Anastazja Kuś mistrzynią świata juniorów. A jak radzili sobie jej poprzednicy?

Sebastian Warzecha

08 sierpnia 2026, 14:44 • 14 min czytania 2

Reklama
Anastazja Kuś mistrzynią świata juniorów. A jak radzili sobie jej poprzednicy?

Anastazja Kuś jest 11. osobą z Polski, która zdobyła złoty medal mistrzostw świata juniorów, ale pierwszą od dekady. Wychodzi, że to dobry moment, by kariery poprzednich mistrzów i mistrzyń podsumować. Bo to wcale nie tak, że sukces na mistrzostwach w juniorskim gronie gwarantuje, że wielkie sukcesy odnosić będzie się i później. Choć jest na to szansa, bo w tej dyszce znalazł się nawet późniejszy mistrz olimpijski. Jak to więc było z poprzednią dziesiątką? I w czyje ślady może pójść Anastazja?

Reklama

Anastazja Kuś ze złotem MŚJ. W czyje ślady pójdzie?

Anastazja Kuś złoty medal mistrzostw świata juniorów zdobyła w biegu na 400 metrów. Zdobyła, dodajmy, w kapitalnym stylu. Bo nie była główną faworytką do złota, a jednak pobiegła znakomicie, zdecydowanie pobiła życiówkę, a do tego – rekord Polski juniorek, który od 2013 roku należał do Patrycji Wyciszkiewicz. Mało tego – ten rekord Kuś poprawiła o pół sekundy!

To kosmos, wielki krok dla polskiej lekkiej atletyki, serio.

Oczywiście, jeśli o światową stawkę chodzi, to do medali największych imprez seniorskich nadal Anastazji stosunkowo daleko (a poza tym – na razie to tylko jeden wyskok, zobaczymy, czy będzie w stanie biegać na tym poziomie regularnie). Natomiast jest to krok w stronę tego, by do europejskiej, a nawet światowej czołówki dobić. I za kilka lat Kuś może się tam faktycznie znaleźć, bo potencjał na wielkie bieganie ma i wiemy to od paru dobrych lat.

Historia uczy nas jednak, że z mistrzami świata juniorów różnie to bywa. Na 20 dotychczasowych edycji – nie licząc trwającej – mieliśmy bowiem takich równo dziesięć. I tylko dwóch dotarło potem do medalu olimpijskiego. Jeszcze kilku zrobiło niezłe kariery, ale połowa totalnie na tych największych scenach nie zaistniała.

Reklama

Którą drogą pójdzie Kuś – przekonamy się. Jak to jednak było z tymi naszymi mistrzami?

Medale olimpijskie. Oni weszli na szczyty

Pierwsze MŚJ w historii, rozegrane w 1986 roku w Atenach, nie dały nam złota, a jedynie jeden brąz – sztafety 4×100 metrów mężczyzn. Powetowali to sobie jednak Polacy dwa lata później, w kanadyjskim Greater Sudbury, gdzie sięgnęli po dwa złote krążki. I wyszło, że to faktycznie sytuacja fifty-fifty: jeden z tych mistrzów został lekkoatletą wielkim, drugi potem zniknął. Na razie więc o tym pierwszym.

Zwał się Artur Partyka.

Reklama

Był tuż po 19. urodzinach, mistrzostwa zaczynały się dosłownie dwa dni później. I akurat przed nimi wszedł na znakomity poziom – w maju, dwa miesiące wcześniej, skoczył w Spale 2,28 m. Nowa życiówka i to, w tym wieku, absolutnie znakomita. Zresztą jego rozwój był niezwykle harmonijny: w 1986 roku skakał 2,16 m, rok później dołożył siedem centymetrów, a w kolejnym sezonie – jeszcze pięć. Bo dokładnie tyle, co w Spale, skoczył też na mistrzostwach w Kanadzie. Regularnie skakał już ponad 2,20 m.

Był wielkim faworytem do złota. I sprostał wyzwaniu – do 2,28 m zaliczał każdą wysokość bez zrzutki! Naciskał na niego co prawda świetny wtedy Lambros Papakostas z Grecji, ale zatrzymał się na zaliczonym 2,25 m. Kolejnych trzech centymetrów dołożyć nie zdołał, a Partyka zrobił to świetnie, gładko, bez problemu. Zatrzymał się dopiero na 2,30 m, ale jak sam wspominał, tam miał problemy – jego zdaniem – głównie przez podekscytowanie. Bo wiedział, że Grek – który swoje próby przeniósł – nie zdoła zaliczyć tej wysokości.

Nie pomylił się. Papakostas zrzucił poprzeczkę, Partyka został mistrzem świata juniorów. Niedługo potem zadebiutował na igrzyskach olimpijskich, ale tam nie przeszedł kwalifkacji (zaliczył 2,19 m). Natomiast w Barcelonie – cztery lata później – zgarnął brąz, a w Atlancie srebro. Do dziś wspomina się ten drugi konkurs, gdy zdawało się, że ma już złoto, aż rekordem olimpijskim (2,39 m) zaskoczył wszystkich Charles Austin.

Reklama

Partyka nie zdołał odpowiedzieć. Ale jego kariera i tak była absolutnie wielka. Może i największa, z polskich złotych medalistów MŚJ. Na olimpijskim podium stawał z nich bowiem tylko on i Szymon Ziółkowski.

Ziółkowski złoto MŚJ zdobył w 1994 roku, akurat między olimpijskimi sukcesami Partyki. Mistrzostwa odbywały się wtedy w Lizbonie, a Polacy wrócili z nich z jednym medalem – właśnie tym Ziółkowskiego. Dla 18-letniego zawodnika był to właściwie drugi sezon w karierze. Ledwie miesiąc wcześniej po raz pierwszy przerzucił 70 metrów – ze sporym okładem, wyszło 72,48 m. I w zasadzie przekroczenie tej granicy okazało się w Lizbonie kluczowe.

Bo siedemdziesiątkę zaliczyło tam dwóch zawodników – Ziółkowski i Ukrainiec Igor Tugaj. Liczyły się w zasadzie centymetry, bo Tugaj osiągnął 70,08 m, a Ziółkowski 70,44 m. Poziom konkursu Polak ustalił już w pierwszym rzucie, to on okazał się złotym… choć i trzeci by był, bo tam młot wylądował tylko o dwa centymetry bliżej. Tugaj z kolei się zbierał, rzucał coraz dalej, a swoje 70 metrów przekroczył w ostatniej próbie. Do Polaka jednak mu zabrakło.

Ziółkowski, wiadomo, robił solidne postępy. Na igrzyskach w Atlancie – tam, gdzie Partyka zgarniał srebro – był 10, ale rzucał tam już ponad 76 metrów. Potem przez kilka lat regularnie posyłał młot na 78-79 metrów, nie mógł jednak przekroczyć magicznej bariery 80 metrów. Aż przyszedł rok 2000, olimpijski. W lipcu w niemieckim Chemnitz padło 80,15 m. Niedługo potem w Krakowie dołożył do tego wyniku 24 centymetry. W Warszawie we wrześniu życiówka podskoczyła wyraźnie – na 81,42 m.

Reklama

Na późne, wrześniowe igrzyska do Sydney, jechał Ziółkowski ze sporymi nadziejami. W kwalifikacjach rzucił spokojne 77,81 m. A w finale już drugim rzutem sporo pokazał – młot wylądował wtedy na 79,87 m. Potem okazało się, że dałoby mu to złoto tak czy siak. Wtedy jednak tego nie wiedział, dlatego w czwartej próbie padło 80 metrów – o dwa centymetry, ale jednak. Jako jedyny przekroczył w tym konkursie tę odległość.

Zdobył złoto, na tych samych igrzyskach, co Kamila Skolimowska u pań. Mieliśmy naszą mistrzowską parę w rzucie młotem.

Tego sukcesu Ziółkowski już nie powtórzył. Ale w karierze zgarnął jeszcze trzy medale mistrzostw świata: złoto (2001) i dwa srebra (2005 oraz 2009), a do tego brąz mistrzostw Europy z 2012 roku, na końcówkę kariery. Solidne, naprawdę solidne było to rzucanie.

Reklama

A skoro o solidności mowa…

Kariera solidna. Kilka medali wpadło

Zróbmy to uczciwie, czyli chronologicznie, a więc – od Marka Plawgi. Nasz płotkarz złoto mistrzostw świata juniorów zdobył w 2000 roku. Mistrzostwa odbywały się wtedy w chilijskim Santiago i były niezwykle dla Polski udane – zgarnęliśmy sześć medali. Plawgo zresztą zgarnął dwa, bo dołożył do płotków jeszcze brąz w sztafecie 4×400 metrów. Z perspektywy czasu orzec można też, że ze wszystkich naszych ówczesnych medalistów to on zrobił największą karierę.

Czy była wybitna? Nie, zdecydowanie nie. Ale dobra, tym bardziej jak na nasze warunki i konkurencję, którą Plawgo uprawiał.

Bo płotkarzami raczej nigdy nie byliśmy. Nie mamy w tym dużych tradycji, a Plawgo jednak był w stanie wspiąć się na światowy poziom. I to nie przesada – pomiędzy 2001 a 2008 rokiem jego najlepszy czas tylko raz nie dał mu miejsca w TOP 10 światowych list (w 2005). Nie był, oczywiście, nigdy nawet w TOP 3 takich, ale do piątki zdarzało mu się załapać. Podobnie jak i zdarzało się stawać na podiach.

Reklama

Marek Plawgo. Fot. Newspix

Zaczął w Wiedniu, w 2002 roku, gdy na hali zdobył dwa złota mistrzostw Europy: ze sztafetą i na 400 metrów. Płaskie, bo pod dachem płotków nie ma. Rok później, ale na HMŚ, był brąz w drużynie. Na płotkach czekał do 2006 roku – wtedy zdobył srebro mistrzostw Europy. A w 2007 dwa brązowe medale na stadionie i na świecie: zarówno indywidualny, jak i ten w sztafecie. Płotki zresztą nas wtedy ratowały – bo zgarnęliśmy trzy medale, wszystkie brązowe, a ten ostatni zdobyła Anna Jesień, koleżanka Plawgi po fachu.

Potem nasz płotkarz niestety takich sukcesów już nie osiągał. Ale tych kilka medali to i tak wiele – zwłaszcza w tamtym okresie, gdy nasza lekkoatletyka nieco kulała.

Reklama

Co ciekawe – zostaniemy na płotkach. Ale tych krótszych, w których ostatnio zresztą (Pia Skrzyszowska, Damian Czykier, Jakub Szymański) przeżywamy pewne odrodzenie. Zanim jednak pojawiła się obecna generacja, to na 110 metrów przez płotki śmigał Artur Noga. Jego kariera seniorska była, niestety, naznaczona pasmem kontuzji, a szkoda, bo gdyby nie one, to mógłby być to nawet medalista olimpijski. Nie przesadzamy: w 2008 roku w Pekinie był przecież piąty. I w tej dorosłej karierze to jeden z dwóch jego największych sukcesów.

Ten drugi przyszedł nieco niespodziewanie, w 2012 roku. Nie to, że Noga był wtedy wiekowym zawodnikiem – miał ledwie 24 lata – po prostu urazy z poprzednich sezonów zdawały się wykluczać go z walki o medale. A jednak zgarnął wówczas brąz mistrzostw Europy. Kręcił też naprawdę dobre czasy, bo w Helsinkach po trzecie miejsce pobiegł z rezultatem 13,27 s – wówczas była to jego życiówka, potem urwał z niej jeszcze jedną setną sekundy.

Na niższych płotkach szalał sześć lat wcześniej, w Pekinie, biegnąc po złoto MŚJ. Czasem 13,23 s ustanowił wtedy rekord mistrzostw, a rywali odsadził w kosmiczny sposób – drugi Samuel Coco-Viloin stracił do niego 12 setnych sekundy. Na tym dystansie to miazga. Noga potencjał, talent miał niezwykły. Gdyby nie kontuzje, mógłby być wielkim sportowcem. A tak? Zdobył jeden medal, kręcił dobre czasy, był piąty na igrzyskach.

Reklama

Niezła kariera, ale tylko niezła.

Przybić piątkę z Nogą mógłby sobie Konard Bukowiecki. Nasz kulomiot też swoje operacje, zabiegi i rehabilitacje w karierze przeszedł… a w pewnym momencie zdawał się największym talentem w świecie kuli. W 2014 roku, jako ledwie 17-latek (!), zgarnął złoto MS w Eugene. Pchał wtedy 22,06 m, na polskie warunki to był kosmos, wynik z innego świata. Drugi Denzel Comenentia osiągnął jedynie 20,17.

Bukowiecki wręcz oszalał, nie miał prawa tak pchać w takim wieku, a pchał nawet dalej – w hali, na początku kolejnego sezonu, osiągnął 22,38 m, a potem dobił do 22,96 i wreszcie przekroczył nawet 23 metry, pobijając rekord świata juniorów… tyle że stracił ten wynik i drugie złoto MŚJ za wykrycie w jego organizmie higenaminy (udowodniono jednak, że wziął ją nieumyślnie, a zanieczyszczona była odżywka, która miała oznaczenie „Doping free”).

Reklama

Oczywiście, to juniorzy, a więc była to lżejsza, sześciokilogramowa kula. Natomiast przejście do tej „pełnowymiarowej” miał Konrad też znakomite. W 2017 rou jego życiówka wynosiła już 21,97 m. W 2018 pchnął równo 22 metry, w hali w Toruniu. W 2019 wykręcił 22,25 m na Stadionie Śląskim. W tamtym momencie był już wielokrotnym mistrzem juniorskich imprez, halowym mistrzem Europy i srebrnym medalistą tej samej imprezy, ale ze stadionu.

W 2019 na mistrzostwach świata miał jedynie pecha do konkurencji. Bo zaczynały się właśnie złote czasy kuli, poziom skakał niebotycznie. Bardzo, ale to bardzo solidne 21,46 m Bukowieckiego dało mu zaledwie 6. miejsce. W najlepszej trójce wszyscy pchali w granicy jednego centymetra – 22,91 m osiągnął Joe Kovacs, a 22, 90 m Ryan Crousem i Tom Walsh. Ten środkowy z nich niedługo potem zdemolował wszelkie rekordy, a dziś jest trzykrotnym mistrzem olimpijskim. Po tamtej porażce nie przegrał już na światowej imprezie.

Gdyby Bukowiecki urodził się kilka lat wcześniej, pewnie też miałby medale z zawodów takiej rangi – w 2017 roku trzeci na MŚ Stipe Zunic pchał… właśnie 21,46 m, tyle co Konrad w Dausze, z kolei na igrzyskach w Rio Tom Walsh zdobywał brąz z wynikiem 21,36 m. Polak trafił jednak na takie czasy, medalu MŚ nie zdobył, a potem zaczęły się kontuzje, jedna po drugiej i ciągłe szukanie odbudowy.

Bukowiecki o medale niby wciąż walczy – ale nie wydaje się, by miał je zgarnąć. Choć nigdy nie można tego wykluczać. Na razie jest to jednak kariera tylko solidna. A szkoda, bo mogła być wielka.

Reklama

Kariera nieudana. Nie stawali na podiach

I znów chronologicznie, a więc musimy cofnąć się do roku 1988. Bo gdy Artur Partyka skakał po złoto MŚJ wzwyż, to Tomasz Jędrusik zgarniał je w biegu na 400 metrów (wraz z brązem w sztafecie 4×400). Potem jednak kariery nie zrobił, a w dodatku ominął igrzyska w Barcelonie z powodu dyskwalifikacji za doping, co często jest pomijane, gdy przywołuje się jego postać.

Szczytem jego osiągnięć było zapewne szóste miejsce na kolejnych igrzyskach – w Atlancie w sztafecie 4×400 metrów. Sęk w tym, że w ogóle miał w finale nie biec. Był rezerwowym, a trener Józef Lisowski wystawił go w półfinale, by oszczędzić siły Pawła Januszewskiego. Tyle że w regulaminie napisano, że zawodnik, który został wycofany, nie może być wstawiony z powrotem do składu na finał.

Więc i w tym pobiegł Jędrusik. Medalu jednak nie zdobył.

W 1996 roku złoto MŚJ zgarnął Maciej Pałyszko. Niejako obronił tym tytuł Ziółkowskiego, bo też rzucał młotem. Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że mamy kolejnego wspaniałego młociarza. Owszem, Pałyszko wszedł w pewnym momencie na znakomity poziom – w 2003 roku rzucił życiówkę na poziomie 80,89 m – ale nigdy nie był w stanie go ustabilizować, a na największych imprezach w dodatku najzwyczajniej w świecie sobie nie radził. W latach 2000-2003 nigdy nie osiągnął na zawodach mistrzowskich nawet 77 metrów.

Reklama

Nigdy też nie był przez w najlepszej „10”, tylko na MŚ w Edmonton w 2001 roku przeszedł eliminacje – skończył 11.

Przeskakujemy teraz do rzutu oszczepem… i już w nim zostaniemy. Bo okazuje się, że na MŚ juniorów była to dla nas najbardziej złota konkurencja – mamy w niej aż trzy takie medale. Tyle że nikt z tego grona nie zrobił potem kariery seniorskiej.

Zaczęło się od Igora Janika, który złoto zdobył w 2002 roku. O siedem centymetrów (74,16 do 74,09 m) pokonał wtedy Władisława Szkurłatowa z Rosji, a blisko był też Jung Sang-Jin z Korei Południowej (73,99 m). Ci dwaj rzucali wtedy życiówki, Janik nie – on już był na tym poziomie. Żaden z tej trójki nie zrobił potem jednak wielkiej kariery. Polak zgarniał potem co najwyżej medale młodzieżowych (do lat 23) mistrzostw Europy oraz uniwersjady.

Reklama

Igor Janik. Fot. Newspix

Nic więcej. Nie było medali MŚ czy ME w seniorskim gronie. Życiówka – ustanowiona w 2008 roku w Ustce – była niezła, 84,76 m, ale też przesadnie nie imponowała. Podobnie jak jego wyniki na wielkich imprezach. Na mistrzostwach świata startował czterokrotnie, raz przeszedł eliminacje i skończył siódmy (w Osace, w 2007 roku). Na igrzyskach startował w 2008 i 2012 roku – nigdy nie wystąpił w finale.

Sześć lat po Janiku złoto MŚJ zgarnął Robert Szpak. Zrobił to w dodatku w Polsce, bo mistrzostwa odbywały się wtedy w Bydgoszczy. I to był.. w zasadzie najjaśniejszy punkt jego kariery. Rzucił wtedy 78,01 m, w gronie juniorów – świetny rezultat. Rywalom znacząco odskoczył, w dodatku był jeszcze mocno przed 19. urodzinami, bo te obchodził w sylwestra 2008 roku. Wydawało się, że zrobi karierę, a tymczasem życiówkę poprawił sezon później o 32 centymetry… i to by było w zasadzie na tyle.

Ostatnie – i to, które zostało do opisania, i chronologicznie aż do Kuś – złoto to z kolei Klaudia Maruszewska. Dobyła je dekadę temu, też w Bydgoszczy, i była to spora niespodzianka, bo nigdy wcześniej nie rzucała daleko. Wtedy posłała oszczep na 57,59 m, ustanowiła tym życiówkę i niemal z miejsca zniknęła. To znaczy: rzucała jeszcze dość długo (ostatnie zarejestrowane wyniki ma z 2022 roku), ale w seniorskim gronie takie odległości nie robiły na nikim wrażenia. Dość napisać, że w tym samym 2016 roku, w którym Maruszewska (dziś nosi nazwisko Regin) rzucała niecałe 58 metrów, dałoby to dopiero 22. miejsce na igrzyskach.

Reklama

Dwa lata temu w Paryżu – byłaby z takim wynikiem 28. A przecież to jej najlepszy rezultat z całej kariery, szczyt. Poza tym było gorzej.

Srebrni i brązowi, ale z sukcesami

W całej naszej historii przed tegorocznymi mistrzostwami świata juniorów zdobyliśmy 55 medali tej imprezy. Oprócz 10 złotych, wpadły też 24 srebrne i 21 brązowych. Pozostaje więc zadać pytanie: ilu z tych, co nie zdobyli złota na MŚJ, ale stali tam na podium, powtórzyło podobny sukces w seniorskim gronie? W znaczeniu: zdobyło medal globalnej imprezy na stadionie – mistrzostw świata lub igrzysk olimpijskich?

Przejdźmy szybko przez to zestawienie. Byli to:

Reklama
  • Monika Pyrek (skok o tyczce). Srebro MŚJ 1998, a potem dwa srebra (2005, 2009) i brąz (2001) MŚ seniorów.
  • Paweł Wojciechowski (skok o tyczce). Srebro MŚJ 2008, a potem złoto (2011) i brąz (2015) MŚ seniorów.
  • Sylwester Bednarek (skok wzwyż). Srebro MŚJ 2008, a potem brąz (2009) MŚ seniorów.
  • Karol Zalewski (sztafeta 4×400 m). Srebro MŚJ 2012, a potem złoto IO (2021, w sztafecie mieszanej).
  • Patryk Dobek (400 m ppł/800 m). Srebro MŚJ 2012, a potem brąz IO (2021, w biegu na 800 m).
  • Rafał Wieruszewski (sztafeta 4×400 m). Brąz MŚJ 2000, a potem dwa brązy (2001, 2007 – w drugim przypadku biegał tylko w eliminacjach) MŚ.

Tak więc: sześć osób. Oczywiście, część z niewymienionych zdobywała medale na hali czy też na mistrzostwach Europy na stadionie, a to też wyniki warte docenienia. Jednak, żeby to dobrze pozbierać – dokładamy tu jeszcze Partykę, Ziółkowskiego oraz Plawgę. Łącznie dziewięć osób na dobrze ponad 50, które medale zdobywały. Nie jest to wynik wybitny, ale w zasadzie – nie jest też zły. Mnóstwo utalentowanych juniorów nie wchodzi bowiem na światowy poziom.

Pozostaje więc jedno pytanie.

W którą stronę pójdzie Anastazja Kuś?

Wiadomo, ze Kuś talent ma ogromny. Wynik z Eugene pokazuje, że może nawet większy, niż się wszystkim wydawało, bo to fantastyczne przebicie pewnej granicy. Owszem, bieżnia w Oregonie jest szybka, można tam bić rekordy, ale trzeba to umieć wykorzystać. Co jednak najważniejsze – Kuś najszybciej pobiegła w najważniejszym biegu w jej dotychczasowej karierze.

Innymi słowy: jest talent, a teraz okazuje się, że jest też umiejętność przygotowania się do rywalizacji, gdy to istotne. No i – utrzymanie nerwów na wodzy.

Reklama

Sam bieg był świetny, zdaje się, że był tam nawet zapas, że mogłaby spokojnie zejść poniżej 51 sekund. Mocno zaczęła, nie przestraszyła się tempa rywalek, które na łuku były przed nią, genialnie zafiniszowała. Znakomicie to rozegrała, utrzymała tempo, gdy przeciwniczki zaczęły je tracić. I wcale nie wydawała się przesadnie zmęczona na końcówce, a to też wiele mówi. Owszem, do wyników, które liczą się w seniorskim gronie daleko, ale Anastazja ma jeszcze czas.

Jednak właśnie – tu tkwi haczyk. Jakie będzie to seniorskie grono? Bo przecież 400 metrów to ostatnio u kobiet konkurencja, w której poziom wzrósł niebotycznie. Jeszcze nie ma rekordów świata – trzymają się wyniki z czasów słusznie minionych – ale nawet genialna Natalia Bukowiecka, która biega na poziomie, o jakim w Polsce nie marzyliśmy ma problemy w walce o podium.

Jeśli taki poziom się utrzyma – a nawet wzrośnie, to też przecież możliwe – Anastazja nie będzie miała za tych kilka lat łatwo. Jednak jeśli nawet dojdzie na poziom finałów mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich, to będzie fantastycznie.

Reklama

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama