Ponad 30 lat temu byli drudzy na świecie. Później spadli na 86. miejsce w rankingu FIFA. Teraz reprezentacja Norwegii wraca na mundial po 28 latach. Zrobiła to spektakularnie, lejąc w trąbę Włochów. Prowadzi ją człowiek, który 25 lat temu miał atak serca, przez pięć minut był już jedną nogą na tamtym świecie. Człowiek, który w kryzysowym momencie krzyczał w szatni: „Będą na was srać, ale zatkajcie uszy!” Norwegia to nie tylko Erling Haaland i Martin Odegaard. To przede wszystkim kolektyw i zespół, który ma wielkie ambicje. – Mają szansę dostać się do półfinału – słyszymy od dziennikarza z tego kraju.
Żeby zrozumieć wyjątkowość historii, którą pisze obecna reprezentacja Norwegii, trzeba opowiedzieć o ostatnich kilkudziesięciu latach. Egil Olsen, znany jako „Drillo”, z dumą podkreśla, że zespół narodowy pod jego wodzą dwukrotnie zajmował drugie miejsce w rankingu FIFA – w 1993 i 1995 roku. Dodaje też, że w latach 1992-1997 jego Norwegia była niepokonana na swoim stadionie Ullevaal w Oslo.
Nie przegrała żadnego z 36 spotkań. Drużyna Olsena w świetnym stylu awansowała na mundial w 1994 roku, który odbywał się w USA. W grupie eliminacyjnej wyprzedziła Holandię i Anglię. Na mistrzostwach miała pecha: ograła Meksyk, przegrała z Włochami i zremisowała z Irlandią. Choć wszystkie ekipy miały po cztery punkty, to właśnie Norwegia zajęła ostatnie miejsce.
W 1994 roku Norwegia pokonała Brazylię. W 2017 roku była 86. w rankingu FIFA
„To najważniejsza chwila w norweskim sporcie!” – krzyczał pełen entuzjazmu komentator norweskiej telewizji. Był 23 czerwca 1998 roku. Marsylia, Stade Velodrome, kolejne mistrzostwa świata. Kjetil Rekdal, pomocnik i jeden z liderów tamtejszej reprezentacji, pokonał strzałem z rzutu karnego Claudio Taffarela, bramkarza brazylijskich mistrzów świata. Wszystko działo się w 89. minucie – Norwegia po golu Bebeto przegrywała z Brazylią, ale potrafiła odpowiedzieć dwiema bramkami w końcówce. Gol Rekdala dał awans do 1/8 finału. W niej zespół Olsena nieznacznie przegrał (0:1) z Włochami.

Mecz Brazylia – Norwegia na mundialu w 1998 roku.
W dokumencie Netflixa „Norwegia: Czarny Koń” Martin Odegaard, pomocnik Arsenalu i lider obecnej reprezentacji, mówi, że jako dzieciak zafascynowany piłką wychowywał się na wygranej swoich rodaków w Marsylii. A Alexander Sorloth, napastnik Atletico, dodaje, że nawet dziś zawodnicy często rozmawiają między sobą o 1994 i 1998 roku. On sam doświadczał tego tematu w domu, bo jego ojciec, Goran Sorloth, też był napastnikiem. Rozegrał 55 meczów dla drużyny narodowej, w tym jedno ze spotkań mundialu w 1994 roku.
Nikt w Norwegii nie spodziewał się, że po mundialu we Francji nastąpi taka pustka. Niby drużyna zagrała jeszcze na EURO 2000 i zdobyła cztery punkty w grupie (znów nie starczyły na awans dalej), ale tak naprawdę już wtedy rozpoczął się powolny upadek norweskiej piłki reprezentacyjnej. W eliminacjach do mundialu w 2002 roku Norwegia dwa razy przegrała z kadrą Jerzego Engela. W 2008 roku zespół nie wygrał żadnego z ośmiu spotkań. Zatrudniano różnych fachowców: Nilsa Johana Semba, Age Hareide, wreszcie Larsa Lagerbacka, który miał opinię specjalisty od awansów na duże imprezy. Do pracy z kadrą wrócił też Olsen. Ale wszystko na nic.
W 2017 roku Norwegia znalazła się na 86. miejscu w rankingu FIFA. Straszny zjazd, prawda?
Selekcjoner do zawodników: „Teraz będą na was srać! Ale zatkajcie uszy!”
Piłkarską wielkość udało się przywrócić dopiero teraz, choć to wcale nie musiało się udać, bo zrobił to człowiek, którego zwolnienia też domagali się wściekli kibice.
Szatnia, piłkarze siedzą zdołowani. Nie ma krzyków, dominuje smutek. Stale Solbakken podnosi głos. – Będą teraz na was srać! Ale zatkajcie uszy i pracujcie dalej! Najważniejsze jest dla mnie to, że nikt nie obwinia swojego kolegi. To moja odpowiedzialność. Ja prowadziłem zespół, biorę to na siebie! – przemawia do zawodników.

Stale Solbakken, trener Norwegów
Jego piłkarze właśnie przegrali u siebie 1:2 ze Szkocją, mimo że prowadzili do 89. minuty. Ten mecz, jak się później okazało, miał duży wpływ na to, że zajęli dopiero trzecie miejsce w grupie eliminacyjnej i nie weszli na EURO 2024. Wydawało się, że Norwegia wszystko kontroluje. Miała 1:0, po golu z karnego Erlinga Haalanda. W końcówce stoper Leo Ostigard zaczął mieć problemy mięśniowe. Skurcze. Zabrakło natychmiastowej reakcji. Szkoci ruszyli do przodu, właśnie Ostigard popełnił błąd, wynikający z bólu mięśni, i padł gol, który uciszył całe Ullevaal. A później jeszcze kolejny.
– Będę płakał w hotelu – mówił załamany obrońca. Solbakken, prowadzący kadrę od 2020 roku, przyszedł na konferencję prasową i oczywiście zaczęła się „jazda”. Wiedział, że dziennikarze będą chcieć jego zwolnienia, podobnie jak zdecydowana większość kibiców. Zachował względny spokój. Lise Klaveness, była piłkarka, a teraz prezeska norweskiej federacji, tak wspomina tamten moment w dokumencie Netflixa: – Wiedziałam, że dam mu szansę, by dokończył ten projekt. A jeżeli byłoby trzeba, byłam gotowa ustąpić razem z nim.
Solbakken pozostał na stanowisku. I w kolejnych eliminacjach stworzył piłkarskiego potwora.
Trener Norwegów przez pięć minut był martwy. „Dostałem żółte światło”
Osiem meczów i osiem wygranych. Bilans bramkowy 37:5. Wygrana 11:1 u siebie z Mołdawią, w meczu, w którym Norwegowie mieli świadomość, że ważny staje się bilans bramkowy i odważnie szli po kolejne gole. Aż 16 (!) goli w ośmiu spotkaniach Haalanda, gwiazdy Manchesteru City. No i to zdeklasowanie Włochów i to dwukrotne. Gdy Norwegowie po dwóch pierwszych zwycięstwach podejmowali na Ullevaal Italię, bano się tego spotkania. Włosi byli przez lata piłkarskim nemesis, zwłaszcza na wielkich turniejach.
1936 rok, półfinał igrzysk olimpijskich w Berlinie – 2:1 dla Włoch. Spotkanie mistrzostw świata z 1938 roku – też 2:1, znów po dogrywce. Na mundialu w 1994 roku Norwegia uległa Italii 0:1 w grupie. We Francji w 1998 roku w takim samym stosunku przegrała z nią w 1/8 finału.
Solbakken w szatni spojrzał na Haalanda, Sorlotha i Antonio Nusę, 21-letniego skrzydłowego RB Lipsk. – Macie terroryzować włoskich obrońców! – krzyknął w ich stronę. I w Oslo już do przerwy było 3:0. Nusa najpierw miał asystę, później zdobył bramkę. Mówił po meczu, że był ekstremalnie skupiony i czuł się jak człowiek odcięty od pozapiłkarskiego świata. Trzecią bramkę dołożył Haaland. Wynik utrzymał się do końca.
Rewanż na San Siro nastąpił w ostatniej kolejce. Norwegia musiała po prostu nie przegrać wyjątkowo wysoko. Włosi prowadzili 1:0, byli lepsi, ale Solbakken w przerwie zachowywał spokój. Apelował o odwagę, ambicję. Jego drużynie pomógł… Włoch, Gianluca Mancini, który w pewnym momencie złapał Haalanda za tyłek. Typowo włoska prowokacja. W pierwszej chwili wyprowadził napastnika z równowagi, ale na dłuższą metę tylko go zmotywował. Efekt? Norwegia ruszyła do przodu od początku drugiej połowy i wbiła Włochom aż cztery gole. Haaland trafił dwukrotnie w ciągu dwóch minut. „Nigdy nie sądziłem, że czegoś takiego dożyję!” – krzyczał komentator norweskiej telewizji po zwycięstwie 4:1 w świątyni futbolu.

Norwegowie fetują awans na San Siro
Jak Solbakkenowi udało się tak odmienić zespół? – To typ urodzonego zwycięzcy. Człowiek, który nigdy się nie poddaje i wie, czego chce. Ma konkretne wymagania, jeśli chodzi o zawodników. Udało mu się zbudować świetną grupę, zjednoczyć ją, a wyniki dodatkowo to napędzały. Oglądałem niedawno inny dokument, w którym jeden z naszych piłkarzy mówi: „Grając dla reprezentacji, mam niezwykłe poczucie drużynowości. Kiedy wygrywamy, przepełnia mnie wyjątkowe szczęście”. To kwestia ducha drużyny, który stworzył Solbakken – mówi w rozmowie z Weszło norweski dziennikarz, Gisle Jorgensen.
Selekcjoner Norwegów sam był dobrym piłkarzem, choć nie na tyle, by w tłustych latach stać się czołową postacią kadry. Kiedy Norwegia grała w Marsylii z Brazylią, siedział na ławce, ale to on miał zasugerować Olsenowi, że może warto wprowadzić na boisko Josteina Flo. „Drillo” dokonał właśnie takiej zmiany w 79. minucie, tuż po golu Bebeto, i później już tylko jego drużyna trafiała do siatki.
W marcu 2001 roku Solbakken był zawodnikiem FC Kopenhagi. Podczas treningu miał atak serca. Jego szczęście polegało na tym, że na zajęciach akurat był lekarz, który interweniował od razu. Sytuacja była dramatyczna, nastąpiło zatrzymanie krążenia. Norwescy dziennikarze relacjonowali, że Solbakken przez pięć minut praktycznie był martwy. Elektrowstrząsy przywróciły mu życie, obudził się po 30 godzinach. W dokumencie Netflixa o tamtych zdarzeniach opowiada jego żona. Opisuje, że na początku wydawało jej się, że nie stało się nic poważnego. Sądziła, że mąż po prostu dostał piłką. Dopiero gdy pojechała do szpitala, usłyszała od lekarzy: „Trzeba mieć nadzieję, że w ogóle się obudzi. I że wróci mu pamięć”.
Musiał pogodzić się w nową sytuacją. Był zmuszony zakończyć karierę w wieku 33 lat, szybciej niż chciał. Mówił, że nie jest łatwo w jednej chwili z zawodowego piłkarza stać się pacjentem kardiologii. Była też konferencja: mocna, wzruszająca. – Są różne światła: zielone, żółte i czerwone. Ja właśnie dostałem żółte. Zrozumiałem, że muszę się zatrzymać. Odebrano mi futbol, ale jakoś sobie poradzę – mówił ze łzami w oczach.
Reprezentacja Norwegii Stale Solbakkena to nie tylko Erling Haaland i Martin Odegaard
Rok po dramatycznej walce o życie rozpoczął pracę jako trener. Dziś jest z zespołem narodowym na mistrzostwach świata. W Norwegii mówi się, że Solbakkena cechuje obsesyjna chęć wygrywania, ale też elastyczność. Że wie, jak w danych momentach podejść do zawodników. Gdy Norwegia demolowała 11:1 Mołdawię u siebie, do przerwy było 5:0. Solbakken, zamiast śmiać się i bić brawo, opierniczał w szatni Nusę i lewego obrońcę Davida Mollera Wolfe. Poszedł jednoznaczny przekaz: „Nie możemy spocząć na laurach. Trzeba dalej naciskać i iść po kolejne gole”. Kiedy jego zespół pokonał Izrael, a mecz był trudny mentalnie, ze względu na otoczkę polityczną, pytania o to na konferencjach i propalestyńskie protesty obok stadionu, pozwolił piłkarzom poimprezować i już w autobusie polało się piwo.
Dziś w kontekście Norwegii najwięcej oczywiście mówi się o Haalandzie, zdaniem wielu najlepszym środkowym napastniku świata. O chłopaku, który w 2017 roku trafił do Molde z małego Bryne, gdzie zajadał się pylsą, czyli tłustą kulą mięsną w bułce, a jako 15-latek spadł z drugiej ligi. Jego początki opisał w tym reportażu Szymon Janczyk. Później było Molde, z którego Haaland poszedł w coraz większy piłkarski świat. Gwiazda numer dwa to Odegaard – kiedyś uznawany za cudowne dziecko norweskiej piłki, ale nie przebił się jako młody chłopak w Realu Madryt. Wypożyczany do różnych klubów, odnalazł się w Arsenalu. Ma za sobą bardzo udany sezon, choć przez długi czas leczył kontuzję. Bardzo przeżywał mecze eliminacyjne reprezentacji Norwegii, gdy mógł je jedynie oglądać z trybun.

Haaland w sparingu z Marokiem (1:1)
Ale dzisiejsza Norwegia to nie tylko ta dwójka i Sorloth. – W środku gra Sander Berge z Fulham. To według mnie najbardziej niedoceniany zawodnik obecnej reprezentacji. Berge jest jak Rolls-Royce w drugiej linii. Ma olbrzymią jakość i jest przy tym urodzonym liderem – mówił mi kilka miesięcy temu, gdy pisałem inny tekst o Norwegach, dziennikarz z tego kraju, Kasper Vikestad.
A Mats Jacobsen Arntzen, dziennikarz VG Sporten, zwracał uwagę na Nusę. – Od kilku lat wiedzieliśmy w Norwegii, jak wiele potrafi. Teraz zaczyna to dostrzegać cała Europa. Jeżeli wszystko będzie toczyło się u niego właściwie, odejdzie wkrótce z Lipska do jeszcze lepszego klubu – oceniał.
Ciekawym piłkarzem jest Jens Petter Hauge, który fantastycznie prezentował się w Lidze Mistrzów w barwach rodzimego FK Bodo/Glimt. Jego powołanie na mundial nie wydawało się pewne, ale znalazł się w kadrze. Solbakken uważa go za piłkarza trochę nierównego, ale jednocześnie bardzo przydatnego w meczach, w których trzeba mocniej postawić na kontrataki.
Paweł Smoliński jest twórcą Taktycznego Niezbędnika Kibica na mundial. Opisał, jak grają w piłkę wszyscy finaliści mistrzostw świata, a efekty jego pracy można znaleźć na stronie TVP Sport. W przypadku Norwegów zwraca uwagę na kilka rzeczy: mają wysokie posiadanie piłki, stosując jednocześnie raczej niski pressing. Z innych uczestników mundialu podobnie gra tylko Turcja. Nusa bardzo często drybluje, a Odegaard, który dostaje na boisku dużo swobody, ma wiele podań przeszywających przeciwnika. Norwegia stosuje też kilka schematów. Pierwszy – Nusa, wykorzystujący obieg lewego obrońcy, ścinający do środka i oddający strzał lub wrzucający piłkę na Haalanda albo Sorlotha. Ciekawe jest to, że Solbakken ustawia napastnika Atletico na prawym skrzydle, co może się wydawać głupie i szkodliwe dla zespołu, ale w jego ekipie z reguły działa.
I drugi schemat: po odebraniu piłki na własnej połowie ta trafia jak najszybciej do Haalanda czy Sorlotha. Jeden z nich przyjmuje ją z rywalem na plecach i napędza atak. Często napastnik w tym momencie szuka Odegaarda, a ten w wielu przypadkach zagrywa na lewą stronę do Nusy. I przeciwnik ma problem.
Norwegii zabrakło Szczęścia w losowaniu. „Najlepsza drużyna z Europy i najlepsza z Afryki”
W losowaniu grup Norwegia nie miała szczęścia. Trafiła na Francję, Senegal i Irak, który przed mundialem mógł się podobać, przede wszystkim taktycznie, w sparingu z Hiszpanią (1:1). Legendarny „Drillo” Olsen nie ukrywa, że boi się i Francji, i Senegalu.
– Mamy w grupie prawdopodobnie najlepszą drużynę z Europy i najlepszą afrykańską. Jeżeli np. zajmiemy drugie miejsce, w 1/16 finału może czekać Wybrzeże Kości Słoniowej, a w 1/8 finału Brazylia. Tak wynika z drabinki. Ale ja uważam, że to dobrze, że szybko trafiamy na takich przeciwnkików. Zespół wpadnie w odpowiedni rytm. Poza tym Norwegia ma zawodników, którzy potrafią błyszczeć przeciwko wielkim rywalom. Sorloth w Hiszpanii bardzo dobrze radził sobie w spotkaniach z Barceloną i Realem. No i weź pod uwagę, jak nasze największe gwiazdy wypadły w meczach z Włochami – ocenia Jorgensen.
Dużo mówi się o sile Norwegów, a jakie są słabości drużyny Solbakkena? Jorgensen wskazuje dwie. – Naszym środkowym obrońcom nieco brakuje szybkości. Są momenty, gdy również w środku pola jest za mało tempa. Pamiętajmy też, że żaden z reprezentantów Norwegii nie grał w mistrzostwach świata czy mistrzostwach Europy. Kiedy kadra ostatni raz występowała w mundialu, wielu z tych piłkarzy nawet nie było na świecie. A jeśli chcesz wygrać mistrzostwa, potrzebujesz doświadczenia – tłumaczy dziennikarz.
Zaskoczyć mógł też ostatni sparing Norwegii przed mundialem, zremisowany 1:1 z Marokiem. W pierwszej połowie drużyna z Afryki błyskawicznymi wypadami co chwilę tworzyła zagrożenie pod norweską bramką. Zawodnicy Solbakkena mieli olbrzymi problem z wracaniem w porę i zabezpieczaniem linii obrony. Widać było to, o czym mówi nasz rozmówca – brak szybkości stoperów. Kiepsko wypadł też Sorloth.
Jorgensen: – Zaskoczyli nas szybkością i pressingiem. Pamiętajmy jednak, że Maroko doszło do półfinału ostatniego mundialu. Nie czuję jakiegoś zaniepokojenia po tym meczu: to był wartościowy sprawdzian, w pierwszej połowie nasza drużyna miała problemy, ale w drugiej była już lepsza. We wcześniejszym meczu w dobrym stylu pokonaliśmy Szwedów, a nasza druga połowa na San Siro była kosmiczna. Nie martwimy się jednym spotkaniem. Powinno się patrzeć na grę Norwegii w szerszej perspektywie.

Norwegia przed sparingiem z Marokiem
Po wygranej w Mediolanie i awansie na mundial reprezentacja Norwegii udała się do ratusza w Oslo. Był poniedziałek, zimno, mróz. Piłkarze byli w szoku, że wokół budynku zebrało się 50 tys. ludzi. Część dopiero wtedy zrozumiała, jak bardzo zainspirowała cały naród.
„Czy Norwegia wygra mistrzostwa świata”?! – pytał podczas świętowania awansu na mundial prowadzący imprezę w Oslo. „Tak!!!” – odpowiedział bez wahania 50-tysięczny tłum. To samo pytanie pada pod koniec dokumentu Netflixa. Nie należy traktować go dosłownie, to trochę figura retoryczna. Kierownik reprezentacji odpowiada, że ma nadzieję, że tak właśnie się stanie. Brede Hengeland, były środkowy obrońca, a obecnie członek sztabu reprezentacji, odpowiada: „Cóż, teoretycznie jest to możliwe, ale będzie bardzo trudne”. Żona Solbakkena stwierdza, że raczej tak się nie stanie. A komentator meczów norweskiej kadry mówi: „Ta drużyna jest zdolna do wielkich rzeczy”.
– Możliwe, że okażemy się czarnym koniem mundialu. Mamy gwiazdy i dość jasną wyjściową jedenastkę, a jeżeli zespół ma jakiś problem, na ławce są dwaj piłkarze – Andreas Schjelderup i Oscar Bopp – którzy po wejściu mogą wygrać pojedynek, wykreować okazję i odmienić losy spotkania. Ten zespół spokojnie może osiągnąć ćwierćfinał, a nawet dostać się do najlepszej czwórki – kończy Jorgensen w rozmowie z Weszło.
JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl