17 strzałów i zero celnych. Arsenal urządził Liverpoolowi lekcję

Wojciech Piela

01 listopada 2026, 19:44 • 5 min czytania 3

Reklama
17 strzałów i zero celnych. Arsenal urządził Liverpoolowi lekcję

Liverpool mógł próbować, naciskać i posyłać kolejne piłki w pole karne, ale równie dobrze mógł tego dnia oszczędzić sobie wysiłku. Arsenal zamknął Anfield na cztery spusty, wykorzystał błąd Alissona i po 14 latach wreszcie wygrał na stadionie The Reds. Gospodarze zostali z niczym, a mistrzowie Anglii umocnili się na fotelu lidera po golu Kaia Havertza.

Reklama

2 września 2012 roku. Selekcjonerem reprezentacji Polski był Waldemar Fornalik, prezydentem kraju Bronisław Komorowski, a Oskar Pietuszewski miał zaledwie cztery lata. To wtedy po raz ostatni Arsenal wygrał z Liverpoolem na Anfield, a gole dla ekipy Arsene’a Wengera strzelali Santi Cazorla oraz… obecny właściciel Górnika Zabrze Lukas Podolski. Po murawie biegał również Mikel Arteta, który wraz z Kanonierami przyjechał do Liverpoolu z jasnym postanowieniem przełamania fatalnej passy 13 meczów bez wygranej na tym obiekcie.

Arsenal urządził Liverpoolowi lekcję. 17 strzałów i zero celnych

Mistrzowie Anglii szukali również odbudowy po sensacyjnym odpadnięciu z Pucharu Ligi i porażce z IV-ligowym Fleetwood Town. Pomóc mieli w tym choćby Kai Havertz, Jurrien Timber czy wracający po kontuzjach Riccardo Calafiori i Christos Tzolis. Jedynie wśród rezerwowych pozostali tym razem Viktor Gyokeres czy Eberechi Eze. Poza kadrą znalazł się nadal narzekający na uraz Bukayo Saka.

Łącznie z wygranym po rzutach karnych starciem z Chelsea w Carabao Cup Liverpool miał za sobą pięć zwycięstw z rzędu. The Reds tydzień temu pokonali choćby Brighton, które w tym sezonie jest rewelacją Premier League. Przeciwko Arsenalowi wyzwanie było jednak co najmniej tak samo wysokie, jak podczas jedynego przegranego w tych rozgrywkach meczu z Manchesterem City.

Andoni Iraola posłał oczywiście w bój swoje największe działa na czele z Alexandrem Isakiem czy Florianem Wirtzem, ale podjął również odważną decyzję o wystawieniu od początku Treya Nyoniego. Dla 19-latka był to debiut w wyjściowym składzie w meczu Premier League i bardzo szybko mógł się on zakończyć tragicznie. Już w pierwszych dziesięciu minutach dwukrotnie był spóźniony przy próbie odbioru piłki od Martina Odegaarda i Kaia Havertza. Nyoni uniknął nawet żółtej kartki, ale z pewnością nie każdy sędzia byłby względem niego tak pobłażliwy.

Reklama

Ostatecznie to jednak nie on, a znacznie bardziej doświadczony Alisson popełni spory błąd, który ułatwił Arsenalowi wyjście na prowadzenie w 16. minucie. Brazylijski bramkarz niedokładnie podał do wybiegającego do piłki Jacqueta i padła ona łupem rywali. Kanonierzy zgrabnie rozegrali szybką akcję, z prawej strony wzdłuż bramki podał Declan Rice, a atak skutecznie zamknął Havertz. Dla Niemca był to pierwszy gol w Premier League od 6 września i wygranego meczu z Chelsea.

Kanonierzy trzymali więc w garści cenny wynik, ale od tego momentu do końca pierwszej połowy skupiali się głównie na defensywie. Andoni Iraola mógł być zadowolony z reakcji swoich podopiecznych na to, co się wydarzyło. Liverpool wspierany dopingiem gospodarzy stworzył sobie kilka szans. Najbliżej trafienia byli w 39. minucie Wirtz, który trafił z rzutu wolnego w poprzeczkę oraz kilka chwil później Alexis Mac Allister po tym, jak niepilnowany doszedł do groźnego strzału głową. Piłka po uderzeniu Argentyńczyka poszybowała jednak ponad poprzeczką. W jednej z sytuacji Timber pociągał również za koszulkę w polu karnym walczącego o górną piłkę Isaka, ale arbiter nie dopatrzył się podstaw do podyktowania jedenastki.

Reklama

Liverpool naciskał, aktywni na lewej stronie byli zwłaszcza Milos Kerkez oraz Bradley Barcola, ale do przerwy mimo aż ośmiu prób nie był w stanie oddać celnego strzału. Kanonierzy zaciekle i ofiarnie bronili dostępu do swojego pola karnego, a także niebezpiecznie kontrowali. Groźnie było choćby w 25. minucie, kiedy po dośrodkowaniu Tzolisa piłkę zgrywał do środka Noni Madueke, ale na jej drodze stanął… kolega z drużyny, a więc Timber.

Po niemal godzinie gry Iraola uznał, że dobrym pomysłem na jeszcze większą intensywność w grze Liverpoolu będzie wpuszczenie na boisko Dominika Szoboszlaia. Dla Węgra był to powrót do gry po kilku meczach pauzy spowodowanej kontuzją. Szoboszlai zmienił młodego Nyoniego, a przecież rok temu to po jego trafieniu z rzutu wolnego Liverpool pokonał na Anfield Arsenal 1:0. W tym starciu sprawy dla The Reds nie układały się jednak kolorowo, więc szkoleniowiec gospodarzy sięgnął po kolejnego zmiennika. Na placu gry w 67. minucie pojawił się dynamiczny skrzydłowy Rio Ngumoha.

Chwilę potem to Arsenal stworzył sobie znakomitą okazję. Lewym skrzydłem popędził Tzolis, który podawał do Odegaarda. Norweg był bliski oddania strzału i tylko dobra interwencja Jacqueta uchroniła The Reds od większych kłopotów. W drugiej odsłonie wyraźnie stracili oni impet, a Kanonierzy często w walce o piłkę byli górą, co napędzało ich wypady z własnej połowy.

Najbliżej podwyższenia prowadzenia goście byli chyba w 73. minucie. To wtedy z prawej strony równolegle do linii końcowej piłkę zagrał Madueke, a z pierwszej piłki na strzał zdecydował się Tzolis. Wszystko działo się poza polem karnym, więc odległość do bramki Alissona była spora, ale próba Greka była mocna i precyzyjna. Brazylijczyk ze sporym trudem wybił jednak strzał poza bramkę i skończyło się tylko na rzucie rożnym dla mistrzów Anglii.

Reklama

Ostatni kwadrans upłynął na dośrodkowaniach i staraniach Liverpoolu, ale zdecydowanie brakowało z ich strony konkretów. Ostatecznie na koniec meczu mimo siedemnastu uderzeń, The Reds skończyli bez choćby jednego celnego strzału. Podopieczni Iraoli nie mieli pomysłu na to, jak sforsować perfekcyjną tego dnia defensywę Arsenalu. Wraz z końcowym gwizdkiem Andy’ego Madleya sektor gości wybuchnął entuzjazmem, a fani Kanonierów mogli świętować pierwsze zwycięstwo na Anfield po czternastu latach przerwy.

Wobec porażki Manchesteru City z Brighton, Arsenal został również samodzielnym liderem Premier League z trzema punktami przewagi nad The Citizens. Liverpool poniósł drugą porażkę w sezonie i wypadł poza czołową czwórkę. Przeciwko tak świetnie zorganizowanej defensywie gospodarze nie byli w stanie zrobić wiele więcej, a Gabriel czy Ezri Konsa pokazali prawdziwy popis. Kanonierzy zostawili za sobą kompromitację z Pucharu Ligi i pokazali, że nadal drzemie w nich ogromna siła.

Reklama

fot. Newspix

3 komentarze
Wojciech Piela

Uwielbia sport, czasem nawet próbuje go uprawiać. W przeszłości współtworzył legendarne radio Weszło FM, by potem oddawać się pasji do Premier League na antenie Viaplay. Formaty wideo to jego żywioł, podobnie jak komentowanie meczów, ale korzystanie z języka pisanego również jest mu niestraszne. Wytężone zmysły, wzmożona czujność i mocne zdrowie – te atrybuty przydają mu się zarówno w pracy, jak i życiu codziennym. Żyje nadzieją na lepsze jutro słuchając z zamiłowaniem utworów Andrzeja Zauchy czy Krzysztofa Krawczyka – bo przecież bez przeszłości nie ma przyszłości.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama