Mówili, że będzie fajnie, że będzie hit, że spotkają się dwie wielkie marki z czołówki tabeli i będzie się działo. Jedni mieli okazję przynajmniej na kilkanaście godzin wskoczyć na fotel lidera, a drudzy mocno skrócić dystans do najlepszej dwójki. Zostaliśmy jednak perfidnie okłamani i oszukani. Co to był za paździerz. ZERO celnych strzałów przez 100 minut gry. Tak, nawet nie zero goli, a ZERO celnych strzałów.
Wszyscy, którzy obejrzeli to wątpliwej jakości widowisko powinni dostać rekompensatę za szkody wyrządzone na psychice. Żal nam też obu bramkarzy. W jakim celu oni stali tam przez te 90 minut? Tylko niepotrzebnie zmarzli. Mogli im przynajmniej przynieść jakieś krzesełko, przekąski i ciepłą herbatę. Otto Hindrich to czasami musiał wyjść do jakiejś centry albo rzucić się dla picu, ale jakby w pomarańczowy kostium Philippa Schulze ubrać losowego kibica raczej nikt by się nawet nie zorientował.
Górnik Zabrze – Legia Warszawa 0:0. Wybitny paździerz, a nie hit kolejki
Górnik przynajmniej próbował. Szło mu mocno opornie, ale jakieś akcje starał się tworzyć. Było ich jednak o wiele za mało. Gdy Janis Antiste dostał ciekawe podanie, to zamiast uderzać głową wyszło mu jakieś pokraczne zagranie barkiem. Dwa razy dobrze kolegów wypatrzył Peter Federico, jednak albo Jarosław Kubicki uderzył minimalnie obok bramki, albo Erik Prekop posłał piłkę gdzieś w okolice katowickiego Spodka. Mieliśmy jeszcze huknięcie w poprzeczkę Ondreja Zmrzly’ego.
Wpadnie dziś coś w Zabrzu? 👀
Póki co taktyczne szachy, ale Ondřej Zmrzlý trafił w poprzeczkę 🔥⚽
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/Khg2yEVJUo https://t.co/214xr3unoW
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) October 30, 2026
Tak jednak zbierając w całość, było tego o wiele, wiele za mało. I tu warto docenić Legię, bo co by nie mówić, to bardzo dobrze neutralizowała próby rywala. Jej cel był jasny – nie stracić gola i to udało się zrealizować. Jakkolwiek Górnik nie próbowałby się przedzierać, to miejsca tam nie było.
Problem w tym, że zdobycie bramki było dla zespołu Marka Papszuna misją trzecioplanową. Jeśli się uda, to wiadomo, fajnie, ale jeśli nie, to nie nic za wszelką cenę. Właściwie ciężko powiedzieć cokolwiek więcej o ofensywie Wojskowych, bo ona najzwyczajniej w świecie nie istniała. Cztery strzały, zero celnych przez 90 minut to jest wynik naprawdę wstydliwy.
Rozumiemy pragmatyczny styl gry, trudny teren, starcie z jednym z kandydatów do mistrzostwa Polski, ale tym razem to naprawdę była przesada. Legia grała jak drugoligowiec w pucharze, który chce dotrwać do karnych i w nich wywalczyć awans do kolejnej rundy. Mówimy jednak o zespole, który przynajmniej aspiruje do ligowej czołówki i wielkość klubu do czegoś zobowiązuje.
Goście mogliby przynajmniej poudawać, zrobić cokolwiek, jakiś jeden atak albo dwa, a tu nic. Kompletnie nic. Żadnego nawet zalążka czegokolwiek.
Za taki paździerz jedynym sprawiedliwym wynikiem byłoby przyznanie im tyle samo punktów, co celnych strzałów – zero. Przy okazji obie strony powinny złożyć się na zadośćuczynienie dla wszystkich, którzy w piątkowy wieczór zamiast przyjemnie odpocząć po całym tygodniu byli torturowani takim wyrobem meczopodobnym.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix