Zmarzlik na podium w Pradze. Sensacyjny zwycięzca!

Sebastian Warzecha

23 maja 2026, 22:05 • 3 min czytania 4

Reklama
Zmarzlik na podium w Pradze. Sensacyjny zwycięzca!

Bartosz Zmarzlik po raz drugi w tym sezonie jechał w finale żużlowego Grand Prix, ale też po raz drugi nie zdołał zawodów wygrać. Dziś w Pradze najlepszy okazał się bowiem – zupełnie niespodziewanie – Leon Madsen.

Reklama

Bartosz Zmarzlik trzeci w Pradze

Tegoroczne żużlowe Grand Prix musi lubić niespodziewanych zwycięzców. W końcu na inaugurację sezonu, w niemieckim Landshut, triumfował Kacper Woryna przed Danielem Bewleyem i Bartoszem Zmarzlikiem. W Pradze, gdzie dziś jechali najlepsi żużlowcy, wiadomym było, że takie podium się nie powtórzy – Bewley bowiem doznał niedawno w czasie meczu ligowego złamania kości udowej. Woryna i Zmarzlik jednak w Pradze jechali, podobnie jak Patryk Dudek i Dominik Kubera.

Polscy fani mieli więc kogo dopingować.

W Pradze to też – wiadomo – ściganie historyczne. Zawody odbywają się tam nieprzerwanie od 1997 roku. Trzykrotnie w ich historii zapisał się najlepiej, jak tylko mógł, Bartosz Zmarzlik. Polak w stolicy Czech bowiem lubi jeździć i udowadniał to już nie raz. Stąd można było liczyć, że i tym razem swoje osiągnie. Początek też zresztą sugerował, że to możliwe – w premierowej serii Zmarzlik wygrał swój bieg, ale zrobili to też Dudek i Kubera. Jedynie Woryna stracił punkt, ale tylko jeden. Genialnie więc jechali Polacy… ale do czasu.

Bo im dalej w Grand Prix, tym gorzej radził sobie Dudek, który ostatecznie nie wszedł zresztą przez gorszą postawę w kolejnych biegach nawet do półfinału. Kubera i Woryna się tam znaleźli, Zmarzlik z kolei awansował bezpośrednio do biegu finałowego i mógł spokojnie obserwować to, co zrobią jego rywale.

Reklama

A w półfinałach nieco się działo – w pierwszym upadł Max Fricke. Sam, bez niczyjej pomocy, więc bieg powtórzono już bez niego. W nim najlepszy okazał się Brady Kurtz, który (po raz drugi zresztą) wygrał start, po czym pewnie pognał do mety na pierwszej pozycji. W drugim półfinale rywalizowali obaj Polacy, ale niestety żadnemu z nich nie udało się wejść do najlepszej czwórki. Pokonał ich Michael Jepsen Jensen, którym tym samym uzupełnił stawkę finalistów.

W rywalizacji o wygraną liczyliśmy, wiadomo, na triumf Bartosza Zmarzlika. Na ten zresztą trochę już czekamy, a to przecież potencjalnie okrągła, 30. wygrana. Zmarzlikowi nie udał się jednak start i szybko okazało się, że walczyć może co najwyżej o podium. I walczył. Na dystansie spadł w pewnym momencie na czwarte miejsce, ale gdy już wydawało się, że więcej nie osiągnie, to dosłownie na kresce wyrwał podium Jepsenowi Jensenowi. Przed nim to samo – ale z pierwszym miejscem – próbował zrobić Brady Kurtz, który gonił znakomitego dziś Leona Madsena.

Reklama

Jemu się jednak nie udało, a Madsen w efekcie sensacyjnie w Pradze triumfował, po czym padł na kolana. W wywiadzie mówił potem, że ma za sobą trudne chwile, że gdy jechał z przodu, to czuł się z tym dziwnie, bo nie przyzwyczaił się do takiego stanu rzeczy, nie do końca też wiedział, co robić.

Ostatecznie jednak wygrał. A my musimy zadowolić się drugim z rzędu trzecim miejscem Bartosza Zmarzlika.

Wyniki Grand Prix Czech:

  1. Leon Madsen (Dania)
  2. Brady Kurtz (Australia)
  3. Bartosz Zmarzlik (Polska)
  4. Michael Jepsen Jensen (Dania)
  5. Jack Holder (Australia)
  6. Kacper Woryna (Polska)
  7. Dominik Kubera (Polska)
  8. Andrzej Lebiediew (Łotwa)
  9. Jason Doyle (Australia)
  10. Max Fricke (Australia)
  11. Robert Lambert (Wielka Brytania)
  12. Patryk Dudek (Polska)
  13. Anders Thomsen (Dania)
  14. Jan Kvech (Czechy)
  15. Nazar Parnicki (Ukraina)
  16. Adam Bednar (Czechy)
Reklama
4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama