Grande Lazio! Banda Gattuso złoiła Juventus jak juniorów

Patryk Idasiak

18 października 2026, 22:58 • 5 min czytania 0

Reklama
Grande Lazio! Banda Gattuso złoiła Juventus jak juniorów

To był wielki test dla świetnie spisującego się Lazio. Okazało się jednak, że pytania były łatwe, a uczeń przygotował się dokładnie z tych zagadnień, które padły później w pytaniach i zdobył maksymalną liczbe punktów. Lazio zmiażdżyło Juventus taktycznie i było do tego zabójczo skuteczne. Piłkarzy Starej Damy żegnały bardzo głośne gwizdy na Allianz Stadium. Gwizdy za to, że grali po prostu koszmarnie. 

Reklama

Na ławce Juventusu nie znalazł się Luciano Spalletti. Było to pokłosiem czerwonej kartki, którą włoski szkoleniowiec otrzymał po końcowym gwizdku meczu z Cagliari. Mocno spiął się tam z trenerem rywali – Fabio Pisacane. Zespół prowadził Marco Domenichini.

Po drugiej stronie stanął Gennaro Gattuso, za którym przecież wstydliwy okres w reprezentacji Włoch. Jego kandydatura na to stanowisko była przyjmowana z politowaniem, nikt tu nie wierzył w szanse powodzenia. Do tego dochodził kryzys finansowy i bunt kibiców przeciwko właścicielowi – Claudio Lotito. A tymczasem do starcia z Juve przystępowali z bilansem 5-1-0.

Niewiele się działo, ale i tak w pierwszej połowie coś wpadło do siatki

Nie było to w pierwszej części gry porywające widowisko. Lazio chciało zaskoczyć. Piłkarze Gennaro Gattuso zaczęli z wielkim animuszem, podchodzili wysoko, byli mocno nakręceni. Już po dwóch minutach Guglielmo Vicario musiał wyłapać piłkę dograną z lewej strony przez Nuno Tavaresa.

Po drugiej stronie irytujący był Nicolas Gonzalez. Gdyby piłka nie odbiła mu się od sęka, to byłaby z tego świetna okazja jeszcze przy stanie 0:0. Nie wiedział do końca jak ma uderzać i nie zrobił tego wcale. Kolo Muani był za to aktywny, ale dużo lepiej mu szło, kiedy trzeba było rywala wymanewrować i spróbować podać do kolegi, niż finalizować coś samemu.

Reklama

Sporo było walki, dośrodkowań, tempo mogło się podobać, ale brakowało jednego – jakichkolwiek okazji. Juventus strzelił co prawda gola, ale po ewidentnym spalonym Kolo Muaniego. Wreszcie bardziej zaatakowało Lazio. Gustav Isaksen pomylił się przy strzale z główki, a miał mnóstwo miejsca i czasu. Może i nawet za dużo. Po prostu źle przycelował.

Lazio ewidentnie grało aktywniej swoją lewą stroną, stamtąd posyłało centry. No i kilka minut po strzale Isaksena Oliver Provstgaard pokazał, jak się strzela z główki. Przeskoczył Bremera i dał prowadzenie gościom. Piłka oczywiście przywędrowała z lewej strony – na nos dograł kapitan Mattia Zaccagni, o którym też mówiło się przecież, że być może jego czas w Lazio się skończył. Rok temu miał tylko jedną asystę w Serie A, teraz ma już trzy.

Reklama

Niewiele brakło, a Lazio prowadziłoby do przerwy nawet dwiema bramkami. Tavares w zasadzie nie wiadomo czy wrzucał słabszą nogą, czy oddał taki rozpaczliwy strzał, a tu rykoszet od Bremera sprawił, że piłka spadła za kołnierz Vicario i wylądowała na poprzeczce. Realizator wyłapał wtedy uśmiechnięte miny rezerwowych zawodników, a my przypomnieliśmy sobie, że istnieje taki piłkarz jak Adrian Przyborek, bo też tam siedział zadowolony.

Nie nazwalibyśmy jednak pierwszej połowy ofensywnym popisem. Dwa strzały celne (po jednym z każdej strony) to było wszystko.

Lazio postanowiło zniszczyć Juventus. I było to łatwe

Marco Domenichini zdjął w przerwie z boiska bezbarwnego Alajbegovicia, a w jego miejsce wszedł Nick Woltemade i bardzo szybko zrobił więcej od młodego Bośniaka (co nie znaczy, że dużo). Najpierw się zaplątał, gdy było obok niego czterech obrońców, a później zmarnował bardzo dobrą szansę, którą wypracował mu Kolo Muani, robiąc rajd niczym typowy skrzydłowy. Tę piłkę można było oczami wyobraźni już zobaczyć w siatce.

Ale później oprócz tego… nic. Naprawdę nic. No chyba, że wliczymy godny pożałowania strzał Nico Gonzaleza. A skoro Juventus nie miał pojęcia jak grać, to Lazio mogło to wszystko spokojnie kontrolować. Josip Sutalo co chwilę notował kolejne udane wybicia, dojechał z tą statystyką do dwucyfrowej liczby. Gospodarze byli beznadziejni, te ich ataki to naprawdę… jakby dwa ślimaki podawały na ulicy między sobą mały kamyk.

Reklama

Bez jakiegokolwiek pomysłu czy nawet zagrożenia po stałym fragmencie. Jeśli już, to byli łapani na kolejne ofsajdy – w niepilnowaniu pozycji brylował Kolo Muani, ale za to punktów nikt nie daje.

Stara Dama była tak cienka, że pewnie skończyłoby się to spokojnym dojechaniem do końcowego gwizdka z jednobramkowym prowadzeniem Lazio, gdyby nie chciało im się więcej strzelać po indywidualnych akcjach. Isaksen może z głowy nie trafił, ale kiedy miał piłkę na lewej nodze, to zapakował ją dokładnie tam, gdzie chciał. Naprawdę ogromną robotę wykonał Romano Floriani, który sunął na obieg. Przez niego kompletnie zgłupiał Zeki Celik, bo nie wiedział kogo ma pilnować. Duńczyk z tego skorzystał i uderzył precyzyjnie po dalszym słupku.

Reklama

Gdyby Isaksen był obrońcą, to po takim występie każdy by go krytykował. Zmarnował świetną szansę, przegrał wszystkie (!) bezpośrednie pojedynki, bardzo często tracił piłkę. Tylko co z tego, skoro wystarczył jeden moment geniuszu. Ofensywni zawodnicy po prostu mają łatwiej. Możesz grać kaszanę przez 70 minut, a później ładujesz po długim i kończysz rywala.

Kończysz? Niekoniecznie, bo było jeszcze gorzej. W końcówce jeszcze przypomniał się fanom Serie A Fisayo Dele-Bashiru, który od sierpnia leczył kontuzję i wrócił dopiero na mecz z Monzą. Wjechał w pole karne jak w masło, minął Bremera zupełnie jak jakiegoś amatora, a nie swego czasu jednego z najlepszych ligowych obrońców. Po prostu obok niego przebiegł.

Reklama

Kibice na Allianz Stadium zaczęli masowo gwizdać. Juventus został zdeklasowany, nie stworzył ani jednej szansy zaklasyfikowanej przez statystyki jako „wielka”. Nie miał żadnego lidera, który by się wyróżniał. Wszyscy wpasowali się w przeciętniactwo. A Lazio? Do bólu kliniczne. Trzy celne strzały zakończyły się trzema trafieniami. To się nazywa skuteczność.

Juventus – Lazio 0:3

  • 37′ Provstgaard – 0:1
  • 66′ Isaksen – 0:2
  • 89′ Dele-Bashiru – 0:3

Fot. Newspix

0 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Festiwal pięknych goli na Bernabeu. Real wypunktował Sevillę

Jan Broda
0
Festiwal pięknych goli na Bernabeu. Real wypunktował Sevillę

Piłka nożna

Reklama
La Liga

Festiwal pięknych goli na Bernabeu. Real wypunktował Sevillę

Jan Broda
0
Festiwal pięknych goli na Bernabeu. Real wypunktował Sevillę