To w zasadzie sportowy cud, że wciąż rozpatruje się go w gronie kandydatów do tytułu. Ma 39 lat, ciało ostatnio zawodzi go regularnie, a młodsi tenisiści coraz częściej są w stanie „zabiegać” go na korcie. Ale na wimbledońskiej trawie liczy się też rozumienie tej nawierzchni, a to często przychodzi wraz z doświadczeniem, którego Novak Djoković ma aż nadto. Czy więc – skoro jest tu już w ćwierćfinale – może wygrać cały ten turniej?
Novak Djoković wciąż walczy. Uda się na Wimbledonie?
Czy to tekst, który można pisać regularnie? Po części tak. Novak Djoković za 25. tytułem wielkoszlemowym „goni” bowiem od ponad dwóch lat. Ten poprzedni zdobył na US Open 2023. Potem były jeszcze igrzyska olimpijskie, a na nich – skompletowanie wszystkiego, co w świecie tenisa da się skompletować. W Szlemach jednak – już nic, żadnego kolejnego tytułu.
I to ciekawe. Bo w efekcie można napisać, że Djoković te ostatnie wielkoszlemowe trofea zgarniał w wieku, w jakim… miał je zdobyć. Miał 36 lat, gdy po raz ostatni zostawał mistrzem turnieju tej rangi. Roger Federer też dokonał tego w takim wieku, podobnie Rafa Nadal.
Wszystko się tu zgadza, jak to u Wielkiej Trójki. Novak jedynie przedłużył ten okres triumfem na igrzyskach.
Stale w obrazku
To odchodzenie na drugi plan u Djokovicia było z jednej strony nagłe, a z drugiej – pojawiały się znaki. Bo rok 2023 był u Novaka tym wielkim. Wygrał trzy z czterech tytułów wielkoszlemowych, królował. Na Wimbledonie jednak, gdzie teoretycznie miało nie być na niego mocnych, w finale opór dał mu Carlos Alcaraz. Pojawiał się nowy król, nowa gwiazda, wielki mistrz.
A potem doszedł drugi, w osobie Jannika Sinnera.
Wreszcie nadeszła ta młodzież, co nadejść miała już dawno. Nie w postaci pokolenia lat 90., którego duża część została pod tym względem stracona (choć ostatni triumf Alexandra Zvereva w Roland Garros trochę ten ich dorobek podreperował), a w generacji kolejnej, XXI-wiecznej. Stary mistrz musiał się temu poddać, właśnie przez to, że był stary. Natomiast nie poddał się bezwarunkowo. Od początku 2024 roku tylko w Szlemach Novak był:
- 2 razy w finale;
- 5 razy w półfinale;
- 1 raz w ćwierćfinale;
- 2 razy odpadał wcześniej.
Teraz po raz kolejny dochodzi do minimum 1/4 turnieju wielkoszlemowego. I zagra w niej z Felixem Augerem-Aliassimem, czyli rywalem, który w sumie nie powinien mu zagrozić. Są podstawy, by w to wierzyć, bo w Szlemach Nole nadal nie przegrywa z byle kim. W tych ostatnich dziesięciu turniejach jego pogromcami byli:
- Carlos Alcaraz (trzykrotnie);
- Jannik Sinner (trzykrotnie);
- Alexander Zverev (raz);
- Joao Fonseca (raz);
- Alexei Popyrin (raz).
Do tego raz Nole oddał mecz walkowerem – na Roland Garros 2024, gdy w ćwierćfinale miał grać z Casperem Ruudem. Z całego tego zestawu właściwie tylko Popyrin jest tu tenisistą przypadkowym, jeśli można to tak brzydko nazwać. Fonseca – szczególnie wychodząc z 0:2 w setach – też zaskoczył, ale nie od dziś wiadomo, że to gość o niezwykłym potencjale. Poza tym sama śmietanka, porażki, które można zrozumieć i wytłumaczyć.
Novak jest więc za plecami najlepszych… ale na ogół nadal przed resztą stawki. Sęk w tym, że – o ile nie będziemy świadkami sensacji – to właśnie ci najlepsi na niego czekają.
Drabinka nie wybacza
Jeśli Novak Djoković wygra z Felixem Augerem-Aliassimem – a załóżmy śmiało, że tak się właśnie stanie – to czekać na niego powinien Jannik Sinner. Ten sam Sinner, który pokonał go w tej samej fazie turnieju (półfinale) na tym samym turnieju rok temu. W dodatku łatwo, bez straty seta.
Z drugiej strony – w Australian Open sensacyjnie to Nole okazał się od Jannika lepszy. Tegoroczny Włoch nie jest bowiem tym samym Jannikiem Sinnerem co ten z poprzedniego sezonu.
Choć z drugiej strony – po części jest. Genialny był pomiędzy Australian Open a Roland Garros, gdy wygrywał wszystko, co było do wygrania. Ale w Paryżu padł już w drugiej rundzie, sensacyjnie, nie wytrzymując tempa. Coś się wtedy w organizmie Sinnera zacięło kompletnie, jakby ktoś wcisnął przełącznik, którego wciskać się nie powinno. Do tego ta porażka z Novakiem w Australian Open. Znaczy – jest do ruszenia.
Ale Novak też jest, jeszcze bardziej. Seta tracił w tym Wimbledonie już w pierwszej rundzie, z Chińczykiem Wu Yibingiem, 102. na świecie. Potem kolejnego urwał mu Rosjanin Roman Safiullin, a gdyby miał w sobie nieco więcej opanowania, ogrania i lepszy serwis, to mógłby i dwa, a może trzy. Dużo było w tamtym meczu słabości Novaka, ale finalnie zdecydowało doświadczenie, chłodna głowa. Choć było widać, że momentami się podpalał, że nie wszystko szło tak, jakby tego chciał.
A przecież jeśli pokona Felixa, a potem Jannika, to zostanie jeszcze finał. A z drugiej strony drabinki najpoważniejszym kandydatem, by do niego dojść, jest Alexander Zverev, nakręcony niedawnym przełamaniem się w Paryżu, pierwszym wielkoszlemowym triumfem. No i kolejny gość, co z Novakiem w tych ostatnich trzech sezonach w Szlemie wygrywał.
Nie jest to więc sytuacja „pod Djokovicia”. Gdyby jednak się udało, byłaby to historia nad historie i ścieżka – o ile faktycznie wyszłaby tak trudna – nad ścieżki, biorąc pod uwagę wiek Serba i jego problemy z ostatnich dwóch lat.
Byłoby to po prostu coś – jednym słowem – niesamowitego.
Niczego nie musi
Prawda jest jednak taka, że Novak Djoković tej wygranej tak naprawdę nie potrzebuje. Czego by jeszcze w tenisie nie zrobił, to i tak – statystycznie, a więc najbardziej obiektywnie jak się da, bo pod innymi względami każdy może mieć swoje zdanie – będzie największy. I w zasadzie fakt, że nadal gra o choćby ćwierćfinały wielkoszlemowe, że nadal jest blisko finałów, że nadal znajduje się w gronie faworytów – to wszystko o tym świadczy.
Nole nie jest wieczny, bo żaden sportowiec nie jest. Ale jest na szczycie i w jego okolicach dłużej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Na dziś Djoković niczego nie musi dowodzić. Co miał do udowodnienia, to udowodnione już zostało. Wygrał wszystko: każdego Szlema co najmniej trzykrotnie, wszystkie turnieje rangi ATP 1000, ATP Finals, igrzyska olimpijskie, Puchar Davisa. Każdy jeden puchar, który się w świecie tenisa faktycznie liczy, ma w swoim CV. Każdego przeciwnika na rozkładzie. Niemal każdy rekord.
Od jego pierwszego wielkoszlemowego triumfu minęło w tym roku 18 lat. A on wciąż jest w tym obrazku, cały czas blisko kolejnych. I nawet jeśli to „blisko” już nie zamieni się w „wygrał”, to niczego to nie zmieni.
I w sumie ta świadomość właśnie może mu pomóc… o ile w ogóle myśli w tych kategoriach. Bo jego wypowiedzi raz zdają się świadczyć, że tak jest, ale zachowanie na korcie – że jednak nadal chce, że marzy, że chętnie zgarnąłby jeszcze tytuł albo dwa (kto by nie zgarnął?), że wciąż ma swoje ambicje. Niemniej – pewnie miło jest mieć świadomość, że czy wygra się tytuł, czy nie – będzie się największym.
Novak będzie. I prawda jest taka, że jego legenda może być tylko większa.
Ale na pewno nie mniejsza.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix