Arsenal to kolejny skalp Brighton w tym sezonie. Drużyna Fabiana Hürzelera pokonała już Aston Villę i Chelsea w lidze oraz kilka dni temu Manchester United w Pucharze Ligi. Teraz do tego grona dołączyli mistrzowie Anglii, którzy wyjechali z Amex Stadium z trzybramkowym bagażem. Do tej pory podopieczni Mikela Arteta stracili trzy gole we wszystkich meczach tego sezonu, z czego dwa w starciu Pucharu Ligi z Ipswich, już przy wysokim prowadzeniu.
Precyzyjne Mewy…
Ale nawet nie te liczbowe wisienki są najlepszą recenzją występu „Mew” w dzisiejszym meczu. Najlepiej świadczy o nim sam przebieg gry. Arsenal, który w tym sezonie robił z rywalami, co chciał, tym razem był kompletnie bezradny. Od początku to gospodarze sprawiali lepsze wrażenie. W 7. minucie strzał Charalambosa Kostulasa dobrze wybronił David Raya.
I był to sygnał dla zespołu Hürzelera, że jeśli chce się pokonać hiszpańskiego golkipera, trzeba wznieść się na wyżyny. Z tego założenia wyszedł Pascal Gross. Doświadczony Niemiec uderzył zza pola karnego z chirurgiczną precyzją. Piłka odbiła się od słupka i wylądowała w siatce.
Arsenal nie potrafił zareagować na przyjętego gonga. Dopiero w 45. minucie zapachniało bramką na 1:1. Kontra „Kanonierów” zakończyła się jednak fiaskiem. Strzał Martina Odegaarda został wyblokowany, sytuacyjna dobitka Bukayo Saki trafiła wprost w ręce Barta Verbruggena. Nie była to jednak najgorsza wiadomość dla gości. Po chwili Brighton podwoiło swoje prowadzenie. Kostoulas uderzył z taką samą precyzją jak Gross – tym razem po dalszym słupku. Raya wyciągnął się jak długi, ale znów mógł jedynie pomarzyć o skutecznej interwencji.
Look as those La liga defenders stood there and watched the Brighton player shoot
You’ll never find this space to shoot in the premier league especially against Arsenal
— G🦅 (@G_amanfo) September 19, 2026
Arsenal nie potrafił przejąć inicjatywy w pierwszej połowie, a po przerwie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Konsekwentnie i bardzo dobrze grające Brighton całkowicie unicestwiło atuty The Gunners. Mało tego, w 57. minucie sytuacja obrońców tytułu była już katastrofalna. Dośrodkowanie z rzutu rożnego Grossa trafiło na głowę Chemy Andresa, a ten przy dość biernej postawie defensywy rywali wpakował gola na 3:0. Szok i niedowierzanie – przynajmniej z perspektywy kibiców Arsenalu.
… i bezradny Arsenal
Kolejne minuty meczu to nieudolne próby gości. Londyńczycy w niczym nie przypominali drużyny z poprzednich meczów w tym sezonie, mogli nawet stracić czwartą bramkę, ale Pascal Struijk po centrze z rożnego chybił celu. Dopiero w 78. minucie mocno zapachniało golem dla ekipy Artety. Kai Havertz przegrał jednak pojedynek oko w oko z Verbruggenem.
Rezultat meczu nie uległ już zmianie. „Kanonierzy” nijak nie potrafili przedostać się pod bramkę Brighton. Ba, to „Mewy” mogły dorzucić kolejnego gola. Po szybkim ataku Matt O’Riley został jednak zatrzymany znakomitą interwencją Rayi. Dobitka Malicka Yalcouye wylądowała na konstrukcji bramki.
Arteta może żałować, że przerwa reprezentacyjna nie zaczęła się wcześniej. Jego zespół może stracić fotel lidera ligi, a na pewno stracił nimb bycia nieosiągalnym dla całej ligi, który zaczął funkcjonować w ostatnich tygodniach. Brighton wytarło podłogę Arsenalem. I nie jest to przesada.
Brighton – Arsenal 3:0 (2:0)
- 1:0 – P. Gross ’31
- 2:0 – C. Kostoulas ’45
- 3:0 – C. Andres ’57
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix