Albo historia, albo… historia. Kto wygra Australian Open singlistów?

Sebastian Warzecha

29 stycznia 2022, 20:54 • 8 min czytania

Albo historia, albo… historia. Kto wygra Australian Open singlistów?

Rafa Nadal czy Daniił Miedwiediew? Jutro rozwiąże się być może najważniejsze pytanie tegorocznego Australian Open. Jeśli finał mężczyzn wygra Hiszpan, to zostanie samodzielnym rekordzistą w liczbie zdobytych turniejów wielkoszlemowych. Jeśli Miedwiediew, to jako pierwszy tenisista w erze Open to natychmiast po swoim pierwszym tytule tej rangi wygra kolejny. Co by się więc nie wydarzyło, na pewno będziemy świadkami historycznego wydarzenia. Przede wszystkim jednak – prawdopodobnie czeka nas genialny mecz.

Reklama

Novaka nie ma, ale może być „21”

W Melbourne tradycyjnie miał królować Novak Djoković. Ale że Serba nie ma – z wiadomych przyczyn – to tron, zajmowany przez dziewięciokrotnego mistrza turnieju, się zwolnił. Jeszcze przed startem Australian Open było więc wiadomo, że w stawce pozostał tylko jeden były mistrz tej imprezy. I był to Rafa Nadal, który wygrał tam… w 2009 roku. Kawał czasu temu. A przecież od tamtej pory Hiszpan w finale był jeszcze czterokrotnie. Dwa razy przegrywał z Djokoviciem (w 2012 i 2019 roku), raz ze Stanem Wawrinką (2014) i raz z Rogerem Federerem (2017).

Reklama

Warto przypomnieć ten ostatni finał. I Rafa, i Roger wracali wtedy po urazach. Nikt nie stawiał, że dojdą tak daleko. Ich obecność w meczu o tytuł była wielką niespodzianką, a oni nie tylko tam zawitali, ale dali też show, jakiego naprawdę długo się w Australii nie zapomni. Federera aktualnie w stawce nie ma – Szwajcar dochodzi do siebie po kolejnej operacji kolana i na razie nie wie, czy wróci nawet na ukochany Wimbledon.

Nadal natomiast do Australii pojechał. I znowu przekroczył wszelkie oczekiwania.

Bo przecież jeszcze kilka dni przed turniejem mówił swojemu sztabowi, że nie wie, czy jego podróż do Melbourne w ogóle ma sens. Nie czuł się w pełni formy i zdrowia. Dużą część zeszłego roku poświęcił walce z kontuzją stopy. Nie był to dla niego nowy uraz, ale tym razem zaatakował na tyle poważnie, że potrzebny był zabieg.

– Z tą kontuzją zmagam się z nią od 2005 roku, już wtedy lekarze byli negatywnie nastawieni do losów mojej dalszej kariery. Udało mi się jednak osiągnąć marzenia, jestem przekonany, że znów dojdę do pełnej sprawności. Jeśli z moją stopą będzie lepiej, mój tenis i moje nastawienie wrócą – mówił wtedy Rafa.

Nie zmienia to jednak faktu, że wątpliwości co do jego powrotu było mnóstwo. Hiszpan nie jest już przecież młodzieniaszkiem, w tym roku skończy 36 lat. A w dodatku jego styl gry opiera się na przygotowaniu fizycznym i ogromnej ruchliwości. Nie dziwi, że wielu ekspertów od stopnia wyleczenia uzależniało możliwości Rafy. Niektórzy sugerowali nawet, że dla Hiszpana faktycznie lepiej by było nie lecieć do Australii, a powoli wracać do touru i przygotować się na sezon gry na mączce. Tak, by wygrać znów w swoim królestwie – na Roland Garros.

Rafa to jednak walczak. Przez całą swoją karierę grał na przekór wszystkim urazom. Tym razem też. Zresztą miał też inne problemy – po grudniowej pokazówce (w której przegrał z Andym Murrayem i Denisem Shapovalovem) złapał COVID, kilka dni przeleżał w łóżku, czując się fatalnie. Właściwie wszystko świadczyło przeciwko niemu i jego szansom w Australii. A on i tak doszedł do finału, po drodze rozgrywając choćby fenomenalny (i pełen kontrowersji) mecz ze wspomnianym Shapovalovem, w trakcie którego udowodnił, że co do jego przygotowania fizycznego wątpliwości mieć nie można.

Wcześniej wygrał jeszcze turniej niższej rangi, również rozgrywany w Melbourne. W tym sezonie jest na razie niepokonany. I brakuje mu tylko jednego meczu do tego, by stać się pierwszym w historii tenisistą, który na koncie będzie mieć 21 wielkoszlemowych tytułów w singlu.

Sęk w tym, że po drugiej stronie siatki stanie najtrudniejszy z możliwych przeciwników.

Daniił, czyli największe zagrożenie

Dawno minęły czasy, gdy Daniił Miedwiediew miał być „melodią przyszłości” czy też gościem, który „może zagrozić Wielkiej Trójce”. Rosjanin jest wybitny tu i teraz. W Melbourne wystąpi w swoim czwartym finale wielkoszlemowym. A przecież już w tym pierwszym – na US Open 2019 – poważnie zagroził… Nadalowi. Dwa pierwsze sety przegrał co prawda gładko, ale potem – ku zdumieniu widzów – zgarnął dwa kolejne i tylko doświadczenie oraz geniusz Rafy sprawiły, że Hiszpan tamten mecz ostatecznie wygrał.

W Melbourne przed rokiem to właśnie Daniił doszedł do finału, gdzie stanął naprzeciw Novaka Djokovicia. Tamten mecz przegrał gładko, ale potwierdził jedno – że na kortach twardych jest tuż za najlepszymi zawodnikami. I że to tylko kwestia czasu, aż zgarnie któryś tytuł. Już rok temu grał przecież świetnie, był regularny i, mimo „pokraczności” swojego stylu gry, pokazywał umiejętności, które w końcu musiały mu zagwarantować tytuł.

I zrobiły to. W najwspanialszym możliwym momencie.

Bo naprawdę trudno było sobie wyobrazić chwilę lepszą na zostanie mistrzem wielkoszlemowym, niż US Open 2021. W finale po drugiej stronie siatki znów Novak Djoković, walczący o Kalendarzowego Wielkiego Szlema. Coś, co nie udało się żadnemu tenisiście od 1969 roku i wyczynu Roda Lavera, jedynego takiego gościa w historii ery open. Roger Federer nie podołał. Nie dał rady Rafa Nadal. Djoković był o jeden mecz od przejścia do historii na kolejny sposób. I też nie dał rady.

W dużej mierze dlatego, że w finale napotkał na fenomenalnego Daniiła. Jasne, Serb w tamtym spotkaniu nie grał na miarę swoich możliwości, wyraźnie przegrał z presją, co zdarzało mu się naprawdę rzadko. Jednak Miedwiediew od początku narzucił mu niesamowicie trudne warunki. Grał świetnie i sam zdawał się w ogóle nie przejmować tym, że w końcu może zdobyć wielkoszlemowy tytuł. Moment słabości miał tak naprawdę jeden, w trzecim secie. Ale poradził sobie i z nim. Ostatecznie wygrał bez większego trudu.

Wtedy grałem z kimś, kto walczył o 21. tytuł wielkoszlemowy. Zgaduję, że Rafa oglądał tamten finał, choć nie wiem, komu kibicował. Teraz znów będę grać z kimś, kto walczy o 21. tytuł i myślę, że tym razem to Novak będzie patrzył na to spotkanie – mówił Miedwiediew po swoim półfinale, w którym ograł Stefanosa Tsitsipasa. Ten mecz to zresztą świetny przykład, by pokazać największą siłę Rosjanina – opanowanie.

Tak, opanowanie. Bo choć pod koniec drugiego seta – zresztą przegranego – Daniił zaliczył wybuch w rozmowie z sędzią (co viralowo natychmiast obiegło Internet), to zdołał się pozbierać i w dwóch kolejnych partiach okazał się lepszy od Tsitsipasa. W dodatku – i to drugi jego wielki atut – zrobił to ledwie dwa dni po wycieńczającym spotkaniu ćwierćfinałowym z Felixem Augerem-Aliassimem. Wtedy odrobił straty ze stanu 0:2 w setach i ostatecznie wygrał cały mecz, po drodze broniąc piłki meczowej.

Daniił bywa po prostu nie do zdarcia.

W dodatku jego styl jest zabójczy dla większości rywali. Rosjanin znakomicie się broni. Kocha przebijać piłkę i atakować z kontry. Nie da się go zamęczyć, nie da sprawić, by zwolnił. Owszem, Rafa też to wszystko umie, ale zawsze lepiej radził sobie w starciach z zawodnikami, którzy więcej atakowali. Z kolei Novak Djoković (do którego Daniiła czasem się porównuje) potrafił go ogrywać tak często, jak nikt inny w historii.

I owszem, w bezpośredniej rywalizacji to Hiszpan prowadzi 3:1, ale że jego wszystkie wygrane są z roku 2019, trudno wyciągać z tego jakieś wnioski. Od tamtego czasu Miedwiediew stał się zupełnie innym zawodnikiem. Na tyle solidnym, że może dokonać czegoś, czego zrobić nie udało się nikomu innemu w erze open – tuż po swoim pierwszym tytule wielkoszlemowym, natychmiast zgarnąć drugi. Bliski tego w ostatnich latach był jedynie Andy Murray, który po wygranej w US Open 2012 doszedł do finału Australian Open 2013, ale w nim zatrzymał go Djoković.

Sam Novak z kolei na drugi tytuł czekał trzy lata (AO 2008 – AO 2011), Rafa Nadal rok (RG 2005 – RG 2006), a Roger Federer pół roku (Wimbledon 2003 – AO 2004). I jasne, zarówno Andy jak i Daniił swój pierwszy tytuł zdobywali w późniejszym wieku, będąc bardziej doświadczonymi tenisistami.

To zmienia jednak faktu, że Miedwiediew może zrobić coś, czego nie zrobił nikt z Wielkiej Trójki. I tym lepiej, że na jego drodze w finale stoi właśnie któryś z jej przedstawicieli.

Finał marzeń

Jak wspomnieliśmy – o ile Rosjanina w finale można się było spodziewać, o tyle obecność Nadala jest tu pewnym zaskoczeniem. Ale trudno było sobie wymarzyć lepszy finał. Jasne, pewnie starcie Miedwiediewa z innym przedstawicielem pokolenia Next Gen (choćby Shapovalovem czy Matteo Berrettinim, którego Rafa ograł w półfinale) też byłoby ciekawe i widowiskowe. Ale nie dorównywałoby skalą oczekiwań temu, co dostaniemy na korcie jutro.

Wielka Trójka powoli będzie usuwać się w cień. Już w dużej mierze zrobił to Roger Federer (choć powtarza, że wciąż wierzy w choć jeden wielki turniej w swoim wykonaniu), Rafa Nadal ma przed sobą pewnie jeszcze z 2-3 sezony gry na najwyższym poziomie (tak mówi jego wujek i wieloletni trener), a Novak Djoković na szczycie może utrzymać się jeszcze może przez pięć lat (o ile sam sobie tego nie utrudni).

W tej sytuacji każdy finał, w którym bezpośrednio zmierzyć może się ktoś z przedstawicieli Next Gen (bo Daniił, mimo 25 lat na karku, się do nich zalicza) z którymś z tych właśnie gości, jest wydarzeniem znaczącym. To starcie dwóch tenisowych pokoleń. Tego, które zdominowało te rozgrywki na lata i tego, które chce tę dominację skończyć. W dodatku to Miedwiediew, gość, który stał się najważniejszym przedstawicielem tych młodszych. Jest z nich najlepszy. Najrówniejszy. Ma już tytuł wielkoszlemowy. Walczy o drugi.

Nie zdziwi nas jutro żaden scenariusz. Jeśli Nadal wygra w trzech setach – nie będziemy zaskoczeni. Jeśli Rafa będzie bić głową w rosyjski mur i nie zgarnie nawet jednej partii – podobnie. A jeśli zagrają pięć piekielnie długich setów i mecz stanie się wojną na wyniszczenie, będziemy się tylko cieszyć, mogąc oglądać to przez kilka godzin. Zresztą to też wspaniałe, że przed finałem możemy oczekiwać absolutnie wszystkiego. I że co nie wydarzyłoby się na tym korcie, to ten mecz na pewno na długo zapamiętamy.

Powtórzmy: trudno byłoby sobie wymarzyć lepszy finał. Może tylko gdyby zamiast któregoś z nich był w nim Hubert Hurkacz, przyznalibyśmy, że to fajniejszy scenariusz. Ale że Polak odpadł (niestety) już dawno, to takie starcie o tytuł bierzemy w ciemno.

To będzie tenisowa uczta. Gwarantujemy.

Fot. Newspix

Czytaj także: 

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Australian Open

Reklama
Reklama