Maja Chwalińska w genialnym stylu! Pokonała mistrzynię olimpijską

Sebastian Warzecha

25 maja 2026, 12:48 • 5 min czytania 7

Reklama
Maja Chwalińska w genialnym stylu! Pokonała mistrzynię olimpijską

Najlepszy mecz w karierze? Możliwe. Maja Chwalińska w znakomitym stylu rozpoczęła zmagania w głównej drabince French Open. Polka w dwóch setach pokonała mistrzynię olimpijską, Qinwen Zheng! To dla niej drugi w karierze wygrany mecz w wielkoszlemowym turnieju głównym. I możliwe, że ta wygrana da jej w dodatku awans do najlepszej setki rankingu. Wspaniały to dzień dla Chwalińskiej, bez wątpienia.

Reklama

Maja Chwalińska z wielką wygraną! Qinwen Zheng ograna

Maja Chwalińska? Wielki talent w czasach juniorskich, właściwie można by rzec, że równy, a może i nieco większy od tego, jakim dysponuje jej rówieśniczka – Iga Świątek. Tyle że Iga urosła, a Maja niekoniecznie. I dziś jest niska jak na tenisistkę. Do tego przez lata nie rozpieszczało jej zdrowie, co chwila przerywając lepsze okresy urazami. Dlatego Chwalińska patrzyła jak jej dobra koleżanka wygrywa wielkie turnieje, a ona sama walczyła… i nadal walczy.

O wejście do najlepszej setki rankingu WTA. O nie triumfy, a awanse do turniejów wielkoszlemowych. O kolejne mniejsze lub większe sukcesy.

Na Roland Garros się udało. Maja w znakomitym stylu przeszła kwalifikacje, nie tracąc nawet seta. W rankingu live przesunęła się dzięki temu na najwyższą w karierze pozycję, choć nieco rywalek z tyłu też gotowych było (i jest) jeszcze zaatakować. Przede wszystkim jednak: po prostu dostała się do turnieju głównego. Po raz trzeci w karierze. Jej wielkoszlemowy debiut to Wimbledon 2022, awansowała wtedy nawet do drugiej rundy, ale akurat za tę konkretną edycję nie przyznawano punktów.

Reklama

Potem udało się jeszcze na ubiegłorocznym Australian Open, gdzie jednak meczu w turnieju głównym nie wygrała. Na kolejną taką okazję Maja musiała czekać ponad rok. Nie dziwi jednak, że w Paryżu się udało, bo przed francuskim turniejem Chwalińska prezentowała się bardzo dobrze – w portugalskim Oeiras odniosła przecież największy sukces w karierze, wygrywając turniej rangi WTA 125 (pośredni pomiędzy tourem a imprezami ITF). Inna sprawa, że w Parmie, bezpośrednio przed Paryżem, poddała mecz po pierwszym secie, bo znów odezwały się problemy.

Dlatego te wygrane – i to w tak dobrym stylu – kwalifikacje, bardzo cieszyły. Mniej cieszyło losowanie… choć dawało nadzieje.

Rywalka? Po przejściach

Qinwen Zheng to w końcu mistrzyni olimpijska, właśnie z tych kortów. To ona pokonała wtedy w półfinale igrzysk Igę Świątek i potem sięgnęła po złoto. W samym French Open nie osiągała jeszcze takich sukcesów, choć była w Paryżu w ćwierćfinale i to w zeszłym roku. Najlepszy wynik wielkoszlemowy? Wiadomo, Australian Open 2024, gdy przegrała finał przeciwko Arynie Sabalence. Zheng w każdym razie wydawała się kandydatką do wielkich rzeczy i część z nich już zrobiła.

W zeszłym roku przeszła jednak operację łokcia, wymuszoną przez uraz. Nie było jej w tourze kilka miesięcy, wróciła, ale potem ponownie musiała zrobić sobie przerwę – ominęła między innymi tegoroczne Australian Open.

Reklama

Do Roland Garros przystąpiła więc jako tenisistka spoza czołowej „50” rankingu WTA. W teorii więc Maja Chwalińska trafiała źle, bo na tenisistkę utytułowaną, potrafiącą grać piłką szybką, ale i technicznie, ciekawie, mieszać zagraniami. W praktyce? Trudno było powiedzieć, co Chinka może na korcie zaprezentować. Trzeba było poczekać, przekonać się. Można było mieć jednak nadzieję, że będzie to mecz, który okaże się szansą dla Mai Chwalińskiej na największe zwycięstwo w jej karierze.

Bo do tej pory był nim triumf z grudnia 2024 nad 68. w rankingu WTA Mayar Sherif. Qinwen przed French Open była notowana o 12 pozycji wyżej.

Wielka Maja Chwalińska!

Zheng ma wiele atutów, które mogły – a nawet powinny – utrudnić zadanie Polce. Jest wysoka, dobrze serwuje, potrafi przyspieszać grę. Tym razem w strategii dodała do tego jeszcze wysokie, podnoszone piłki, które miały sprawić, że Chwalińska – jako się rzekło: niska – będzie odgrywać krótsze piłki, z których Qinwen będzie mogła atakować. Ale wiecie, co mają zawodniczki, którym warunki fizyczne nie pozwalają grać siłowo?

Wielki, ogromny tenisowy spryt.

Reklama

Maja w pierwszej rundzie pokazała swoje możliwości. Genialnie grała kombinacyjnie. Nie bała się tych wysokich piłek, odgrywała podobnie. Czekała na krótsze piłki, zaproszenia do ataku. Do tego karciła Qinwen skrótami, „kazała” jej biegać po korcie, zaskakiwała kierunkami. Zheng też pomagała – często się myliła, czasem za sprawą zagrań Chwalińskiej, czasem sama z siebie. Wyszło z tego przełamanie… które jednak w końcu Chwalińska straciła. Jej serwis i tak był jednak bardzo pozytywną stroną jej tenisa, a to przecież wcale nie tak oczywiste.

Dość napisać, że ten odrobiony przez Zheng break był jedynym przełamaniem, jakie zanotowała Chinka w tym spotkaniu. A Maja zaliczyła ich pięć. Grała Chwalińska konsekwentnie, długą piłką, szukając linii i rotacji. Świetnie operowała topspinem, nie bała się najść na krótsze zagrania, zaatakować choćby z powietrza. Do tego dokładała tę swoją przepiękną technikę. I utrzymywała nerwy na wodzy. Dlatego, gdy podanie straciła, niedługo potem znowu przełamała rywalkę.

Wygrywając tym samym seta.

Reklama

A druga partia… to już w sumie zupełny brak historii. Maja wygrała ją do zera! Zheng im dalej w tego seta, tym bardziej była rozbita. Doskwierał też jej jakiś problem zdrowotny, poprosiła w pewnym momencie o interwencję fizjoterapeutki. Ta nie pomogła, Chwalińska bowiem nadal robiła swoje, a Chinka mogła tylko zastanawiać się, jak to możliwe, że ta niewielka Polka gra tak fantastycznie. Usilnie pewnie też myślała, jak sobie z nią poradzić, ale po prostu nie była w stanie.

Chwalińska zagrała jeden z najlepszych meczów w karierze. I możliwe, że to mecz, który da jej miejsce w najlepszej setce rankingu WTA. Żeby się przekonać, czy tak będzie, musimy poczekać do końca tego turnieju.

Ale jeśli tak – to Maja w pełni na to zasłużyła.

Reklama

Maja Chwalińska – Qinwen Zheng 6:4, 6:0

Fot. Newspix

7 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama