Rozgrywki Pucharu Polski to okazja doskonała, by odkryć kilka nieoczywistych miejsc na futbolowej mapie naszego kraju. Jednym z nich jest bez wątpienia Kluczbork, w którym miejscowi napsuli krwi mającej swoje problemy, ale nadal notowanej zdecydowanie wyżej Lechii Gdańsk. Stadion, na którym mecze rozgrywa tutejszy MKS, stoi trochę na uboczu, skrywa się w okolicy urokliwego parku i – jak setki takich obiektów – ma swoje historie do opowiedzenia. Piłka nożna i jej pochodne właśnie w takim anturażu smakują najlepiej – czasem jedynie wystarczy wybrać się na degustację.
Kameralny obiekt miał być przygotowany na przyjęcie wszelakich gości pewnie bliżej planowanego początku spotkania, ale dla łamiących przewidywany ciąg zdarzeń dziennikarzy były dostępne pewne nadprogramowe opcje. Na dwie i pół godziny przed meczem ochrony jeszcze nie ma, więc nie jest problemem wejście przez teoretycznie zamkniętą furtkę. Można pokręcić się po szatniach, wyjść sobie na murawę. Można też w końcu wpaść na sporych rozmiaru napis „BIURO ZAWODÓW’ i… wpaść także w przenośni.
Bo od tego momentu swobody miałem odrobinę mniej. Ze złotą opaską, z odblaskową kamizelką i plakietką z nazwiskiem byłem łatwy do namierzenia i nawet jeśli dostałem oficjalnie dostęp do wielu miejsc, to przemykać się przez nie było trudniej niż wcześniej. Co nie znaczy, że trudno.
Spis treści
- Kluczbork otwartych drzwi i furtek. Odwiedziliśmy go przy okazji meczu Pucharu Polski
- I liga kluczborskim szczytem. Miłych wspomnień czar
- MKS Kluczbork ugościł Lechię, ale warunki postawił jej bardzo trudne...
- Wierny kibic ekipy z Kluczborka, czyli jednoosobowy młyn w akcji
- Piłka od Szczęsnego. Charytatywna aukcja o przedmiot pożądania
- Rodzina na trybunach. Albo w trasie. Albo przed ekranem
- "Gra tutaj była przyjemnością". Taki powinien być Puchar Polski
- W Kluczborku zrobili to po prostu dobrze
Kluczbork otwartych drzwi i furtek. Odwiedziliśmy go przy okazji meczu Pucharu Polski
Stadion w tym miejscu powstał prawie sto lat temu – w roku 1928, kiedy Kluczbork był jeszcze Kreuzburgiem. Od tego czasu przechodził oczywiście odpowiednie modernizacje i dziś spełnia wymogi rozgrywek pierwszoligowych. Zresztą do tego poziomu dzisiejszy MKS chciałby pewnie równać, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć.
Teraz jednak wgapiam się w mający w sobie niemało uroku drewniany dach nad główną trybuną obiektu, który wraz z charakterystycznymi podporami tworzy nam coś na kształt polskiego Craven Cottage. Jasne, trzeba się co jakiś czas przechylać z prawej na lewą, by nie stracić z oczu akcji, ale skoro w Premier League potrafią sobie z tym radzić, to i w Kluczborku nikomu to nie powinno przeszkadzać.

Charakterystyczny dach nadaje stadionowi w Kluczborku niezwykłego charakteru
Stadion ma dzięki temu swoją duszę, po prostu dobrze mu z tymi kilkoma słupkami. Dużo dziwniejsze jest jednak zestawienie go ze stojącym obok hotelem, robiącym jednocześnie za część zaplecza na dzień meczowy. To tutaj pracują media, to tu można skorzystać z toalety, to tu – tak przynajmniej wynika z mojego małego śledztwa – odbywa się przedmeczowa odprawa miejscowych. Albo całego zespołu, albo tylko sztabu szkoleniowego, albo tylko jego części. Tego już nie byłem w stanie ustalić, ale też przyznaję, że nie drążyłem.
Także dlatego, że zastanawiając się nad tą małą zagadką wpadłem na korpulentnego pana, który do koszulki miał przypiętą jedną z takich plakietek, jakie rozdaje się uczniom na dniu otwartym w liceum. Tylko zamiast napisu „uczeń klasy VII B”, pan legitymował się zaszczytnym tytułem „gościa hotelowego”. Może żeby się specjalnie nie mieszał z przyjeżdżającymi na mecz? Albo żeby nikt go nie wyprosił z miejsca, w którym ma pełne prawo przebywać?
Niby drobiazg, ale dodający kluczborskiej infrastrukturze sportowej odrobiny kolorytu. Bo pan ów kręcił się trochę po sali konferencyjnej, mył jakiś kubek po kawie, potem znowu zaglądał do jakiejś kanciapki. Też pewnie trochę zaciekawiony tym, co się dzieje wokół.
I liga kluczborskim szczytem. Miłych wspomnień czar
Ciekawe, czy kojarzył MKS z jego najlepszych lat? Ostatnie wielkie chwile tutejszy klub przeżywał dobrą dekadę temu, kiedy smakował większej piłki na zapleczu Ekstraklasy. Na bazie krótkiej, bo niespełna 25-letniej, historii MKS-u można znaleźć potwierdzenie teorii o drugim sezonie beniaminka. Trudniejszym od tego pierwszego. I często kończącym się spadkiem. Podejścia do rywalizacji w I lidze MKS miał dwa i oba zakończyły się na dwóch sezonach.
Pierwsza z tych historii miała swój początek w roku 2009, kiedy po brawurowej kampanii drugoligowej Kluczborczanie finiszowali na samym szczycie tabeli, wyprzedzając solidną firmę, Pogoń Szczecin.
To właściwie w tamtym sezonie narodził się dla polskiej piłki Waldemar Sobota, choć o dostrzeżenie łatwiej mu było z zespołem, który w sobie tylko wiadomy sposób sezon następny – 2009/10 – zakończył w I lidze na bardzo wysokim, 6. miejscu. Doskonale pamiętają to grający wówczas i dziś dla ekipy z Kluczborka Patryk Tuszyński i Rafał Niziołek. Chyba śmiało można powiedzieć, że to żywe legendy MKS-u.
Pierwszy przebił się nawet do Ekstraklasy, zdołał również posmakować ligi tureckiej i pod tym względem najbliżej mu było do sukcesu odniesionego w piłce przez Sobotę. Kariera tego drugiego nie jest pewnie materiałem powszechnie znanym fanom polskiej piłki, co nie znaczy, że piłkarz MKS-u nie osiągnął sporo. Niziołek nie ruszył na podbój Polski, ale – chyba nie poczuje się w żadnym stopniu urażony – zdołał podbić Opolszczyznę, na lata gruntując swoją pozycję solidnego pierwszoligowego piłkarza. Gdy osiemnaście lat temu trafiał z drużyn młodzieżowych Miedzi Legnica do Kluczborka, może nawet nie zakładał, że w tym regionie zostanie człowiekiem-instytucją.
– Nie, to nie tak, że Opolszczyzna to moje piłkarskie królestwo. Ofert spoza tego regionu jakoś nie było za wiele, a jak były, to z drużyn grających na tym samym bądź niższym poziomie. Przez to, że czułem się tu dobrze, dobrze mi się tu grało, byłem doceniany, to trzymałem się tego miejsca. I stąd te długie lata spędzone w dwóch klubach – przekonuje piłkarz MKS-u, który od połowy 2008 roku faktycznie grał tylko dla dwóch zespołów. Z Kluczborka i Opola. I w ich barwach uzbierał imponującą liczbę 353 meczów na poziomie I ligi. – Kto wie, co by było, gdybym spróbował… Ale jestem zadowolony z tego, jak to się potoczyło – deklaruje pomocnik ekipy z Kluczborka.

Rafał Niziołek był z MKS-em Kluczbork w I lidze. Na zapleczu Ekstraklasy zakotwiczył jednak na dobre jako piłkarz Odry Opole (tak, ostatnie cztery słowa to rozwiązanie „rebusu”).
– Na pewno nie jestem spełniony. Wiadomo, każdy ma swoje marzenia i wydaje mi się, że ten sufit powinien być trochę wyżej, ale nie ma sensu rozmyślać „co by było gdyby”. Zaliczyłem dużo lat na poziomie centralnym, w I lidze i ta piłkarska przygoda jest po prostu satysfakcjonująca – podsumowuje Niziołek.
MKS Kluczbork ugościł Lechię, ale warunki postawił jej bardzo trudne…
A że rozmawialiśmy przed meczem, to nie mogło zabraknąć również wątku walki z wyżej notowanym przeciwnikiem, który przyjeżdżał do Kluczborka z doskonale znanego byłemu piłkarzowi Odry poziomu.
– Na pewno chcemy coś fajnego zrobić, a czy się uda, to już zobaczymy. Mamy paru starszych zawodników, którzy nadal chcą coś w piłce osiągnąć. Jest też dużo młodzieży, która ma się od kogo uczyć. Chcemy zrobić coś, co przyciągnie ludzi na stadion tak, jak w tych latach, w których MKS grał, jak na tak małe miasto, na naprawdę wysokim poziomie. Chcielibyśmy, żeby ten klimat powrócił – mówi mi Niziołek.
Często ma się wobec tego skazywanego na pożarcie co najmniej odrobinę sympatii, więc i ja takiemu myśleniu uległem. Przyznałem się przed moim rozmówcą całkiem szczerze, że chyba chętniej zobaczyłbym na boisku jakieś sensacyjne rozstrzygnięcie niż stary film o wygranej faworyta. Wychodzącego ostatecznie na mecz młodą jedenastką, ale nadal mającego w kadrze wystarczająco jakości, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
– Nie wiem, czego się spodziewać po Lechii, bo było tam dużo zmian. My po prostu chcemy dać z siebie sto procent, bo wiemy, jak to czasem jest z drużynami odwiedzającymi rywali z niższych lig. Mam nadzieję, że podejdą do nas trochę na luzie i wykorzystamy naszą determinację i koncentrację, żeby awansować do kolejnej rundy – kreślił plan meczowy zawodnik MKS-u.
No tak. Nie wiedzieliśmy do końca, co potrafi rezerwowy skład Lechii. Nie mogliśmy też przewidzieć, czy faktycznie zmiennicy dostaną swoje minuty. Obaj byliśmy pewnie dużo mądrzejsi już po meczu. Trochę lepiej miał obcykany ten temat jeden z miejscowych ekspertów.
Problemy Lechii w Kluczborku. Trzecioligowiec napsuł jej krwi [CZYTAJ WIĘCEJ]

MKS Kluczbork miał w meczu z Lechią swoje momenty. W drugiej połowie na pierwszy plan wysunął się jednak jego bramkarz, 19-letni Bartosz Warszakowski (fot. Bartosz Piotrowski).
Wierny kibic ekipy z Kluczborka, czyli jednoosobowy młyn w akcji
Julka najpierw usłyszałem, a dopiero potem zobaczyłem. Dobre półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego bił już w swój sporych rozmiarów bęben i krzyczał z całych sił „MKS, MKS, MKS”. Z daleka wiedziałem, że w planach ma starcie z zorganizowanym dopingiem sympatyków Lechii i, być może, nie będzie na straconej pozycji. Krzepy mu nie brak, samozaparcia też ma niemało. Nie pożałowałem przejścia do niego przez boisko i podpytania o zbliżający się wielkimi krokami mecz.
– No nie wiem, bardzo bym chciał, żeby wygrali, ale obawiam się, że to się jednak nie uda. Lechia to bardzo dobry rywal, gra na o wiele wyższym poziomie. Chyba oszaleję, jakbyśmy wygrali – analizował wierny kibic MKS-u Kluczbork, gdy tylko spytałem go o przewidywania na całe spotkanie.
Szybko jednak zeszliśmy na tematy kibicowskie, także dzięki otaczających Julka dziadkom, mamie i panu Michałowi, który sam wyraźnie podkreślił, że on i Julek to po prostu stadionowi kumple. Jeden ma miejsce na swoim ustawionym zawsze na tych samych schodach wózku, drugi – tuż obok, na krzesełku, z którym jest zżyty, jak sam podkreśla, od dobrych 12 lat.
Duet z obu panów całkiem wyjątkowy – pan Michał jest już pewnie po sześćdziesiątce i przekonuje, że z jego miejsca na stadionie może go wykurzyć tylko naprawdę solidna ulewa. Julek ma lat jedenaście, a od pięciu zakochany jest w drużynie ze swojego miasta. Skalę miłości próbuje mi wytłumaczyć jego babcia, która śmiało mogłaby aspirować do miana najbardziej wygadanego kibica ekipy z Kluczborka. A może ma po prostu supermoc każdej babci, czyli wielki talent do opowiadania z dumą o swoich wnukach…
– O MKS-ie wszystko wie, we wszystkim się orientuje. Do Julka przychodzą po meczach właściwie wszyscy piłkarze, cała drużyna – mówi mi lekko rozemocjonowana. – Jest też zapraszany na ich spotkania wigilijne i… – tu nagła zmiana tematu, nic nie mogłem poradzić. – Obok wisi Julka baner, kupiony za jego pieniążki odłożone do skarbonki – wskazuje mi transparent przytwierdzony do płotu na mniejszej trybunie stadionu w Kluczborku.

Z tym transparentem wiąże się nawet jedna, opisywana już w mediach, afera ze stadionu w Jeleniej Górze. Cóż, dużo by mówić…
Julek ma naprawdę wszystko, co powinien mieć kibic. Jedno koło wózka ozdobione motywem klubowym. Drugie kolażem z wizerunkiem idola, Wojciecha Szczęsnego.

Wózek Julka od razu zdradza jego futbolowe sympatie. Na jednym kole MKS Kluczbork, na drugim – Wojciech Szczęsny
Do tego koszulka klubowa, wspomniany już bęben, szalik, megafon, a w domu rękawice bramkarskie, które dają mu w prezencie golkiperzy MKS-u. – Uwielbiam bramkarzy. Rękawic mam już jedenaście, no może dziesięć par – wylicza Julek. Ale to wszystko nic przy artefakcie, w którego posiadanie może wejść w dniu meczu z Lechią.
Piłka od Szczęsnego. Charytatywna aukcja o przedmiot pożądania
Spotkaniu Kluczborczan z Lechią towarzyszy aukcja charytatywna, z której dochód ma być przeznaczony na pomoc Poli Betkier dzielnie walczącej z zespołem Retta. Przedmiot aukcji to dla Julka wielka gratka – piłka z autografem, a jakże, Wojciecha Szczęsnego. Czy mogło się to ułożyć lepiej? Chyba nie. Nie dość że cel szczytny, to jeszcze trafiło na gościa, który za bramkarzem Barcelony wręcz szaleje. Szaleje do tego stopnia, że lwią część z wykładanych pieniędzy przekazuje on sam, a nie jego rodzice czy dziadkowie.
Bo ma jeszcze… spory budżet z niedawnej komunii. – Bardzo, bardzo chciałbym wygrać – rozmarzył się Julian.
– Wiesz Juleczku, w takich sprawach to nie wiadomo. Teraz jest stawka 1200 złotych, ale ona zaraz może być wyższa – reaguje sprawnie babcia, próbując, tak na wszelki wypadek, odrobinę ostudzić zapał wnuka.
Ty też możesz pomóc Poli. Poznaj jej historię [CZYTAJ WIĘCEJ]
Wydaje się, że dzięki jej interwencji zgrabnie zmieniamy temat, wracając do kibicowskiego życia jedenastolatka. Jeżdżącego na mecze wyjazdowe, wożącego ze sobą tę własną flagę, zakochanego w MKS-ie Kluczbork. Nie w jakimś wielkim klubie z pierwszych stron gazet, co tylko dodaje tej historii nieco romantycznego wymiaru.
Rodzina na trybunach. Albo w trasie. Albo przed ekranem
Fajnie też, że jego hobby angażuje całą rodzinę. – Babcię i dziadka też wciągnął, myśmy nigdy z mężem nie chodzili na żadne mecze. A teraz sobie nie wyobrażam, żebym nie była na meczu. Nie ma żadnego pieczenia ciasta czy innych takich – po prostu wybieramy się na mecze. Także te wyjazdowe, ale tu czasem trzeba się zapakować w dwa auta – zauważa babcia Julka.
Liczę na szybko:
- Julek,
- babcia,
- dziadek,
- mama,
- tata,
- młodsza siostra Julka,
- no i oczywiście pan Michał, który też stał się częścią tej kibicowskiej rodzinki.
W jedno normalnych rozmiarów auto to się raczej nie uda wbić, fakt. Alternatywą dla wyjazdu jest w razie czego obejrzenie meczu dzięki transmisji, co też się czasem zdarza. Przy czym znów – w pełnym składzie, bo tak najlepiej.
– Oczywiście, że pan Michał też wtedy do nas zagląda – potwierdza moje domysły mama Julka, a sam zainteresowany dorzuca jeszcze, że do Kluczborka to właściwie musi zawsze dojechać tych dwadzieścia kilometrów. Czyli to za każdym razem mała wyprawa, a nie wypad do sąsiadów. Więź zawiązana na trybunie stadionu przy Sportowej jest już jednak na tyle silna, że głupio byłoby obu wiernym kibicom oglądać mecz oddzielnie.

Julek wraz ze swoimi meczowymi kompanami. I bębnem, który mnie zwabił na przeciwległą stronę stadionu
„Gra tutaj była przyjemnością”. Taki powinien być Puchar Polski
Często jest jednak tak, że nawet najgłośniejszy doping nie jest w stanie załatwić wszystkiego. MKS wyglądał na tle rezerwowego składu Lechii bardzo dobrze, ale gdy goście przeprowadzili szereg zmian, a Kluczborczanom zmęczenie zaczęło się dawać we znaki, sytuacja gospodarzy z każdą chwilą zaczęła się pogarszać. Ostatecznie mogą sobie pluć w brodę, bo okazji do strzelenia gola mieli aż nadto, a ostatecznie musieli zadowolić się tylko jednym trafieniem i jedną z tych „ładnych porażek„, po których zostaje co najwyżej dobre wrażenie i spora dawka niedosytu.
No i garstka pochwał, na które zdobył się podczas pomeczowej konferencji trener Lechii, Władysław Łupaszko.
– MKS to naprawdę fajna ekipa, świetna była też atmosfera na trybunach – przekonywał opiekun Gdańszczan. – Gra tutaj była, proszę mi wierzyć, przyjemnością – podsumował.

Lechia musiała się trochę nagimnastykować, żeby awansować do kolejnej rundy rozgrywek (fot. Bartosz Piotrowski).
Później w kuluarach za ciepłe słowa dziękował Ukraińcowi trener MKS-u, Łukasz Ganowicz. On również, tak jak Rafał Niziołek, jest jedną z tych postaci, które biegały w barwach klubu z Kluczborka po pierwszoligowych boiskach. I on też ma ambicje sięgające czegoś więcej niż aktualna, trzecioligowa codzienność. A jedną z dróg, może najkrótszą, do tego „czegoś więcej” jest bez wątpienia Puchar Polski.
– Myślę, że wspólnie stworzyliśmy fajne widowisko. W pierwszej połowie zaprzepaściliśmy szansę, by awansować do kolejnej rundy, powinniśmy prowadzić przynajmniej dwiema bramkami do przerwy, a było wówczas 0:0. W końcówce mieliśmy też swoją piłkę meczową i naprawdę mogliśmy rozstrzygnąć mecz na swoją korzyść. Wtedy myślałem, że będzie dogrywka, ale… niestety – komentował przebieg meczu trener Kluczborczan.
– Szkoda, że ta przygoda się kończy, ale – i żebym był dobrze zrozumiany – jestem tak samo zły na drużynę, jak dumny. Jestem zadowolony z tego, jak się pokazali, bo naprawdę zagrali dobry mecz. Powiedziałem zresztą w szatni, że takich chciałbym chłopaków widzieć w meczach ligowych.Problemem był brak skuteczności, przez to jestem zły, ale za postawę na tle Lechii należą im się gratulacje.
Trudno się trenerowi Ganowiczowi dziwić w kwestii tych rozbieżnych emocji, bo to faktycznie był dla jego drużyny mecz do wygrania. Władysław Łupaszko mógł odrobinę przeszarżować z odmładzaniem wyjściowej jedenastki i zwycięstwo w dużej mierze zawdzięcza nieskuteczności gospodarzy.

Gospodarze mieli szansę na sprawienie niespodzianki, ale w ostatnich sekundach meczu ich katem został Bakary Sonko (fot. Bartosz Piotrowski).
W Kluczborku zrobili to po prostu dobrze
Idę jednak o zakład, że gdy trener Ganowicz patrzy na cały ten dzień szerzej, sportowa ambicja nie przysłania mu tego, co udało się Kluczborczanom zrobić całkiem nieźle. Dali wraz z piłkarzami Lechii dobre widowisko. Przyjęli w sumie wielu kibiców, w tym sporą ekipę gości. Choć tu akurat pojawi się łyżka dziegciu – uciekając od organizacji imprezy masowej organizatorzy ograniczyli nieco możliwości stadionu, chyba trochę niepotrzebnie. Tym, którzy się załapali na szybko wyprzedane bilety dano jednak przyjemny wieczór z piłką.
Wróćmy więc do wyliczanki. Miejscowi zebrali dla walczącej z zespołem Retta Poli bez wątpienia więcej niż tylko dwa i pół tysiąca, za które wylicytował upragnioną piłkę Julek z rodziną. Przypomnieli o sobie tym, którym MKS w ostatnich latach zniknął z radarów. No i pokazali, że w niższych ligach można robić dużo dobrego na kilku różnych frontach.
Nie, nie tych stricte sportowych. Bo sport to często tylko dodatek, taki pretekst do wyściubienia nosa z nory i znalezienia się w środowisku, które nadaje temu sportowi dodatkowego sensu. Przez smaczną kiełbaskę, pospolitą gościnność, momenty wspólnej radości i równie wspólnego zawodu, a ogólnie rzecz biorąc – przez kilka mniejszych i większych dobrych uczynków.
Bo był jeden taki moment, w którym Julek podglądany przeze mnie z odległości dobrych stu metrów zbijał piątkę i ucinał sobie przez płot krótką rozmowę z jakimś wchodzącym na sektor gości kibicem Lechii. Kibicem w tym tekście bezimiennym, ale w gruncie rzeczy też robiącym coś po prostu fajnego. A może w ogóle dobrego?
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix / Bartosz Piotrowski (@p4trowsky.sportphoto) / własne