Reprezentacja Francji w siatkówce zawsze jest w czołówce. To powszechna opinia. Ale czy aby na pewno? Francuzi z jednej strony są przez nas kojarzeni właśnie w ten sposób, a z drugiej… regularnie nie zdobywają medali. Trójkolorowi przy siatce są mistrzami zgarniania medali, gdy nie są faworytami. Na tegorocznych mistrzostwach Europy mają już co najmniej srebro. O złoto zagrają dziś z Polską.
Siatkówka. Francuzi znów zaskakują. Czy zdobędą złoto ME?
Ile medali trzech wielkich imprez zgarnęli w XXI wieku francuscy siatkarze? Tak, to pytanie dla was, zastanówcie się dobrze. Dla ułatwienia dodajmy, że nie liczymy jeszcze tegorocznych, ale wliczamy: 12 edycji mistrzostw Europy, 7 edycji mistrzostw świata i 6 edycji igrzysk olimpijskich. Łącznie mieli więc aż 25 szans na to, by stanąć na podium i móc cieszyć się z sukcesu.
Żeby dodać kontekstu: Polacy w tym czasie zrobili to dziesięciokrotnie. Włosi 13 razy. Rosjanie – od kilku lat wykluczeni – w 11 przypadkach stali na pudle.
Francuzom udało się to z kolei… ledwie sześciokrotnie! Siódmy będzie dziś, niezależnie od wyniku. Równocześnie od 2015 roku wygrywali cztery razy Ligę Światową i Narodów (dwa razy przed reformą, dwa razy po), a do tego zdobyli trzy inne medale. Szybka matematyka powie nam więc, że na 11 okazji aż siedmiokrotnie zgarniali tam medal. Tyle że tych dobrych występów często nie potrafili przełożyć na turnieje mistrzowskie.
Mimo to jednak, gdy myśli się o wielkich siatkarskich reprezentacjach, mowa też o Francji. Teraz w jeszcze większym stopniu, niż kilka lat temu. Dlaczego? Ano dlatego, że Francja potrafi wyskoczyć jak królik z kapelusza i wygrać wielki turniej. Gotowa jest zrobić to w każdej chwili, nigdy nie można jej skreślić.
I kto wie, może mistrzostwa Europy będą tego kolejnym dowodem.
Katastrofa. Mistrzostwa jak z koszmaru
Trzeba cofnąć się do zeszłego roku. Francuzi pojechali wtedy na mistrzostwa świata. Nigdy nie mieli z tym turniejem dobrej relacji – w całej historii swoich startów zdobyli tylko jeden (!) medal. I to ledwie brąz, do tego wiekowy, bo z 2002 roku. Francuska siatkówka dzieli się jednak na pewne okresy: solidnie grali w latach 50. i 60., potem nastąpił spad, a ożywienie bliżej XX wieku.
Sęk w tym, że nawet w okresie tej lepszej gry mistrzostwa im nie leżały – w 1994 i 1998 roku nawet na nie nie weszli. W 2002 był wspomniany brąz, a potem stale w miarę blisko czołówki, ale jednak poza podium – najbliżej byli w 2014 roku, w Polsce, gdy skończyli na 4. pozycji. Potem były jeszcze 7. (2018) i 5. (2025) miejsca.
Aż nadeszła katastrofa. Bo tylko tak można nazwać to, co stało się w 2025 roku.
Francuzi wylądowali w teoretycznie dość łatwej grupie – ich rywalami były Korea Południowa, Finlandia i Argentyna. Ci ostatni nie byli już w takim gazie, jak kilka lat wcześniej. Finowie niby rośli w siłę, ale jednak nikt nie oczekiwał po nich cudów. Tymczasem Francuzi po łatwej wygranej z Koreą (3:0), przegrali po tie-breaku z Finlandią, a potem – w meczu o życie – dokładnie takim samym rezultatem z Argentyną.
Odpadli w grupie, na pierwszym możliwym etapie. A jechali przecież tam jako mistrzowie olimpijscy. Czyli: jechali po medal, najlepiej złotych.
Zamiast tego wrócili jako 18. drużyna na świecie.
Wymuszone zmiany
W efekcie w kadrze nastąpiła rewolucja, w dużej mierze za sprawą samych zawodników. Z zeszłorocznej reprezentacji – liczącej 14 osób – na tegoroczny turniej pojechało tylko sześciu siatkarzy. Nie ma między innymi znanych nazwisk takich jak: Jenia Grebennikov, Jean Patry, Benjamin Toniutti czy chyba najbardziej kojarzonego z kadrą Francji przez fanów Earvina N’Gapetha.
Toniutti skończył karierę reprezentacyjną, pozostała trójka zdecydowała się na rok przerwy od występów w jej barwach. Podobnie zresztą jak Kevin Tillie (jego akurat nie było na MŚ), Yacine Louati, Nicolas Le Goff czy Barthelemy Chinenyeze.
Paradoks tej sytuacji polega jednak na tym, że być może te decyzje… pomogły Francuzom. Bo Andrea Giani, selekcjoner tej ekipy, został zmuszony do postawienia na innych zawodników. W dużej części młodych. Wśród czternastu powołanych przez niego na ten turniej siatkarzy tylko trzech jest po trzydziestce, a jeden skończy ją jeszcze w tym roku. To odpowiednio: Antoine Brizard, Trevor Clevenot (obaj 32 lata), Stephen Boyer (30) i Mousse Gueye (skończy 30 lat 11 listopada).
Dwaj pierwsi grali na ubiegłorocznych mistrzostwach świata. Poza tym występowali tam jeszcze Mathis Henno (21), Benjamin Diez (28), Theo Faure (za kilkanaście dni skończy 27 lat) i Francois Huetz (26). To już pewne odmłodzenie. A na mistrzostwa Europy powołani zostali jeszcze Amir Tizi-Oualou (21 w grudniu), Daniel Iyegbekedo (19), Antoine Pothron (24), Simon Magnin (23 w grudniu), Luca Ramon (26) i Noa Duflos-Rossi (18).

Do bloku w meczu z Brazylią – rozegranym przed ME – skaczą liderzy-weterani: Antoine Brizard (po lewej) i Trevor Clevenot (po prawej). W środku za to młodziutki Daniel Iyegbekedo. Fot. Newspix
Średnia wieku francuskiej kadry na tym turnieju? Rocznikowo zaledwie 25,5.
Te mistrzostwa Europy to inwestycja w przyszłość. A kto wie, czy by nastąpiła – na pewno nie w takim wymiarze, to wiemy – gdyby nie decyzje samych zawodników. Andrea Giani musiał powziąć pewne kroki i się na nie zdecydował. Francuzi przyjechali z kilkoma liderami, otoczonymi solidnymi graczami i utalentowanymi młodziakami, z których część to już gwiazdy – bo na przykład Mathis Henno z Gorzowa, gdzie grał w minionym sezonie, przejdzie do Perugii. A na mistrzostwach pokazuje, że nie bez powodu sięgnęli po niego we Włoszech.
Efekt tych wszystkich zmian? Niespodziewany sukces.
Znowu.
Mistrzowie niespodzianek. Znów taką sprawili
Bo Francuzi medale zdobywają właśnie wtedy, kiedy raczej nikt tego po nich nie oczekuje. Ten pierwszy w XXI wieku – brąz MŚ 2002 – wywalczyli po tym, jak dwa razy nie było ich na tej imprezie, a i na igrzyska olimpijskie się nie dostawali. Mieli kryzys, grali słabo – ich ostatnim jakimkolwiek krążkiem było srebro mistrzostw Europy z 1987 roku. 15 lat bez medalu, żadnej zapowiedzi poprawy.
Aż przyszły kolejne mistrzostwa świata. Francuzi wrócili, wygrali wszystkie mecze w pierwszej fazie grupowej (z Bułgarią, Rosją i Tunezją), w drugiej pokonali Holandię i Czechów, a ulegli wielkiej Brazylii, w ćwierćfinale odprawili Argentynę i dopiero w 1/2 zrewanżowała im się Rosja (po tie-breaku). Ale już Jugosłowianie – mistrzowie olimpijscy z Sydney – w meczu o brąz zostali rozniesieni w trzech setach.
Rok po tym wpadło, po części oczekiwane, srebro mistrzostw Europy.
Jeśli ktoś jednak liczył, że Francuzi na stałe zagoszczą na podiach, to się przeliczył. Przez kolejną dekadę wywalczyli na imprezach mistrzowskich jeszcze tylko jeden medal – kolejne srebro z europejskiego czempionatu. To rok 2009, w finale przegrali wtedy z Polską. W zasadzie też nieco nieoczekiwane, rok wcześniej nie grali nawet na igrzyskach, ogółem ich wyniki nie zachwycały – w Lidze Światowej w tym samym sezonie zajęli 9. miejsce, rok wcześniej byli na 10.
Zgarnęli jednak srebro… i niewiele po nim. Znów się zacięli. MŚ 2010? 11. miejsce. ME 2011? 7. miejsce Igrzyska 2012? Nie weszli, drugi raz z rzędu.
Dopiero po tych turniejach zaczęły się oznaki wzrostu – 5. miejsce na ME 2013, 4. na MŚ 2014. Jednak nikt nie oczekiwał, że w 2015 roku Francuzi zdominują kolejne mistrzostwa Europy. Trójkolorowi – na parkietach Bułgarii i Włoch zresztą, to o tyle ciekawe, że to dwóch z czterech gospodarzy tegorocznych ME – pokonali każdego rywala na swojej drodze.
Ulegli im Chorwaci (3:0), Estończycy (3:0), gospodarze, czyli Włosi (3:2), a już w fazie pucharowej kolejno Serbowie (3:1), Bułgarzy (3:2) i Słoweńcy (3:0). Francuzi, owszem, mieli nieco szczęścia do drabinki, ale w pełni je wykorzystali. I znów: zaskoczyli. Bo faworytami do złota była trójka: Rosja, Polska i Włochy. Francja stała w drugim szeregu i to wcale nie na jego przedzie. A wywalczyła swoje.
Przede wszystkim jednak sensacyjne jest to, że Francuzi wygrywali dwa ostatnie turnieje olimpijskie. Owszem, od 2019 roku włącznie regularnie są w czołówce wielkich imprez. W Lidze Narodów też radzą sobie lepiej. Ustabilizowali się na najwyższym poziomie. Ale żeby to oni mieli zdobyć dwa złota? Przed igrzyskami w Tokio NIKT by na to nie postawił.
Polska. Włochy. Brazylia. Rosja (bo jeszcze nie było wiadomo, że zostanie wykluczona). Nawet USA. To były ekipy-faworyci. Francuzów umieszczać można było za nimi, w walce o medale mniej istotne. Tymczasem Trójkolorowi w obu przypadkach faktycznie byli najlepsi. To nie tak, że to medale szczęśliwe, przypadkowe. I w Tokio, i w Paryżu grali po prostu najlepszą, najskuteczniejszą siatkówkę.
Zresztą w tym drugim przypadku było tak przez cały sezon – wygrali też bowiem wtedy Ligę Narodów. Trudno, a wręcz nie da się, ująć im czegokolwiek z tamtych sukcesów.
Znów jednak: ani na MŚ 2022 (5. miejsce), ani na ME 2023 (4. miejsce), ani na MŚ 2025 (przywoływane już 18. miejsce) tych sukcesów nie poparli. Jedynie w Lidze Narodów ciułali medale. I to też fajne sukcesy, oczywiście. Jednak po mistrzach olimpijskich oczekuje się czegoś więcej. Tymczasem Francuzi po tym drugim złocie spadli niemal na dno… ale tylko po to, by już rok później się odrodzić.
Bo tak właśnie funkcjonują w XXI wieku. Medale zdobywają wtedy, gdy się po nich tego nie oczekuje. A więc rok po katastrofalnym występie, przy małej rewolucji kadrowej i po kiepskim występie w Lidze Narodów, w której pierwszy raz od lat nie weszli do play-offów i walki o medale, zajmując 11. miejsce.
Znów nie byli faworytami. A znów skończą z medalem. Jakim? Przekonamy się o 21, gdy wyjdą na parkiet, by zagrać z Polakami.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix