Siedem lat czekania. I koniec. Siatkarki w półfinale mistrzostw Europy!

Sebastian Warzecha

03 września 2026, 17:39 • 7 min czytania 6

Reklama
Siedem lat czekania. I koniec. Siatkarki w półfinale mistrzostw Europy!

Niemal siedem lat. Tyle czekała kobieca reprezentacja Polski na to, by awansować do strefy medalowej którejś z największych imprez reprezentacyjnych. Zdobywało co prawda Biało-Czerwone medale Ligi Narodów. Ale czy to na mistrzostwach Europy, czy w mistrzostwach świata, czy wreszcie na igrzyskach olimpijskich – gdzie wróciły po latach – nie było półfinału. Dziś miało nastąpić przełamanie, a by je osiągnąć, trzeba było pokonać reprezentację Holandii. I udało się, po czterech setach pełnych walki!

Reklama

Siatkarki w strefie medalowej! Mamy półfinał mistrzostw Europy

To był rok 2019. Mistrzostwa Europy, częściowo rozgrywane w Polsce. Polki z tego faktu skorzystały, bo do ćwierćfinału włącznie rozgrywało swoje mecze w Łodzi. Przeszły więc przez fazę grupową. W 1/8 finału ograły Hiszpanię, a potem stoczyły zacięty, pięciosetowy bój z Niemkami. Wygrały go i weszły do fazy medalowej. W niej im się już nie powiodło – w czterech setach przegrały z Turcją (ale wszystkie trzy, w których były gorsze, kończyły się wysokimi porażkami), a w meczu o 3. miejsce do zera pokonały je Włoszki.

Było to jednak pewne przełamanie. Wydawało się też, że to moment, w którym efekty przynosi praca Jacka Nawrockiego. Potem doszło jednak do konfliktu na linii siatkarki-selekcjoner, a przeciągnięta kadencja polskiego trenera nie posłużyła najlepiej kadrze. Zatrudnienie Stefano Lavariniego – w 2022 roku – miało przynieść nowe otwarcie. I przyniosło. Doszło do pewnej rewolucji kadrowej, polepszyły się wyniki, zaczęły wpadać medale Ligi Narodów, Polki dostały się też – po raz pierwszy od 2008 roku – na igrzyska olimpijskie.

To wszystko brzmiało bardzo dobrze. Równocześnie jednak nie szło nam na imprezach docelowych.

Reklama

Albo inaczej: cel minimum osiągnięty był zawsze. Zresztą mało brakowało, by przekroczono go na pierwszej możliwej imprezie. Na mistrzostwach świata 2022 Polki grały przecież z Serbkami pięć setów, tie-breaka przegrały 14:16. Minimalnie. Skończyło się więc ćwierćfinałem. Tak samo w 2025 roku, ale wtedy bez trudu ograły nas Włoszki. Na igrzyskach w Paryżu zrobiły to z kolei Amerykanki. A na mistrzostwach Europy w 2023 roku późniejsze mistrzynie – Turczynki.

Tak więc: cztery imprezy mistrzowskie i cztery ćwierćfinały. Do tego medale Ligi Narodów. Umościliśmy się wygodnie na tym drugim poziomie w Europie – blisko medali, blisko walki o wysokie cele, ale jednak nadal nie bezpośrednio w tej strefie. Czyli za Serbią, Turcją, Włochami, a czasem i kilkoma innymi ekipami.

Reklama

Mistrzostwa, czyli szansa. Siatkarki o tym wiedziały

Te mistrzostwa były jednak szansą.

A równocześnie nie brakowało problemów – posypała się nieco kadra, wypadło kilka ważnych zawodniczek, karierę skończyła Agnieszka Korneluk, dotychczasowa kapitanka i ściana na środku siatki. Stefano Lavarini musiał to kleić, ale też nie brakowało wątpliwości co do jego pracy – choćby ze względu na to, że Polki po raz pierwszy od dobrych kilku lat nie weszły do fazy pucharowej Ligi Narodów, a decydujący o tym mecz przegrały w naprawdę bolesny sposób.

Na mistrzostwa Europy się jednak pozbierały.

I dobrze, bo obecny format bardzo Polkom sprzyjał – do półfinału były w stanie ominąć każdą z europejskich potęg. W grupie wygrały wszystkie mecze. Gładko z Węgierkami, potem niespodziewanie miały problemy z Łotwą, świetnie zagrały za to przeciwko Słowenkom, Niemkom, a przede wszystkim – Turcji. Sugerowały, rzecz jasna, że Turczynki się nieco podłożyły, by wylądować po stronie drabinki bez Włoszek, ale to i tak był po prostu dobry mecz Polek.

Reklama

Niezły był ten też z Portugalią w 1/8 finału… choć powinien być lepszy. Było tam nieco błędów, miały Polki problemy, których mieć nie powinny. Ale wygrały w trzech setach i to trzeba im oddać. Ćwierćfinał miał być za to trudniejszy. Holandia to już bowiem ekipa o może nieco mniejszym potencjale od naszego, ale potrafiąca zagrać swoje. Jasne, w 1/8 Holenderki miały swoje problemy – niespodziewanie grały pięć setów (i to długich) ze Słowenią.

Lekceważyć ich jednak nie można było. Trzeba było zagrać swoje i wywalczyć sobie awans.

Polki to zrobiły.

Trudny mecz. Holenderki się postawiły

To nie był idealny mecz. Zresztą zaczął się źle, bo od straconych kilku punktów. Polki jednak w tym turnieju mają to do siebie, że potrafią zaliczyć gorszą serię, by szybko straty odrobić. I tak było też tym razem. Od stanu 1:4 zrobiło się nagle 6:4, a potem nasze reprezentantki poszły za ciosem i przewagę tylko powiększały. Seta wygrały po drugiej piłce meczowej, a gdyby im się to wtedy nie udało, to w zanadrzu miały jeszcze sześć. To była partia dominacji, choć początek tego nie zwiastował.

Reklama

Drugi set to jednak inna historia. Tym razem to Polki zaczęły lepiej, ale rywalki nakręcały się z każdą chwilą. Biało-Czerwone walczyły jednak dzielnie, prowadziły nawet mniej więcej w połowie partii, ale to prowadzenie roztrwoniły. Potem była gra punkt za punkt, ale ostatecznie coś u nas się zacięło. Spadły procenty ataku – zresztą pod tym względem ogółem był to słaby set – za to Holenderski doskonale pracowały w obronie. Efekt był taki, jaki musiał być – zrobiło się 1:1 w setach.

Biało-Czerwone przekonały się, że to nie będzie łatwe spotkanie. Musiały dać z siebie wszystko.

I dały. W trzecim secie prowadziły w zasadzie od początku trzema punktami. Potem ta przewaga się jeszcze powiększyła – do pięciu oczek. Stefano Lavarini wprowadził więc na parkiet Julię Szczurowską i Paulinę Damaske, by te się nieco rozruszały. Jakby Włoch przeczuwał, że przydadzą się i potem. Najpierw trzeba było jednak domknąć seta, a z tym pojawiły się niespodziewane problemy. Znowu trochę elementów się w naszej grze posypało, znowu były problemy, znowu nie wszystko wychodziło tak, jak powinno. Lavarini poprosił więc o czas i tym razem przerwa zadziałała.

Reklama

Polki ostatecznie wygrały seta dość pewnie – 25:20. I wyszły na prowadzenie.

A czwarta partia była najbardziej dramatyczna.

Challenge na wagę półfinału!

To był set wyrównany od samego początku. Żadna z reprezentacji nie była w stanie odskoczyć przez dłuższy czas. W końcu jednak udało się to Polkom. Wyszły na prowadzenie 17:14 i wydawało się, że to już przewaga, która za moment da im awans. Tymczasem ponownie – mały kryzys. Tym razem jednak rywalki z niego skorzystały. I to genialnie – zdobyły bowiem pięć punktów z rzędu, wyszły na prowadzenie i Stefano Lavarini znów był zmuszony prosić o przerwy. Ale też zmienił: znów na parkiet weszła Szczurowska, do tego też Martyna Czyrniańska.

Reklama

I te zmiany zadziałały. Szczurowska dołożyła bardzo dużo od siebie w ataku. Czyrniańska pomogła świetnymi serwisami. Polki pracowały ciężko i zdołały odwrócić losy seta. Wyszły na prowadzenie 22:21, potem był remis. A decydujący moment był dziełem… któregoś z członków naszego sztabu. Przy 22:22 przez nieporozumienie w obronie piłka wpadła nam w parkiet. Stefano Lavarini poprosił jednak o challenge, żeby sprawdzić dotknięcie siatki przez rywalki. Wyszło, że to faktycznie miało miejsce. Zrobiło się 23:22, a po chwili zadziałał nasz blok.

Dwie piłki meczowe. I obie były potrzebne, a druga okazała się tą na wagą półfinału. Mecz skończyła świetnym atakiem Paulina Damaske. Polki są w półfinale!

Reklama

W nim zagrają ze swoją zmorą – Włoszkami. Ale to nie te Włoszki, które dominowały w świecie kobiecej siatkówki przez kilka ostatnich lat, mają swoje problemy. Nikt nie zabroni więc naszym reprezentantkom marzyć o jeszcze większym sukcesie.

Polska – Holandia 3:1 (25:16, 20:25, 25:20, 25:23)

Fot. Newspix

6 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Inne sporty

Legenda broni Piesiewicza: Gdy matka nie ma jedzenia, jest skłonna kraść

Jakub Radomski
50
Legenda broni Piesiewicza: Gdy matka nie ma jedzenia, jest skłonna kraść