było. No ale skoro tam są, to i u nas będą, nie możemy być gorsi.

Średnia długość pracy trenera w naszej ekstraklasie to około 160 dni, czyli mniej niż pół roku. To oznacza, że w najlepszym razie szkoleniowiec może przetrwać jedno okienko transferowe, ale nawet jeśli je przetrwa i nawet jeśli jakimś cudem sprowadzi jakiegoś piłkarza (raczej nie sprowadzi, no ale jeśli…), to i tak będą to jego ostatnie podrygi. 160 dni oznacza, że żaden ze szkoleniowców nie tylko nie zdoła zbudować drużyny na własną modłę, ale nawet nie zdoła dobrze poznać tych piłkarzy, których otrzymał w spadku po poprzednim nieszczęśniku. A już na pewno nie zdoła pozbyć się tych, którzy mu nie pasują piłkarsko lub charakterologicznie.

Doszliśmy do fazy zwalniania obsesyjnego, zwolnienie jest jedynym rozwiązaniem, jak dla niektórych lekarzy antybiotyk. W tym roku mieliśmy 19 zmian, ale pewnie dojdziemy do 20, może 21. Zaryzykuję stwierdzenie, że suma odpraw wypłacanych rocznie trenerom samej tylko Ekstraklasy wystarczyłaby na zbudowanie pięciu profesjonalnych boisk treningowych, co oznacza z kolei, że po kilku latach cała liga mogłaby się pochwalić solidną infrastrukturą. I ta infrastruktura miałaby większy wpływ na podniesienie poziomu niż rotowanie szkoleniowcami, którzy wcale szkoleniowcami nie są. To znaczy – tak w ogóle są, ale nie u nas.

W największym skrócie można chyba uznać, że trener może otrzymać od klubu dwa narzędzia, najlepiej równocześnie, ale jeśli otrzyma chociaż jedno z nich to już jest w porządku. Pierwsze narzędzie to czas, a drugie to pieniądze. W Polsce trener… Chyba zacznę pisać „trener”, w cudzysłowie… No więc w Polsce „trener” nie otrzymuje ani czasu, ani pieniędzy, co z kolei oznacza, że ani nie ma możliwości wytrenować sobie zawodników, ani też nie ma możliwości kupić już wytrenowanych. Na koniec oczywiście słyszy, że do niczego się nie nadaje, zwłaszcza gdy go porównać z trenerem zagranicznym. Tylko że piłka to jest dziedzina naprawdę prosta, Polacy ogarniają liczenie do jedenastu i odróżniają bramkarza od napastnika. Za wyjątkiem kilku magów, wszyscy ci szkoleniowcy na świecie są bardzo do siebie podobni, tylko działają w innych warunkach. To znaczy tam dostają narzędzia, a tutaj nie. Wygląda to mniej więcej tak…

– Panie, namaluj tu obraz.
– Ale czym?
– Jak pan zamierza od początku mnożyć problemy, to ja nie mamy o czym rozmawiać.

Można byłoby się nie przywiązywać do trenerów i traktować ich jako panów od rozgrzewki, a nie od strategii klubu, gdyby te kluby zatrudniały dyrektorów sportowych z prawdziwego zdarzenia. Wtedy sprawa jasna – szkoleniowiec ma się nie mieszać w transakcje kupno/sprzedaż, bo to nie jego działka, tylko dyrektora. Niestety, w Polsce nie tylko niemal nie ma dyrektorów z prawdziwego zdarzenia, ale w większości klubów nie ma ich w ogóle. Wniosek jest prosty: drużyny puszczone są samopas, w większości składają się z piłkarzy, którzy trafili do nich w niej lub bardziej przypadkowych okolicznościach, są wzajemnie niedobrani i często nie są w stanie sprostać wymaganiom. Ale skoro permanentnie nie ma szefa, to nawet nie ma kto ich zwolnić. O ile więc „trenerzy” pracują za krótko, to przekłada się to na to, iż piłkarze pracują za długo.

W liceum przez cztery lata uczyłem się języka niemieckiego, ale dam radę tylko się przedstawić. Nauczyciele zmieniali się tak często, że żaden się nie zorientował, że nic nie umiem.

*

Sandecja zwolniła Radosława Mroczkowskiego.

Sandecja, który ma irracjonalnie słaby skład i której gwiazdą jest facet opowiadający, jakie to miał problemy w życiu. Nie facet, który szykuje się do wyjazdu do mocnej ligi, tylko facet, który dopiero co wydostał się z niewłaściwego otoczenia. Przy takich piłkarzach i przy rozgrywaniu wszystkich meczów wyjazdach, to powinno być polskie Benevento, z jednym punktem i to cudem zdobytym. Ale Sandecja nie ma jednego punktu, tylko dziewiętnaście.

Klub bez piłkarzy, stadionu i teraz bez trenera. A jednak w ekstraklasie.

Tak się zastanawiam – czy naprawdę stałoby się coś złego, gdyby Mroczkowski awansował z Sandecją, potem rozegrał sezon w ekstraklasie, spadł i dalej prowadził ten klub w pierwszej lidze? Dlaczego to niby takie science-fiction? Czy tak trudno prezesowi spojrzeć na swój własny klub i uznać: to przedziwne, że jesteśmy w ekstraklasie, ale jak spadniemy, to dlatego, że inni są mocniejsi, a nie dlatego, że mają lepszych trenerów.

*

Zwalniać można w różnych momentach, ale zwalniania na sześć dni przed końcem tegorocznych rozgrywek nie zrozumiem. Skąd ten pośpiech? Dlaczego potrzeby roszad okazały się tak palące? Czy ci trenerzy – jak Ramirez i Mroczkowski – wykradali tajne dane z komputerów szefostwa? W sześć dni żaden trener niczego nie zdziała. W jakim więc celu to szaleństwo?

Wisła – patrząc na dorobek nowego szkoleniowca – zastąpiła gorszego pracownika lepszym, i nawet jestem w stanie to zrozumieć. Ale gdyby był w tym element po prostu wymiany, skorzystania z okazji, a nie wywalenia na zbity pysk – bo tak traktuję powierzenie drużyny asystentom – rozumiałbym to zdecydowanie bardziej. Gra była jaka była, ani wybitna, ani fatalna, taka akuratna, biorąc pod uwagę skład Wisły. Wyniki – może nawet nieco ponad stan. Czy naprawdę nikt nie pamięta, że dopiero co Wisła straciła swój środek pola, czyli duet Brlek – Mączyński? Kim ich zastąpiono? Czy to wina trenera, że jakość spadła?

Magiera w rok stracił Ofoe, Nikolicia, Prijovicia i Bereszyńskiego. Ramirez Brleka i Mączyńskiego. My chyba czasami zapominamy, że trener trenerem, ale na koniec grają piłkarze. I odwieczna zasada jest taka, że drużyny złożone z lepszych piłkarzy grają lepiej, a drużyny złożony z gorszych grają gorzej.

*

Moja propozycja: każdego prezesa przed sezonem zapytać – kiedy zwolni trenera?

Kiedyś nawet jeden z trenerów wprost pytał przedstawicieli klubu: kiedy mnie zwolnicie?
– Ale jak to? – odpowiadali.
– No, po prostu. Jak będę na którym miejscu? Na szóstym? Óśmym? Jedenastym?
– Proszę tak nie mówić.

Konkretnej odpowiedzi nie otrzymał, po prostu go zwolnili. Ze dwa tygodnie temu.

Wracam więc do tej propozycji: niech każdy prezes zadeklaruje, jakie ma plany. Np. „zwolnię trenera, gdy po 20 kolejkach będę w dolnej połówce tabeli”. Albo: „zwolnię trenera, jeśli będzie przegrywał w co drugim meczu lub częściej”.

Po pierwsze – sam trener wiedziałby, czego się spodziewać, więc sytuacja byłaby trochę klarowniejsza od samego początku. Po drugie – prezesi trzy razy by się zastanowili, czy zwolnić trenera, mimo że tak naprawdę realizuje plan. Wielu wyszłoby na głupków. Okazałoby się, że na chłodno, przed sezonem, trenera z takim dorobkiem by nie zwolnili, ale w ligowym uniesieniu są w stanie zrobić wszystko.

*

A teraz fragment książki „Stan Futbolu”. Ostatnio kilka osób napisało mi na Twitterze, że polscy trenerzy do niczego się nie nadają, a dowodem jest to, że nikt nie chce zatrudniać ich zagranicą. Argument ten jest podawany tak często, że po prostu muszę wkleić coś, co kiedyś zawarłem w książce…

Jakim słowem najlepiej scharakteryzować odczucia wobec polskich trenerów piłkarskich? Pogarda. Nasi szkoleniowcy są permanentnie wykpiwani, wytykani palcami, pogardzani właśnie, a przecież nie każdy z nich to Smuda. Sam przez długie lata niezwykle sceptycznie podchodziłem do ich kompetencji. Jednak z im mniejszej odległości przyglądałem się, w jakich warunkach pracują, tym nabierałem coraz większej wyrozumiałości, a momentami też szacunku. Uprawiają oni zawód ekstremalny – równie dobrze mogliby startować w Rajdzie Dakar, mając na wyposażeniu deskorolkę, suchy prowiant i parę sandałów.

Na dowód, jak słabych mamy trenerów, bardzo często podawany jest argument: „Są tak słabi, że nikt ich nie chce zatrudniać za granicą”. Czytałem go setki albo i tysiące razy, używali go nawet na pozór poważni ludzie, tak zwani eksperci. Niestety, rzadko kiedy ktoś zadaje sobie trud, by zastanowić się: a w sumie to dlaczego nikt ich tam nie zatrudnia? Czy aby na pewno z powodu poziomu?

Jeśli przeanalizujemy zagraniczne ligi i pracujących w nich trenerów, to z wyjątkiem bardzo specyficznej, przepompowanej pieniędzmi Premier League, we wszystkich pozostałych rozgrywkach zdecydowanie dominują lokalni szkoleniowcy. Zajrzymy do Hiszpanii – prawie sami Hiszpanie. Do Włoch – prawie sami Włosi. Francja – niemal wyłącznie Francuzi. Holandia – sami Holendrzy. I tak dalej. Nie wiem, skąd się wzięło tak powszechne przekonanie, że trenerzy innych narodowości fruwają sobie po świecie i raz trenują tam, raz gdzie indziej, a tylko Polacy tkwią wyizolowani we własnej lidze. Aktualnie nie ma to pokrycia w faktach. Zostać trenerem w dobrej zagranicznej lidze można na dwa sposoby. Przede wszystkim: należy osiągnąć spektakularny sukces w europejskich pucharach. Nawet to nie jest gwarancją otrzymania posady w innym kraju, ale powiedzmy, że to idealny punkt wyjścia. Pytanie – jak zdefiniować sukces? Dla Mourinho i Villasa-Boasa było to wygranie europejskiego trofeum, co stanowiło przepustkę do największych klubów świata. Ale już dla trenera białoruskiego BATE niewątpliwy wyczyn stanowiły kolejne awanse do Ligi Mistrzów. Czy zrobiło to na kimś wrażenie? No, nie za bardzo. Ma moment Wiktora Gonczarenkę zatrudnił rosyjski średniak, ale koniec końców chłop całkowicie przepadł i obecnie nawet nie pracuje jako pierwszy trener. Europa widziała, że osiągał wyniki ponad stan, a jednak tylko pokiwała z uznaniem głową i odwróciła się na pięcie. Gonczarenko bowiem – jakie to proste – jest Białorusinem. A skoro jest Białorusinem, to jego szanse na angaż w jednej z najsilniejszych lig świata są znikome albo żadne. Mógł się zahaczyć jedynie w Rosji. I to naprawdę bez znaczenia, czy prowadzi świetne treningi, ma taktykę w małym palcu i czy rozpracowuje rywali w pięć minut.

Polscy trenerzy też mogliby przedstawić się szerszej publiczności, odnosząc sukcesy w Europie, i w ten sposób chociaż powalczyć o zainteresowanie z innych krajów. Ale nasuwa się oczywista wątpliwość: czy polskie kluby mają potencjał, by cokolwiek osiągnąć w Europie? I czy jeśli nie mają, to jest to akurat wina szkoleniowców? Jeszcze do tego wrócimy…

Drugim sposobem, aby dostać pracę w zagranicznej lidze, jest… bycie znanym, chociażby lokalnie. Po prostu – jeśli swego czasu grałeś w danej lidze, jeśli dałeś się poznać jako inteligentna i godna zaufania osoba, jeśli nauczyłeś się języka i wrosłeś w miejscową społeczność, to jest szansa, że ktoś powierzy ci drużynę. Spójrzmy na ligę hiszpańską. Pracuje w niej obecnie pięciu zagranicznych szkoleniowców. Diego Simeone w Atletico (były piłkarz Atletico), Zinedine Zidane w Realu (były piłkarz Realu), Eduardo Berizzo w Celcie (były piłkarz Celty), Constantin Gâlcă w Espanyolu (były piłkarz Espanyolu) oraz Gary Neville, zatrudniony akurat z innego klucza, czyli dzięki biznesowym relacjom z właścicielem Valencii.

Możemy poszukać jakichś egzotycznych nazwisk w różnych ligach. Darije Kalezić, trener Rody Kerkrade? Praktycznie całą karierę piłkarską spędził w Holandii. Pál Dárdai w Hercie Berlin? Wieloletni zawodnik Herthy. Viktor Skripnik w Werderze? Były piłkarz Werderu. Slaven Bilić w West Hamie? Niegdyś grał w West Hamie. I tak dalej… Widać tu niezaprzeczalną prawidłowość.

Polacy też bywali zatrudniani na identycznych zasadach. Zbigniew Boniek prowadził kluby we Włoszech właśnie dlatego, że zapracował na to swoją postawą na boisku, gdy był jeszcze piłkarzem. Uznano, że jest osobą na tyle inteligentną i znającą futbolowe realia, że sobie poradzi. Nie tak dawno Jan Urban objął Osasunę Pampeluna. Dostał tę posadę nie dlatego, że komuś imponowały wyniki z polskiej ligi, lecz dlatego, że był doskonale znany miejscowym działaczom i kibicom. Od lat w Szwajcarii między klubami skacze Ryszard Komornicki, który zapuścił tam korzenie. Najdłużej w branży działa Henryk Kasperczak, który zakończył karierę piłkarską w Metz, a potem w tym samym Metz rozpoczął trenerską. Zbliżony był szlak Piotra Nowaka w USA.

Nie jesteśmy więc dyskryminowani. Jedyny problem polega na tym, że przez lata nie dorobiliśmy się zbyt wielu dobrych piłkarzy, którzy wyjechaliby za granicę i zapracowali na ponadczasowe uznanie. Wyjazdy naszych zawodników zazwyczaj kończyły się szybkim powrotem do kraju i opowieściami o niesprzyjających okolicznościach w obcym otoczeniu. A jeśli już któryś zawodnik wyjechał, zaaklimatyzował się, nauczył języka i potrafił zaskarbić sympatię fanów oraz prezesa, to rzadko kiedy okazywał zainteresowanie trenerką. Nasi zawodnicy częściej jako królowie życia wracali do Polski, trwonili tu pieniądze i ewentualnie dopiero kiedy w kieszeni zrobiło się już naprawdę pusto, zaczynali myśleć o trenowaniu jako o wyjściu awaryjnym.

Gdyby nasi piłkarze byli gwiazdami w najsilniejszych ligach świata, to pewnie co piąty, co ósmy albo co dziesiąty byłby też w nich trenerem. tak jak gwiazdą był Boniek w Serie a i od razu mu tam zaufano. Ale niestety, piłkarzy, którzy naprawdę coś znaczyli za granicą, mieliśmy tylu co kot napłakał.

Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem, że polscy trenerzy są słabi, ponieważ za granicą nikt ich nie zatrudnia. Tak samo nie zatrudnia nikt trenerów z Rosji, Czech, Słowacji, Bułgarii, Szwecji, Grecji… I tak dalej. Nikt też nie zatrudnia – poza Anglią – trenerów z Anglii, boom na Holendrów dawno się skończył, Niemcy siedzą głównie u siebie. To ogólnoświatowa prawidłowość, że prezesi klubów – co zrozumiałe – chcą powierzać zespoły osobom, które doskonale znają język, realia, środowisko, ligę… Czasami trafiają się przeprowadzki w ramach jednego kręgu kulturowego, czyli Austriak może pracować w Niemczech albo Niemiec w Austrii, ale praktycznie nie da się znaleźć przykładów, by ktoś ze wschodniej Europy poleciał do zachodniej wyłącznie na bazie odnoszonych we własnej lidze wyników.

Proszę więc stawiać sto innych zarzutów polskim trenerom, ale akurat nie ten.

***

Problem z naszymi trenerami jest taki, że w zasadzie nie da się ich zweryfikować, a przynajmniej nie poprzez przyłożenie tej samej miary co do trenerów z zagranicznych klubów. Wykonują zupełnie inny zawód i mają w rękach inne narzędzia. Usystematyzujmy… Jakie zadania można postawić przed nowym trenerem? Tak generalnie, w największym skrócie?

1. Zbudowanie kadry
2. Opracowanie taktyki
3. Trenowanie zawodników
4. Codzienne zarządzanie

Punkt pierwszy… W poważnych ligach szkoleniowcy mają ten komfort, że budują drużyny po swojemu. Przychodzą, rozglądają się po klubie, szukają zgniłych jabłek, wreszcie przedstawiają prezesowi listę: tych sześciu piłkarzy należy się pozbyć, natomiast potrzebuję dwóch obrońców, lewego pomocnika, defensywnego pomocnika i napastnika grającego tyłem do bramki. Zazwyczaj już podczas negocjacji kontraktu trener wie, jaką sumę będzie mógł wydać na przebudowę drużyny. Wie też, jakim systemem będzie chciał grać i jakich będzie potrzebował do niego wykonawców. Każdy prezes ma świadomość, iż zatrudnienie nowego szkoleniowca kosztuje – nie tylko trzeba pokryć jego pensję, ale też liczne wydatki. U nas natomiast drużyny ligowe nie mają swoich architektów – patrzysz na nie i nie wiesz, kto je zbudował. Ten klub w krótkim czasie miał pięciu trenerów, ten ośmiu, ten sześciu…

– Na razie graj tym, co masz – mówi prezes. A sekwencja zdarzeń zawsze taka sama: drużyna słabo gra, zwalniany jest trener, przychodzi nowy i dostaje tę samą drużynę, która znowu słabo gra, więc znowu zwalniany jest trener… Piłkarze utrzymują się na powierzchni, ciągle mają pracę, ponieważ nawet nie ma kto ich wyrzucić. Kluby są nie dość, że zbyt biedne, aby sprowadzić zastępców, to jeszcze zbyt biedne, by wypłacić rekompensatę za rozwiązanie umowy niechcianemu zawodnikowi. Drużynę powinno się konstruować jak samochód. Każda śrubka powinna być na swoim miejscu. Trener – jako konstruktor – ma za zadanie dopasować elementy i sprawić, by pojazd notował jak najlepsze efekty. Trzymając się tego porównania, u nas stoi Fiat 125p. Wsiada jeden trener, samochód jedzie kiepsko. Wołają: – Wysiadaj! Wsiada kolejny trener, znowu to samo. I znowu go wołają: – Wysiadaj! Kierowcy się zmieniają, ale wciąż siadają za kierownicą tego samego rzęcha.

Nikt niczego nie konstruuje. nie ma klubu, w którym szkoleniowiec mówi, iż chce grać konkretną taktyką i potrzebuje do niej zawodników o konkretnej charakterystyce. nie zdarza się, że dłubie przy tym swoim eksponacie i w końcu mówi: – Nie, jednak ta część ponownie do wymiany, koszty nie grają roli.

– Prawda jest taka, że my grzebiemy w śmietniku. Jeśli pozwala nam się sprowadzić piłkarza, to pod warunkiem że będzie za darmo i że nie będzie chciał dużo zarabiać, a najlepiej jeszcze, żeby był na tyle głupi, żeby nie trzeba było mu regularnie płacić – powiedział mi kiedyś polski trener. – Przychodzimy do klubów wtedy, gdy jest naprawdę źle, zespół w kryzysie. Zazwyczaj nie można już dokonywać transferów. Albo się udaje podźwignąć zespół, z którego zbudowaniem nie mieliśmy nic wspólnego, albo nie. Jeśli się uda, latem może pozwolą ci sprowadzić dwóch piłkarzy. Dwóch, ale osiemnastu będzie tych samych, którzy wcześniej pogrążyli twojego poprzednika. Możesz mieć nadzieję, że ciebie akurat nie pogrążą, ale to dość naiwne. Z reguły ci chłopcy albo są po prostu słabi, albo źle dobrani.

No dobrze. Trener przejmuje już zespół. Pal licho, czy ceni piłkarzy, których dostał, czy nie i czy ma cokolwiek do powiedzenia w kwestii przebudowy składu. Przejdźmy do punktu drugiego – opracowanie taktyki. Najpopularniejszym twierdzeniem w Polsce jest takie, iż szkoleniowiec powinien dobierać taktykę do materiału ludzkiego, jakim dysponuje. Czyli już na wstępie musi się naginać. Jeśli przeprowadzicie sondę wśród trenerów, bardzo wielu wam powie, że ich ulubiona taktyka to 4-3-3. A na pytanie, dlaczego w takim razie jej nie stosują, zgodnie odpowiedzą: – Ponieważ nie mam do niej wykonawców.

Gdyby polski klub zatrudnił Guardiolę, Mourinho, Kloppa czy jeszcze innego Enrique, żaden prezes nie odważyłby się powiedzieć: – Dobierz taktykę do tych piłkarzy, których tu mamy… Nie, tamci przyszliby jako szefowie, którzy całą przestrzeń uporządkują na swoją modłę. Jeśli Guardiola od sezonu 2016/2017 będzie trenerem Manchesteru City, to tam doskonale wiedzą, iż wypłacenie mu astronomicznej pensji to dopiero początek, a nie koniec wydatków. Może więc w kwestii prowadzenia treningów i codziennego zarządzania da się znaleźć pewne podobieństwa?

No niestety – niekoniecznie.

Przypomina mi się historia sprzed kilku lat. Maciej Skorża był trenerem Wisły Kraków. Napisałem, że za kilka dni zostanie zwolniony – po spotkaniu z Jagiellonią Białystok, i to bez względu na wynik. Wiedziałem to od Andrzeja Czyżniewskiego, któremu z kolei wyznał to sam Skorża. faktycznie – w poniedziałek Skorża pożegnał się z posadą.

Kilka dni później znowu zadzwonił „Czyżyk”, z jeszcze lepszą informacją: – Trenerem Wisły będzie Wilfried Schaefer.

– A skąd ta pewność? – spytałem Andrzeja, który wtedy był dyrektorem sportowym Arki Gdynia.

– Ponieważ człowiek od nas ze sztabu jest z nim ciągle na linii, kiedyś pracowali razem i analizują teraz kontrakt. Znają się od lat. Pomaga mu w kwestiach papierkowych.

Schaefer – niemiecki trener z charakterystyczną lwią grzywą – nie porozumiał się jednak z Wisłą, ponieważ ta nie chciała wydać odpowiednich pieniędzy na jego sztab (co po latach potwierdzał mi jeszcze Bogdan Basałaj, były prezes Wisły). Najlepiej, gdyby Schaefer przyjechał sam, i najlepiej, żeby pracował za wikt i opierunek. Schaefer wsiadł do samolotu i wrócił do siebie, a awaryjnie wytrzaśnięto Kasperczaka. Zorganizowano wtedy jedną z najbardziej żenujących konferencji w historii naszej ligi: utytułowany trener na dzień dobry musiał z kartki przeczytać przeprosiny skierowane do właściciela Wisły Bogusława Cupiała. nie do końca wiadomo, za co przepraszał. Chyba za niewinność.

W każdym razie jeśli polski trener idzie na rozmowy do klubu, to zazwyczaj dowiaduje się, że nie ma co marzyć o sprowadzeniu całego swojego sztabu – brak na to środków. W porywach może ktoś mu pozwoli zatrudnić jednego asystenta (ale to pod warunkiem, że trener jest naprawdę pożądany, zazwyczaj sięga się po następnego w kolejce – takiego, który nie ma wygórowanych żądań). trafia więc szkoleniowiec do nowego środowiska i nie dość, że piłkarzy nie ma i nie będzie mieć swoich, to jeszcze musi bezpośrednio współpracować z ludźmi, których zastanie na miejscu, nawet jeśli ani ich nie ceni, ani nie lubi, ani im nawet nie ufa (często to tzw. zaufani ludzie prezesa). Nie jest to najbardziej komfortowe rozwiązanie.

Później z tym sztabem i z tymi piłkarzami trzeba przenieść się na boisko. O ile boisko jest. Bardzo lubimy oglądać zdjęcia baz treningowych w Anglii i jednocześnie zupełnie ignorujemy fakt, że nie zbudowano ich po to, żeby ładnie wyglądały na zdjęciach, ani też nie powstały dlatego, że nie wiadomo było, co zrobić z hektarami nieużytków. Mają swój oczywisty cel. Ale że w Polsce takich nie ma? Cóż z tego! Polscy trenerzy, nieudacznicy, nie potrafią trenować!

Sytuacja powoli się poprawia – z akcentem na „powoli”. Wciąż w ekstraklasie są kluby, które nie mają gdzie przeprowadzać codziennych zajęć. Podbeskidzie Bielsko-Biała jeszcze niedawno jeździło na treningi do pobliskiej miejscowości, gdzie czekało niepełnowymiarowe, nieskoszone boisko. Stróż powiedział, że mógłby regularnie kosić trawę i malować linie, ale za 500 złotych miesięcznie, na co prezes klubu Wojciech Borecki nie przystał. W czasach gdy Manchester City wydał ponad miliard złotych na centrum treningowe, klub polskiej ekstraklasy nie chciał płacić 500 złotych za skoszenie trawy. Wymowne?

Zestawianie trenerów polskich z zagranicznymi nie ma najmniejszego sensu. Gdy Mourinho przełamuje barierę miliarda euro wydanych na transfery, gdy Jürgen Klopp zamawia wielką i kosztowną maszynę, mającą ćwiczyć refleks zawodników, nasi szkoleniowcy zastanawiają się, gdzie przeprowadzić trening, gdy spadnie śnieg. Gdy Arsenal odbywa najkrótszą podróż samolotem na mecz (14 minut od startu do lądowania), piłkarze Pogoni ruszają w dziesięciogodzinną podróż autokarem. Nie dałbym sobie nawet palca uciąć, że którykolwiek z wielkich trenerskich autorytetów poradziłby sobie w naszej lidze – dostając do dyspozycji tak skromne środki i tak nieliczne narzędzia. A przecież mowa o elicie – o ekstraklasie, szesnastu najlepiej zorganizowanych klubach w Polsce, podlegających wymogom podręcznika licencyjnego.

Jeśli tak wygląda rzeczywistość na szczycie, to jak wygląda niżej? W drugiej, trzeciej, czwartej lidze? Jak tam pracują trenerzy? Gdzie prowadzą treningi? Czym? Jaką mają pomoc? Jaki sztab? Ilu jest dietetyków w niższych ligach? Łatwo powiedzieć: mamy słabych szkoleniowców, bo tym jednym zdaniem – prymitywnym – przykrywa się milion innych zaniedbań, w krótkim czasie nierozwiązywalnych.

Aż nasunęła mi się opowieść, jak Adam Fedoruk – niegdyś świetny piłkarz – trenował klub w niższej klasie rozgrywkowej, zdaje się, że Olimpię Elbląg.

– Prezesie, mamy jedną piłkę do ćwiczeń – mówi do prezesa.

–No i co?

– No, wie prezes. Przydałoby się więcej piłeczek. Moglibyśmy jakieś kupić.

– Ty masz tak słabe wyniki, że przez ciebie muszę teraz mecz kupić, a nie piłki!

***

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że jako naród – w sensie piłkarskim – jesteśmy niesamowicie zakompleksieni. Taka pozostałość po komunie, że wszystko, co zagraniczne, musi być lepsze. Zdaje nam się, że kiedy tylko przyjedzie ktoś z zagranicy, to trzeba wytężyć słuch i sumiennie robić notatki, bo ktoś taki z pewnością wie o futbolu znacznie więcej niż polscy trenerzy. Niegdyś wraz z Piotrem Koźmińskim z „Super Expressu” na kolację do warszawskiej restauracji zaprosiliśmy Raymonda Domenecha, byłego selekcjonera reprezentacji Francji, autora fantastycznej książki „Straszliwie sam” (polecam, jeśli nie czytaliście). Domenech to uroczy człowiek, a rozmowa z nim – sama przyjemność.

Czułem się naprawdę poruszony. Siedzieliśmy na tarasie razem z człowiekiem, który całkiem niedawno zdobył wicemistrzostwo świata, a zarazem z człowiekiem, którego jeszcze bardziej niedawno uznano za najgorszego trenera w dziejach Francji i niemal skazano na banicję. Z kimś, kto zarządzał Zidane’em, Henrym i innymi wielkimi zawodnikami. Powiedział wtedy mnóstwo interesujących rzeczy, chociażby to, że nigdy nie wybaczy Zidane’owi czerwonej kartki w finale mundialu. Wtedy też – mimo że tematyka nie była jeszcze tak powszechnie podnoszona jak dziś – stwierdził: – Wiecie co jest największym problemem francuskiego futbolu? Nie mogę tego powiedzieć głośno, bo zostałbym uznany za nietolerancyjnego, ale… największym problemem francuskiego futbolu jest islam. od najmłodszych reprezentacji, od juniorów, aż po reprezentację dorosłą. Muzułmanie odgradzają się od innych, coraz częściej po prostu gardzą pozostałymi członkami zespołu. Widać to na stołówce, w szatni, na boisku. Problem narasta z każdym rokiem. I kiedyś ten problem zdusi naszą piłkę. Już dusi.

– Nasri był takim problemem? To tego rodzaju muzułmanin? – spytałem.
– Nie, Nasri jest muzułmaninem, kiedy mu to wygodne. On jest zwyczajnie wredny.

Przegadaliśmy ze trzy godziny, poznając sekrety francuskiej kadry narodowej (dwadzieścia minut analizował przypadek Davida Trezegueta, by stwierdzić na koniec, że to po prostu – tak po ludzku – jest kompletny głupek), aż doszliśmy do Laurenta Blanca.

– Wiecie, co jest największą siłą Blanca? – spytał Domenech.

– Nie.

– Jest mistrzem świata.

– I co z tego?

– Kiedy ja wchodzę do szatni, muszę piłkarzy przekonać do siebie słowami, taktyką, organizacją, muszę potrafić ich zmobilizować. oni i tak mogą mieć to gdzieś, bo akurat kupili nowe auto. A Blanc wchodzi i mówi: „Jestem mistrzem świata”. I to już, wystarczy. Voilà! Nic więcej nie musi dodawać. on mówi tylko to, naprawdę! „Cześć, jestem mistrzem świata”. Oni rozdziawiają gęby, bo widzieli Blanca w telewizji, jak podnosił puchar. I tak to jest mniej więcej z polskimi i zagranicznymi trenerami w naszej lidze. Polscy muszą na sto sposobów udowadniać swoją wartość, a zagraniczni – wystarczy, że coś powiedzą w obcym języku. Jakiś banał, ale po angielsku/niemiecku/francusku z pewnością będzie brzmiał poważniej.

Weźmy cały wybór selekcjonera. Media krzyczały: cudzoziemca, koniecznie cudzoziemca! Nie tworzyły „rysopisu” trenera idealnego, nie wynotowywały cech, które są kluczowe. Po prostu – cudzoziemiec! Byle jaki, ale cudzoziemiec! Polacy z góry uważani byli za tych gorszych, a gdy się okazało, że ten Nawałka wcale nie taki zły, to nagle słychać cichutkie: „no dobra, jeden Nawałka się nadawał…”. Ja natomiast jestem pewny, że nadawało się wielu. Tylko że przez większość kariery nie mieli żadnych możliwości, aby popracować w takich warunkach, w których mogliby pokazać wszystko, co potrafią.. Głównie walczyli nie z przeciwnikami, tylko z codziennymi przeciwnościami losu.

***

Najłatwiej powiedzieć: polski trener jest głupi. Można dodać kpiąco: tak zwana polska myśl szkoleniowa. Jeszcze jakiś piłkarz pójdzie do zagranicznego klubu i powie: o, tutaj to się naprawdę ciężko trenuje, nie to co u nas! Bo w sumie – dlaczego u nas nie trenuje się tak ciężko jak w najlepszych ligach? Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, tak? Ale to taka teoria dla małych dzieci…

Kiedy Łukasz Piszczek odchodził z Polski do Niemiec, profesor Jan Chmura był zafascynowany jego możliwościami fizycznymi – tym, jak szybko organizm Piszczka się regeneruje, jak bardzo dostosowany jest do wysiłku. Chmura twierdził, że mamy do czynienia z fenomenem. Sęk w tym, że do topowych lig trafiają właśnie najlepsi z najlepszych, światowa śmietanka. a jeśli organizmy nie wytrzymują (Mateusz Klich), to nie ma problemu – znajdzie się takie, które wytrzymają. Materiał ludzki, z jakim pracują trenerzy na Zachodzie, czy nam się to podoba, czy nie, jest zupełnie inny niż ten, z jakim pracują nasi szkoleniowcy. Dlatego inaczej dobierać trzeba intensywność, obciążenia…

Owszem, mógłby polski trener powiedzieć: będziemy trenować jak najmocniej, zostaną tylko najtwardsi. Tylko co by mu było po przeciążanych, ewentualnie kontuzjowanych zawodnikach, którzy w meczach nie byliby w stanie dobrze kopnąć piłki? Jak długo taki trener by się utrzymał?

W Polsce i tak coraz bardziej podkręca się obciążenia, ale powoli, bo zbyt drastyczne przestawienie wajchy nie skończyłoby się dobrze ani dla szkoleniowca, ani dla zawodników. Jeśli piłkarz mówi, że dopiero za granicą przekonał się, co znaczy mocny trening, to wcale nie znaczy, że tutaj trenował źle – być może trenował optymalnie, biorąc pod uwagę możliwości (limity) większości zawodników. A on jeden przebił się właśnie dlatego, że miał jeszcze rezerwy.

***

Celowo w tym rozdziale przejaskrawiam, przedstawiam fakty korzystne dla polskich trenerów, biorę ich aż tak zdecydowanie w obronę, niemal utulam. Tekstów napastliwych przeczytaliście przecież już całe mnóstwo, po co wam jeszcze jeden? Gdybyśmy teraz siedli przy piwie i zaczęli rozmawiać o tych naszych rodzimych szkoleniowcach, na pewno szybko znaleźlibyśmy powód do drwin, wytypowalibyśmy sześciu czy ośmiu ludzi, którzy zupełnie nie pasują do zawodu. Razem z wami śmiałbym się z trenerów, którzy przez lata dali się poznać z jak najgorszej strony, opowiadałbym o nich zabawne anegdoty. Tylko że ja miałbym w pamięci, iż bez trudu podobnych ananasów da się znaleźć w każdym innym kraju, a nie tylko w Polsce.

Nie lubię, gdy sami z siebie – Polacy z Polaków – robimy głupków, zapóźnionych intelektualnie prowincjuszy. Mamy wspaniałych naukowców, nasi matematycy pomogli wygrać II wojnę światową, a Mikołaj Kopernik zrozumiał wszechświat na długo przed tym, zanim oderwaliśmy stopy od ziemi. Dlaczego mielibyśmy być zbyt tępi na coś tak banalnego jak piłka nożna? To tylko gra drużynowa, jedenastu na jedenastu. Nie potrafię znaleźć ani jednego powodu, dlaczego Polak zdaniem tak wielu osób nie obejmie jej swoim małym rozumkiem. Przypominam, że stawiając takie tezy, oceniacie też samych siebie czy swoje dzieci.

To tylko futbol. Tylko. Można go komplikować na sto sposobów, poddawać komputerowej analizie, rozkładać na milisekundy i szukać wrażliwych momentów. Można. I polscy trenerzy też to robią. Też siedzą godzinami wgapieni w ekran, też analizują spotkania swoje oraz przeciwników, też przeprowadzają arcyszczegółowe badania i pomiary. I też wiedzą, że najlepiej mieć cały czas piłkę i co jakiś czas strzelać w bramkę. To naprawdę nie jest odkrycie na miarę Marii Skłodowskiej-Curie. Koniec końców mówimy o naprawdę prostej grze. Przecież nawet tak ją definiują – że taka popularna, bo prosta.

Setki, tysiące trenerów rok w rok się edukuje, inwestują w siebie, wydają pieniądze na kursy i pomoce naukowe, jeżdżą na staże, zamiast polecieć na wakacje, prowadzą trening za treningiem. W zamian otrzymują kpiny i pogardę – tylko dlatego, że Hiszpanie, Niemcy czy Francuzi są w tym sporcie lepsi. Apeluję, by zastanowić się, czy są lepsi dlatego, że mają lepszych trenerów, czy może dlatego, że ci trenerzy pracują w Hiszpanii, Niemczech czy we Francji.