Obronili tytuł. SIATKARZE MISTRZAMI EUROPY!

Sebastian Warzecha

26 września 2026, 23:08 • 7 min czytania 26

Reklama
Obronili tytuł. SIATKARZE MISTRZAMI EUROPY!

W 2009 roku w finale mistrzostw Europy niespodziewanie zmierzyły się ze sobą Polska i Francja. 17 lat później nastąpiła powtórka, tyle tylko że teraz niespodzianką była obecność tylko jednej z tych ekip – tej ubranej na niebiesko. Francuzi zaskoczyli po drodze do finału, ale nie zdołali zrobić tego w meczu o złotoo. Lepsi od Trójkolorowych, jak w 2009 roku, okazali się Biało-Czerwoni. Polacy po raz trzeci w historii mistrzami Europy!

Reklama

Siatkarze znów najlepsi w Europie. Obronili tytuł!

Złoty medal z 2009 roku był historyczny. Co prawda polscy siatkarze wielokrotnie w przeszłości stali na podium tej imprezy, ale to w czasach, w których w Europie niepodzielnie królowali siatkarze ze Związku Radzieckiego. I to właśnie oni regularnie Polaków odwodzili od złota. W 2009 roku jednak kadra, dowodzona niespodziewanie przez doświadczonego Piotra Gruszkę, który przejął rolę lidera pod nieobecność wielu innych gwiazd, zgarnęła złoto.

Pierwsze, historyczne. W finale Polacy pokonali wtedy Francuzów, którzy też takiego sukcesu nie mieli – oni osiągnęli go dopiero sześć lat później, w 2015 roku.

Francuzi w ostatnich latach potrafili napsuć nam krwi, ale głównie w turniejach olimpijskich. Pokonali nas w ćwierćfinale w Tokio po pięciosetowym spotkaniu, a w finale w Paryżu ograli wycieńczonych i solidnie pokiereszowanych Polaków do zera. Poza tym jednak rzadko spotykaliśmy się z Trójkolorowymi w najważniejszych meczach, bo ci… niekoniecznie tam dochodzili. Przed rokiem odpadli z mistrzostw świata już w fazie grupowej, w tym sezonie za to wielu zawodników odpuściło występy w kadrze. Ta przeszła przez to małą rewolucję.

Reklama

I na świeżości – z nowymi nazwiskami w składzie, ale dowodzona przede wszystkim przez dwóch weteranów: Antoine’a Brizarda i Trevora Clevenota – weszła do finału. Pomogła też największa sensacja mistrzostw – Finlandia eliminująca głównych faworytów, czyli Włochów. Francuzi w półfinale zmierzyli się właśnie z Finami, którym na rozgrzewce wypadł w dodatku podstawowy rozgrywający. Wygrali i w efekcie weszli do finału (a Finowie zgarnęli ostatecznie brązowy medal).

W tym czekała już na nich Polska.

Za Grbicia tylko medale

Nasi siatkarze bronili na tym turnieju tytułu. Trzy lata temu wygrali mistrzostwa Europy po raz drugi w dziejach, pokonując w finale Włochów. Mieli więc szansę napisać historię, po raz pierwszy wygrać europejski czempionat w dwóch kolejnych edycjach. W zasadzie nie mieli też na tym turnieju momentu zawahania – przegrali co prawda z Bułgarią, ale mieli wtedy pewny awans z 1. miejsca w grupie. A potem? Potem szli jak burza.

3:0 z Łotwą w 1/8 finału. 3:0 z Niemcami w 1/4. I 3:0 ze Słowenią w półfinale. A i Niemcy, i Słoweńcy grali naprawdę solidnie, to nie tak, że oddali nam te mecze. To po prostu podopieczni Nikoli Grbicia grali na swoim poziomie, osiągalnym na dłuższym dystansie może dla dwóch-trzech ekip na świecie. Zresztą ten dłuższy dystans to u nas… w zasadzie cały okres kadencji Serba. W każdej – włącznie z Ligą Narodów – imprezie, w której prowadził Polaków, zdobywali oni medal.

Reklama

Po meczu ze Słowenią stało się jasne, że i teraz tak będzie. Można było jednak narzekać w tym okresie na niedobór złotych krążków. Polacy wygrali co prawda mistrzostwa Europy w 2023 roku, ale na MŚ byli srebrni i brązowi, a na igrzyskach srebrni. Tylko w Lidze Narodów zaczęli ostatnio niepodzielnie królować.

Tym bardziej warto było postarać się, by tytuł zdobyć.

Challenge na wagę seta. A potem demolka

Wiadomo, jak jest: pierwszy set w meczu o złoto potrafi stać na niższym poziomie niż zazwyczaj. Bo właśnie – mecz o złoto, o tytuł, o historię. Nerwy szaleją, nawet jeśli wygrywało się już trochę rzeczy w swoim siatkarskim życiu. I w sumie było to widać po obu ekipach – zdarzały się genialne akcje (w końcu to finał), a zdarzało też sporo prostych błędów. To jedni, to drudzy potrafili się pogubić w rozegraniu i musieć ratować sytuację oddając piłkę na drugą stronę.

Niemniej: znacznie więcej było tej znakomitej siatkówki.

Reklama

Sytuacyjne ataki, znakomite bloki, ryzykowne zagrywki – pełen siatkarki pakiet. W obronie też szalały obie ekipy, nie było mowy o tym, by jakakolwiek piłka, którą dało się podbić, była stracona. Z tego też powodu prowadzenie przechodziło z rąk do rąk – Wilfredo Leon zaczął co prawda od kilku świetnych serwisów, ale Francuzi szybko nas dogonili. A potem to już się zmieniało – Francuzi z przodu, Polacy z przodu, Francuzi z przodu, Polacy z przodu.

I tak do samego końca. Który zresztą nie nadszedł zbyt prędko – potrzebna była bowiem gra na przewagi. Przy 24:23 dla Francji nie musieliśmy bronić piłki setowej, bo Brizard trafił w siatkę. Przy 25:24 poradził sobie Tomek Fornal, obijając blok. Przy 26:25… Bartłomiej Lemański nie trafił w boisko. Sędzia w zasadzie zdążył już pokazać, że to Francuzi wygrali seta, ale sztab naszej drużyny poprosił o challenge. I co wyszło? Ano to, że Francuzi dotknęli siatki. Punkt był więc dla nas, mogliśmy grać dalej.

Czwartą setową popsuli sami Francuzi – w ataku uderzyli w siatkę. Piątej nie było, bo zdobyliśmy punkt z kontry. Ale i my setowej od razu nie wykorzystaliśmy, bo Fornal zagrał w aut. Drugiej też zresztą nie, bo świetnie zaatakował Theo Faure. Wiadomo jednak, że „do trzech razy sztuka” to polskie przysłowie i nasi reprezentanci o tym pamiętali – przy trzeciej setowej Bartłomiej Bołądź wykazał się przytomnością umysłu, zbił przechodzącą piłkę znad siatki i zdobył punkt. Francuzi, jak my wcześniej, poprosili o challenge.

Im jednak nie pomógł. Polacy prowadzili.

Reklama

Niedługo potem było już 2:0. Bo drugi set długimi fragmentami to była demolka – naszym wychodziło wszystko, w pewnym momencie mieli już 10 punktów przewagi. Francuzi byli kompletnie bezradni, nie radzili sobie w przyjęciu, byli stopowani blokiem, nie wchodziła im zagrywka. Otrząsnęli się dopiero pod koniec, odrobili nawet kilka punktów, ale niewiele i to dało – straty były po prostu zbyt duże, a Polacy grali za dobrze. Szaleli środkowi, szalał Bołądź, a wtórowała im w zasadzie cała ekipa.

Byliśmy o jednego seta od złota.

Reklama

Gorsza partia. Wilfredo miał problemy

W trzeciej partii sytuacja się jednak odwróciła. Zaczęli dominować Francuzi, odskoczyli nam szybko na kilka punktów. Cieniował Wilfredo Leon, który popełnił kilka błędów, jakie wcześniej się mu nie zdarzały. A jak Wilfredo sobie nie radzi, to cierpi na tym gra całego zespołu, prosta sprawa. U rywali z kolei dużo ożywienia do gry wniósł świetny Mousse Gueye. Niespełna 30-letni środkowy dostawał sporo piłek i w zasadzie każdą kończył.

U nas z tym kończeniem był problem. I to spory.

Wszedł więc za Leona Kamil Semeniuk. I szybko wniósł do tej gry sporo ożywienia. Dobry atak, świetna obrona – radził sobie Kamil. Problem w tym, że niekoniecznie robili to jego koledzy, którzy niestety nie potrafili skorzystać z okazji, które z rzadka się pojawiały. Francuzi utrzymywali więc pięć-sześć punktów przewagi. I tak w zasadzie do końca seta. Pozytywem było to, że Semeniuk obudził grę naszej kadry i im dalej w seta, tym lepiej sobie nasi zawodnicy radzili – dokładnie tak, jak ich rywale o partię wcześniej.

Reklama

I dokładnie też w tym stylu weszli Polacy w czwartego seta.

Droga do złota. Mamy to!

Szybko wyszli bowiem na prowadzenie 4:1. Francuzi początkowo jednak nie odpuszczali, a nasi reprezentanci nie mieli z nimi łatwego życia – momentami był spory problem z dobiciem się do parkietu, a i zagrywka rywali dawała im punkty. Jednak Biało-Czerwoni powoli, acz skutecznie odskakiwali. Tomasz Fornal świetnie zaatakował z sytuacyjnej wystawy, Brizard popełnił błąd, a potem drugi – i nagle zrobiło się kilka punktów przewagi. Najpierw trzy, potem cztery, później nawet pięć czy sześć.

To wciąż był środek seta. Ale złoto właściwie było już wyczuwalne, już majaczył na horyzoncie jego blask. A gdy Bartłomiej Lemański dołożył PETARDĘ z zagrywki i dał nam siedmiopunktowe prowadzenie, zdawało się, że nic nie może nam odebrać tej wygranej.

Reklama

I nic jej nie odebrało!

Nie byli Polacy w tym meczu bezbłędni, rozegrali cztery sety, ale finalnie zrobili swoje. Gorszy moment im w tym nie przeszkodził, bo ledwie zakończył się ten trzeci set, to w czwartym zagrali to, co potrafią najlepiej. A jak nasi zawodnicy tak grają, to nikt im nie zagrozi. Francuzi też nie.

Reklama

Efekt mógł być jeden. MAMY ZŁOTO! Po raz drugi z rzędu, po raz trzeci w historii nasi zawodnicy zostali mistrzami Europy. W dodatku oznacza to też, że zupełnie nie muszą się już przejmować kwestią awansu olimpijskiego – właśnie go wywalczyli.

To jednak tylko dodatek. Najważniejsze, że JESTEŚMY MISTRZAMI EUROPY.

Znowu!

Polska – Francja 3:1 (31:29, 25:19, 20:25, 25:16)

Reklama

Fot. Newspix

26 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama