Nie niszczmy Pucharu Polski rozstawieniami [KOMENTARZ]

Mikołaj Duda

03 września 2026, 17:23 • 8 min czytania 19

Reklama
Nie niszczmy Pucharu Polski rozstawieniami [KOMENTARZ]

Od jakiegoś czasu w mediach przewija się dyskusja o wprowadzeniu zmian do obecnego formatu rozgrywania Pucharu Polski. Zresztą, w ostatnich dniach głos na ten temat zabierali nawet Alex Haditaghi czy Marek Papszun, więc to pozwala sądzić, że sprawa jest poważna. Taka może i jest, ale proponowane przez nich zmiany niestety spowodowałyby zniknięcie sporej części magii, jaką ma w sobie Puchar Tysiąca Drużyn.

Reklama

O co właściwie chodzi? Część środowiska postuluje, by do Pucharu Polski wprowadzić rozstawienia, co oznacza, że na etapie pierwszej rundy nie dochodziłoby do starć pomiędzy dwoma klubami z Ekstraklasy. Najprościej mówiąc, te w teorii najlepsze byłyby dobierane do tych ekip z niższych lig. Zespoły przykładowo z trzeciego szczebla rozgrywkowego musiałyby mieć sporo szczęścia, by zajść gdzieś dalej niż maksymalnie do drugiej rundy.

Puchar Polski nie potrzebuje rozstawień! W obecnej formie bardzo dobrze funkcjonuje

Jednym z podnoszonych argumentów jest to, że te drużyny z niższych poziomów, dostając się do głównej fazy Pucharu Polski liczą, że będą mogły zmierzyć się z kimś z tych największych. W obecnym systemie jest w końcu pełna losowość. Możesz trafić na Legię, a równie dobrze możesz wylosować drugoligowca czy pierwszoligowca. Na każdy z zespołów masz dokładnie takie samo prawdopodobieństwo.

Tylko czy rzeczywiście odpadnięcie z Pucharu Polski przy pierwszej możliwej okazji z jednym z mocarzy będzie czymś lepszym od napisania przygody ciągnącej się aż do wiosny? Nie zapominajmy jeszcze, że w proponowanym systemie taki trzecioligowiec mógłby zmierzyć się z wielką marką, ale równie dobrze trafić na Piasta Gliwice czy Zagłębie Lubin, które z całym szacunkiem, ale nie są specjalnie elektryzującymi markami.

Spójrzmy na przykład Zawiszy Bydgoszcz z poprzedniego sezonu, gdy występował jeszcze na boiskach na czwartym poziomie rozgrywkowym. Dzięki dość szczęśliwym losowaniom zdołał dotrzeć aż do półfinału, w którym przy wypełnionym stadionie mierzył się z Górnikiem Zabrze, czyli późniejszym triumfatorem. Tylko też nie zapominajmy, że trzecioligowiec po drodze wyeliminował dwa zespoły z zaplecza Ekstraklasy, w tym pewnie zmierzającą do awansu Wisłę Kraków.

Reklama

Zawisza Bydgoszcz po wywalczeniu awansu do półfinału Pucharu Polski

Cofnijmy się o kilka lat, gdy do Bydgoszczy w jednej z pierwszych rund przyjechał Lech. Ekipa z Poznania w mocno „porotowanym” przez Johna van den Broma składzie wpakowała rywalowi trójkę. Jak myślicie, czy przy Krzyszkowiaka będą bardziej pamiętać taki mecz czy ten z Górnikiem, którego stawką był wyjazd drugiego maja na Stadion Narodowy? Odpowiedź jest raczej oczywista.

Przy wprowadzeniu rozstawień napisanie takiej historii byłoby albo niemożliwe, albo niezwykle trudne. Spokojnie można sobie wyobrazić, że nawet po wyeliminowaniu przykładowo Legii taki Zawisza trafia dajmy na to na Lecha. Raz się mogło udać, ale dokonanie tego samego drugim razem byłoby już czymś praktycznie niemożliwym. De facto bardzo szybko moglibyśmy oglądać mały Puchar Ekstraklasy, a przecież zdecydowanie nie o to w tym chodzi.

Reklama

Mówimy o Zawiszy, ale tych przykładów z ostatnich lat jest przecież znacznie więcej. Choćby w tej samej edycji do ćwierćfinału dotarł inny trzecioligowy zespół – Avia Świdnik, która po drodze wyeliminowała choćby Ruch Chorzów czy Polonię Bytom z drugiego poziomu rozgrywkowego. Ich przygoda zatrzymała się na Rakowie (chociaż do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka) i właśnie stawka tego spotkania powodowała, że było ono wyjątkowe. Przy wygranej na realnym horyzoncie pojawiłby się finał.

To samo można powiedzieć o KKS-ie Kalisz z sezonu 2022/23. Przegrał z Legią, jednak dopiero na etapie półfinału, gdy był o krok od wyjazdu na Stadion Narodowy. Znów raczej nikogo nie trzeba przekonywać, że taki mecz miał nieporównywalnie większe znacznie niż w przypadku, gdyby ta sama Legia przyjechała do Kalisza w pierwszej rundzie, gdzieś między wrześniowymi meczami ligowymi.

Podobnie jak w poprzednich przypadkach, Kaliszanie na swojej drodze pokonali choćby Śląsk Wrocław czy Górnika Zabrze, więc ciężko mówić, że takie rewelacje wygrywają wyłącznie dzięki szczęściu w losowaniu. To oczywiście musi dopisać, jednak i tak zawsze trzeba pokonać kogoś w teorii wyżej notowanego.

Reklama

Legia po pokonaniu KKS-u Kalisz w półfinale Pucharu Polski

Jak myślimy o Pucharze Polski, to pierwszym naszym skojarzeniem są właśnie przygody tych najmniejszych, którzy oczywiście przy odrobinie szczęścia, praktycznie co roku piszą piękne historie, docierając do najlepszej ósemki, a czasami i czwórki rozgrywek. Obecny system sprawia, że mamy do czynienia z pucharem równych szans. Każdy ma dokładnie taką samą szansę, by w losowaniu trafić na trudniejszego lub łatwiejszego rywala. Wprowadzenie rozstawień byłoby mocno krzywdzące dla tych słabszych.

Puchar Polski luką do Europy dla kopciuszków? Nie do końca

Dużym sukcesem poprzedniej władzy PZPN-u było zbudowanie odpowiedniej powagi rozgrywkowym Pucharu Polski. Ustalono, że finał zawsze będzie 2 maja odbywał się na Stadionie Narodowym, a dla zwycięzcy przewidziano całkiem atrakcyjną premię.

Teraz pojawił się jeszcze jeden haczyk, który czyni Puchar Polski jeszcze bardziej kuszącym. Dzięki pozycji w rankingu krajowym UEFA, obecny triumfator miał zapewniony start w europejskich pucharach od trzeciej rundy eliminacji Ligi Europy (to z racji przesunięć przypadło Jagiellonii), ale w kolejnych sezonach triumf 2 maja może nawet zapewniać grę w Europie przynajmniej do końca jesieni.

Reklama

Alex Haditaghi ostatnio pisał, że to powoduje, że otwiera się niebezpieczna furtka dla drużyn z niższych szczebli, by wejść do pucharów i zanotować o wiele gorszy wynik niż taki, jakiego można byłoby się spodziewać po ekstraklasowiczach.

– Polska wywalczyła sobie miejsce w TOP 10 w Europie. To powinno oznaczać jedno: chronić ranking, wzmacniać nasze kluby i dawać polskim drużynom jak największe szanse na sukcesy międzynarodowe. Zamiast tego PZPN tworzy system, w którym kluby Ekstraklasy eliminują się nawzajem już na wczesnym etapie. To jest więcej niż głupie. To samookaleczenie. Dlaczego? Oczywiście mniejsze kluby zasługują na swoją szansę.

– Niech grają u siebie, zapełniają stadiony, zarabiają pieniądze i próbują sprawić niespodziankę. O to właśnie chodzi w Pucharze. Ale celowe tworzenie struktury, która zwiększa szanse słabszych drużyn na reprezentowanie Polski w Europie, podczas gdy silniejsze kluby wyeliminują się nawzajem już na starcie, nie jest romantyczne. To fatalna strategia. Polski futbol wreszcie ma rozpęd. Przestańcie go niszczyć głupimi decyzjami i projektowaniem rozgrywek czy zasad, które działają przeciwko niemu – pisał prezes Pogoni Szczecin w mediach społecznościowych.

Reklama

To teraz fakty: obecny system funkcjonuje w niezmieniony sposób od kilku dobrych sezonów, a w XXI wieku tylko raz zdarzyło się, że Puchar Polski powędrował w ręce klubu spoza Ekstraklasy. Była to Wisła Kraków dwa lata temu, a poza tym w ostatnich sezonach triumfowali:

  • Górnik Zabrze,
  • dwa razy Raków Częstochowa,
  • dwa razy Legia Warszawa.

Wcześniej jeszcze Cracovia oraz Lechia Gdańsk, czyli ekipy, które na tamten moment spokojnie można było przypisać do szerokiej ligowej czołówki. Patrzymy jednak na przygodę Wiślaków w Europie i zastanawiamy się: jak wielu ekstraklasowiczów byłoby w stanie wycisnąć z niej coś więcej? Mamy wątpliwości, czy przykładowo Pogoń, która zresztą przegrała z Białą Gwiazdą w finale, ugrałaby coś więcej. Też raczej nie byłaby stawiana w roli faworyta w dwumeczach z Cercle Brugge oraz Rapidem Wiedeń.

W każdym razie widać, że takie przypadki zwycięstw ekip z niższych lig to naprawdę jednostkowe historie i nie powinniśmy się obawiać, że to nagle pociągnie naszą piłkę w otchłań. Ci mniejsi piszą świetne historie, jednak te z reguły na etapie ćwierćfinału lub półfinału mają swój koniec.

Reklama

Marek Papszun narzeka na pecha w losowaniach. To samo może spotkać każdego innego

Może nie tak bezpośrednio jak Alex Haditaghi, ale Marek Papszun również zasugerował, że nie jest szczególnym fanem obecnego systemu rozgrywek. Po porażce z Motorem Lublin skarżył się, że na tak wczesnym etapie jego podopieczni musieli mierzyć się z ligowym rywalem.

Trzeba też przyznać, że to losowanie nie było zbyt szczęśliwe. My zajęliśmy 6. miejsce w lidze, Motor 12. w poprzednim sezonie, więc spotkała się pierwsza z siódmą drużyną, bo pięć pierwszych nie gra. Więc ten los nas nie oszczędził. Mecz na wyjeździe dodatkowo, więc zdawaliśmy sobie sprawę od początku, że to będzie trudne spotkanie – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener warszawskiego zespołu.

Prawdę mówiąc, w jakimś stopniu jesteśmy w stanie zrozumieć Marka Papszuna, bo kto nie chciałby się mierzyć z jak najsłabszymi przeciwnikami? Tylko takie same pretensje może mieć każdy inny trener, któremu akurat niesprzyjająco ułoży się losowanie. Dajmy na to Niels Frederiksen miałby prawo narzekać na wylosowanie Aarhus w eliminacjach Ligi Mistrzów, a nie którejś ze znacznie słabszych drużyn. Albo inny przykład: dostanie po sobie Crvenej zvezdy oraz Genku, czyli wtedy dwóch na papierze najmocniejszych rywali.

Właśnie na tym polega cały urok losowań. Masz dokładnie takie same prawdopodobieństwo, że wylosujesz Motor Lublin na wyjeździe, jak i wyjazd na teren znacznie niżej notowanego Wikędu Luzino. Pech nie sprawia, że system jest zły, tylko, że po prostu tym razem miałeś pecha. Następnym razem być może uśmiechnie się do ciebie szczęście. Zresztą, możemy się założyć, że gdyby mecz skończył się odwrotnym wynikiem, to Marek Papszun ani słowem, by się nie zająknął o pechu w losowaniu.

Reklama

A tak nawiasem mówiąc, może to i dobrze dla Legii, że przegrała akurat w Lublinie. W końcu Marek Papszun ma wymówkę, że przegrał przez trudne losowanie. Jakby dostał za zadanie pojechać do Tarnobrzega albo Świdnika takiego argumentu przy porażce już użyć by nie mógł.

Fot. Newspix

19 komentarzy
Mikołaj Duda

Legenda w rodzinie głosi, że piłka podobno towarzyszyła mu już podczas narodzin. Jego pierwsze wspomnienia sięgają do MŚ w Brazylii w 2014 roku, kiedy jako siedmiolatek z zafascynowaniem oglądał jak przyszły piłkarz Górnika Zabrze sięga po trofeum. 100% na 100% jego uwagi zajmuje polska piłka. Przy trzeciej godzinie monologu o rezerwowym Radomiaka jego słuchacze często tracą cierpliwość. We wtorek i środę zbiera siły przed czwartkowym wieczorem, spędzanym wspólnie z jego ulubioną Ligą Konferencji. Gdy ktoś się go zapyta o piłkarza o imieniu Lamine, to bez zawahania odpowie Diaby-Fadiga

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama