W końcu. 446 minut czekali kibice Tottenhamu na pierwszego gola w sezonie ligowym. Udało się w samej końcówce starcia z Aston Villą, jednak to marny pozytyw dla sympatyków Spurs, bowiem stało się to przy trzybramkowym prowadzeniu rywali. Podopieczni Unaia Emery’ego na nadmiar goli w bieżącej kampanii również nie narzekają, ale w sobotnie popołudnie podreperowali swój dorobek i nie wypuścili zaliczki z rąk.
Tottenham przegrał z Aston Villą. Suzuki bronił jak w transie
Przed spotkaniem skupialiśmy się głównie na wstydliwej serii Spurs, ale i Aston Villa miała w pierwszych czterech kolejkach spore problemy ze strzelaniem. W przeciwieństwie do Kogutów The Villans zdobyli co prawda bramkę, ale po pierwsze, miało to miejsce w ostatni weekend, a po drugie dotychczas oddali dwa razy mniej celnych strzałów od sobotniego przeciwnika. Zresztą w pierwszych trzech ligowych meczach tylko raz zatrudnili bramkarza rywali.
Początek meczu w Londynie wskazywał na to, że i w starciu z Tottenhamem mogą być pod tym względem ciężary. W pierwszych dwudziestu minutach Spurs mieli gigantyczną przewagę w posiadaniu piłki i szły za tym sytuacje bramkowe. W każdej groźniejszej akcji palce maczał Savio.
Najpierw po kiksie Solankego dwukrotnie strzelił w Suzukiego. Chwilę później obsłużył podaniem wprowadzonego w miejsce kontuzjowanego Pedro Porro Archiego Graya, ale japoński bramkarz szczęśliwie interweniował nogą. Minęło kilkanaście sekund, a golkiper The Villans znów musiał parować próbę Brazylijczyka, tym razem z woleja. Wszystko w ciągu jakichś dziesięciu minut, a przez około 1/3 tego czasu Porro leżał na murawie.
Mogło się to podobać, tylko był pewien problem. Znowu nic nie wpadło.
Aston Villa tymczasem początkowo sprawiała wrażenie, jakby bała się odkryć. Utknął nam w pamięci obrazek, kiedy Jackson znajdował się na skrzydle, chciał podać w pole karne, ale nikt z jego kolegów nie kwapił się do wejścia w szesnastkę rywala.
I niewykluczone, że taki stan rzeczy trwałby dłużej niż do 27. minuty, gdyby nie prosta strata Kogutów na własnej połowie. Gościom wystarczyły trzy podania i przed szansą stanął Buendia, jednak Kinsky świetnie obronił. Od tamtej pory mecz nam się wyrównał.
Manzambi wrócił i od razu strzelił
Przed przerwą z dystansu pogrozili jeszcze Nicolas Jackson oraz Sandro Tonali, natomiast wiele wskazywało na to, że do przerwy goli nie zobaczymy. Inne plany miał jednak Andy Robertson. W ostatnich sekundach pierwszej połowy Szkot starał się uratować piłkę w boisku, zanim ta wyjdzie na rzut rożny i zagrał… pod nogi rywala. McGinn od razu wycofał do Kamary, a ten oddał na tyle nieudany strzał, że zamienił się on w asystę przy trafieniu Manzambiego.
Szwajcar wraca do pełni sił po kontuzji, po raz pierwszy znalazł się w wyjściowym składzie The Villans w tym sezonie i od razu odpłacił się golem. Po przerwie z kolei dołożył asystę, zagrywając do Nicolasa Jacksona, który z łatwością oszukał van de Vena i precyzyjnym strzałem pokonał Kinsky’ego. Całą akcję zapoczątkował dalekim podaniem Zion Suzuki, a później defensorzy Spurs przegrywali kolejne pojedynki, co doprowadziło do drugiej bramki gości.
A dziesięć minut wcześniej mogło być 1:1. Ba, nawet taki rezultat pojawił się na tablicy wyników, a kibice Spurs mogli cieszyć się z pierwszego gola w sezonie Premier League. Nie na długo. Trafienie Mohammeda Kudusa nie zostało uznane ze względu na wcześniejszą pozycję spaloną Robertsona.
Bramka ta mogła dać dużo nadziei graczom gospodarzy, zresztą wystarczyło spojrzeć na twarze piłkarzy Tottenhamu, gdy sędzia Barrott konsultował się z VAR-em. Podopieczni Roberto de Zerbiego otoczyli arbitra i wręcz błagalnym wzrokiem prosili siły wyższe o uznanie gola. Na nic się zdały ich modły, a chwilę później Jackson ich przygasił.
Dzieła zniszczenia dopełnił niedługo później perfekcyjnym strzałem z dystansu Emiliano Buendia i wielu fanów Spurs nie wytrzymało. Sympatycy londyńskiego klubu zaczęli masowo opuszczać stadion…
i przegapili najskuteczniejszy Tottenham w tym sezonie.
Przebudzenie Tottenhamu
Tottenham dłuuugo bardzo nieudolnie starał się gonić wynik. W pewnym momencie mieli nawet 80% posiadania piłki w samej drugiej połowie, a do 85. minuty nie potrafili oddać celnego strzału. Odrobinę radości tym kibicom, którzy zdecydowali się pozostać na stadionie, dał w końcu Conor Gallagher. Wprowadzony chwilę wcześniej z ławki Anglik dostawił nogę do zagrania Kudusa, a jego próby nie zdołał zablokować Matty Cash. I gospodarze w końcu na poważnie wzięli się za odrabianie strat, choć zostało im dziesięć minut z doliczonym czasem gry.
Finalnie miejscowych było stać tylko na zmniejszenie strat – w ostatniej akcji meczu gola kontaktowego strzelił Jan Paul van Hecke, który wykorzystał drzemkę Tyrone’a Mingsa. Na więcej sędzia już nie pozwolił. Tottenham spadł do strefy spadkowej i tam spędzi przerwę reprezentacyjną. Ponownie Spurs nie dali rady odwrócić wyniku, gdy jako pierwsi stracili bramkę, a ostatnio ta sztuka udała im się dwa lata temu. W 2026 roku zdobyli zaledwie 18 punktów w 25 spotkaniach ligowych. W końcu udało im się strzelić gola, nawet dwa, ale marne to pocieszenie, gdy ma się na koncie zaledwie dwa punkty.
Aston Villa z kolei wygrała pierwszy mecz ligowy, a cieszyć Emery’ego może dobra forma Jacksona, Manzambiego czy Suzukiego, który choć stracił dwa gole, to przy żadnym nie miał szans.
Tottenham – Aston Villa 2:3 (0:1)
- 0:1 – Johan Manzambi 45’+4′
- 0:2 – Nicolas Jackson 67′
- 0:3 – Emiliano Buendia 79′
- 1:3 – Conor Gallagher 86′
- 2:3 – Jan Paul van Hecke 90’+8′
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix