Adrian Siemieniec miał opinię trenera idealnego. Celowo używam czasu przeszłego, bo sprawa, która niedawno wyszła, mocno w ten wizerunek uderza i będzie uderzać. Trener Jagiellonii musi sobie poradzić z sytuacją kryzysową wokół własnej osoby. Zaczął to robić przed meczem z Wisłą Kraków (0:2) i po nim, na konferencji prasowej. Wyszło tak sobie. Choć w całej tej sprawie są okoliczności broniące Siemieńca, a część ataków na niego i porównania do czasów „Fryzjera” uważam za niezrozumiałe, mnie też zabrakło słowa „przepraszam” albo „żałuję”.
Masz opinię znakomitego trenera i świetnego człowieka. Dobrego człowieka, który jak mało kto w polskiej piłce umie w relacje interpersonalne. Który potrafi rozmawiać z piłkarzami i budować grupę zmotywowaną do wygrywania. Z Jagiellonią Białystok zdobywasz mistrzostwo Polski, później dwa razy z rzędu zajmujesz trzecie miejsce w lidze. Bardzo dobrze radzisz sobie w Lidze Konferencji, wreszcie – eliminujesz Rangersów i dostajesz się do fazy ligowej Ligi Europy. Masz 34 lata, jesteś o dwa lata młodszy od np. Jesusa Imaza, a wymienia się już ciebie jako przyszłego selekcjonera reprezentacji.
Taki mniej więcej wizerunek ma Adrian Siemieniec. A może należałoby napisać: „miał”?
Chyba tak, bo sprawa wysyłanych smsów do Arkadiusza Kamila Wójcika, dotyczących tego, by sędzia Paweł Raczkowski w spotkaniu przedostatniej kolejki sezonu 2025/2026 (GKS Katowice – Jagiellonia) ostrzegał ewentualnie sztab gości, że któryś zawodnik jest blisko żółtej kartki, mocno ten nieskazitelny wizerunek narusza.

Siemieniec po wspominanym meczu GKS-Jagiellonia (2:2)
W sprawie Adriana Siemieńca „wracają pytania z czasów afery Fryzjera”? Nie przesadzajmy
Oczywiście, Siemieniec został w to trochę wplątany. To właściwe słowo, bo chyba każdy rozumiejący następstwa przyczynowo-skutkowe ma świadomość, że gdyby nie wojna wspomnianego już Wójcika z Kolegium Sędziów i jego oskarżenia, ten temat prawdopodobnie nie przedostałby się do mediów. Gdy czytam na platformie X wpisy Szymona Jadczaka z Wirtualnej Polski, współautora tekstu o sprawie Siemieńca, który mówi, że wracają pytania z czasów afery „Fryzjera” albo domaga się zawieszenia licencji trenerowi i zakazania mu prowadzenia drużyny, mam wrażenie przesady. I nie, nie należę do tych, którzy wyśmiewają lub lekceważą tę sprawę.
Ona jest poważna, szkoleniowiec ewidentnie przekroczył granicę i oczywiście powinien zostać ukarany, ale według mnie nie tak surowo, jak wiele osób, które lubią popadać ze skrajności w skrajność, sugeruje np. w mediach społecznościowych. Mam zresztą wrażenie, że Adrian Siemieniec to doskonale wie, bo słuchając go przed spotkaniem z Wisłą Kraków (0:2) i po nim, na konferencji prasowej, widziałem człowieka, który mocno przeżył ostatnie godziny. Który ma problem ze skupieniem się na piłce, na meczu. Który jest trochę jak zbity pies. I który ma świadomość, że pojawił się poważny kryzys wizerunkowy i trzeba mu możliwie najlepiej stawić czoła.
Według mnie, Siemieniec radzi sobie z nim tak sobie.
Najpierw, przed spotkaniem, był wywiad w Canal+Sport, przeprowadzany przez Błażeja Łukaszewskiego, który ewidentnie był uprzedzony, że szkoleniowiec będzie chciał zabrać głos na ten temat. To akurat na plus, bo całkowite przemilczenie tematu, taktyka na zasadzie: „Nie zamierzam tego komentować. Skupmy się na meczu, gramy dzisiaj z Wisłą Kraków”, byłaby na pewno błędem. Siemieniec zaczął od wyjaśnień, że owszem, wziął udział w posiedzeniu komisji w tej sprawie, ale ono miało charakter wyjaśniający, co jest kluczowe w tej kwestii. Przyznał, że złożył wyjaśnienia i nie ma żadnej wiedzy, by toczyło się przeciwko niemu jakieś postępowanie dyscyplinarne w wyniku naruszenia przepisów.
🗣️Adrian Siemieniec: „Mam świadomość tego, że wysyłanie tych wiadomości było niepotrzebne. Był to błąd. Oczywiście nie miałem żadnych złych intencji, ale sposób komunikacji, który wybrałem był niepotrzebny… Mogę obiecać, że to się już nie powtórzy”.
📺 Super Piątek oglądaj w… pic.twitter.com/zFx0UmUzRI
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) September 11, 2026
Stwierdził: „Mam pełną świadomość tego, że wysyłanie tej wiadomości było niepotrzebne. I że to był błąd. Na pewno to dla mnie duża lekcja, nauczka i wyciągnę wnioski na przyszłość. Taka sytuacja z mojej strony już się nie powtórzy”.
Podziękował też Komisji Ligi za opublikowanie oświadczenia, które w jego odczuciu pomogło lepiej zrozumieć całą sprawę.
Tu jeszcze wypadł nieźle, szczerze. Widać było spore zdołowanie.
Jagiellonia zagrała z Wisłą Kraków fatalnie. Piłkarz przyznał, że okoliczności miały na to wpływ
Później nastąpił mecz, katastrofalny w wykonaniu jego drużyny. Wisła ograła Jagiellonię 2:0, a mogła nawet wyżej, bo totalnie ją zdominowała. Jedni zagrali najlepsze spotkanie w sezonie, a drudzy – jeden z najgorszych meczów za kadencji Siemieńca. Schodzący z boiska na przerwę Norbert Wojtuszek przyznał przed kamerami, że to, co działo się w przestrzeni medialnej, ma pewien wpływ na występ Jagiellonii.

Mecz Wisła – Jagiellonia (2:0)
W drugiej połowie kibice Wisły zaintonowali: „Siemieniec! Co? SMS!”, a następnie: „Sprawdźcie sędziego, Siemieniec pisał do niego!”.
Podobna ironia, szydera będzie się pewnie teraz powtarzać na kolejnych stadionach. Podobnie jak trudne pytania.
Po meczu z Wisłą była konferencja prasowa. Siemieniec, który generalnie bardzo dobrze radzi sobie w takich wystąpieniach, tutaj pozostawił po sobie gorsze wrażenie. Co ciekawe, na kanale Jagiellonii na YouTube jest tylko nieco ponad osiem minut konferencji. Oświadczenie szkoleniowca, który powtórzył to samo, co w rozmowie z Łukaszewskim, później krótki komentarz do samego spotkania i jedno pytanie, o wyjątkowo mało stwarzanych sytuacji. Żeby obejrzeć resztę, trzeba znaleźć inne źródło.
A później dziennikarze – czemu nie można się dziwić – drążyli temat wiadomości wysłanej do Arkadiusza Kamila Wójcika.
Pierwsze pytanie – czy miał świadomość, że nie może kontaktować się z sędzią. Trener Jagiellonii zaczął się powtarzać, mówiąc, że złożył wszelkie wyjaśnienia przed komisją i dodał, że prawo nie za bardzo pozwala mu na wchodzenie w szczegóły tego tematu. Kolejne – czy to był pierwszy raz, gdy pisał takie coś do arbitra. Odpowiedź Siemieńca, krótka: „Pierwszy i ostatni”. Gdy dziennikarz dopytywał w kwestii intencji, jak trener mógł nie mieć złych, skoro ewidentnie chciał, by arbiter współpracował z Jagiellonią, szkoleniowiec znów stwierdził, że wszystko, co miał powiedzieć, już powiedział, składając wyjaśnienia przed komisją.

Siemieniec na konferencji prasowej
Po pytaniu Piotra Jawora o to, czy teraz nie będzie tak, że Jagiellonii za całą tę sprawę będzie się dostawać z trybun kolejnych obiektów, jako tej faworyzowanej przez sędziów, Siemieniec zaczął mówić o tym, jak odpowiedzialna i trudna jest praca arbitrów. Dodał, że nie ma takich obaw.
Padło pytanie o przeprosiny i żałowanie sytuacji. Odpowiedź Adriana Siemieńca może trochę dziwić
Widać było, że szkoleniowiec nie czuje się dobrze, gdy padają kolejne pytania w tej sprawie. Padło jeszcze jedno, ważne. Maciej Kmita z serwisu WP SportoweFakty zapytał go, czy zdobędzie się w tej sytuacji na słowo „przepraszam” albo „żałuję”, słusznie zauważając, że nic takiego nie padło. Było tylko stwierdzenie o błędzie, dużej lekcji i o tym, że takie coś się nie powtórzy.
Siemieniec odpowiedział: – To kolejne pytanie w tym temacie i ja kolejny raz odpowiadam tak samo. Specjalnie wygłosiłem to, co wygłosiłem na początku i potem odpowiadałem już tak samo na kolejne pytania. Odpowiem raz jeszcze: wszelkie wyjaśnienia składałem przed komisją, a to, co chciałem powiedzieć na temat swojej refleksji i uporządkowaniu faktów prawnych, powiedziałem i nic więcej w tym temacie nie będę dodawał.
Trochę to dziwne, bo przeprosiny, niezależnie od okoliczności całej sprawy, się jednak należą: kibicom i innym osobom z otoczenia. Siemieniec mógł dodać to jedno zdanie, ale postanowił być wierny narracji, którą – takie mam wrażenie – opracował przed meczem, prawdopodobnie z osobami mającymi wiedzę na temat komunikacji. Mam jednak wątpliwości, czy było to rozwiązanie właściwe. Wiadomo, jaki mamy świat – wycinek konferencji z pytaniem o przeprosiny i odpowiedzią szkoleniowca lata teraz po internecie, a ludzie oceniają to wszystko, głównie na bazie tych właśnie kilkudziesięciu sekund.
Całość przekazu w sytuacji kryzysowej, przed i po spotkaniu, wypadła tak sobie. Było widać chęć zmierzenia się z tematem, ale też zdruzgotanie i nieco maskowaną złość na to wszystko, na kolejne trudne pytania. A może i na fakt, że to wyszło publicznie?
Niektórzy pewnie zrobią ze mnie zaraz, mimo wszystko, obrońcę Siemieńca, ale prawda jest taka, że pisałbym to samo, gdyby chodziło o Marka Papszuna, Jacka Zielińskiego czy Nielsa Frederiksena. Wina trenera jest w tej sytuacji dla mnie oczywista, brak bezpośrednich przeprosin mnie dziwi, ale jeszcze bardziej dziwi mnie narracja, kreowana przez tych, którzy chcą teraz jego ukrzyżowania. Szczerze? Dziwi mnie, że Siemieniec w ogóle w takiej sprawie kontaktował się z sędziami. Przecież to, czy jakiś zawodnik jest bliżej kartki, bo np. sfaulował wcześniej dwa razy, albo jest zmęczony, czy rywal gra często jego strefą, widać całkiem nieźle zza linii bocznej. Ale zostawmy to. Mimo wszystko widzę sporą różnicę między kontaktowaniem się z arbitrem przyszłego meczu w takiej kwestii, a tym, co załatwiało się z sędziami w niesławnych czasach, w wyniku których wielu osobom pozostała z nazwiska tylko pierwsza litera.
A już wmieszanie w to wszystko (w dzisiejszym artykule Wirtualnej Polski) asystenta Siemieńca – Hermesa – który został w przeszłości prawomocnie skazany za korupcję, to dla mnie niezrozumiały zabieg, który jest chyba wyliczony na zrobienie wrażenia na pragnących krwi czytelnikach, mających trochę problem z zestawianiem faktów.
Nie zmienia to jednak tego, że Adrian Siemieniec ma problem. Duży problem. Jeżeli PZPN by sprawę zbagatelizował i w ogóle go nie ukarał (w co wątpię), to też będzie niezrozumiałe.
Kluczowy w tym wszystkim jest zdrowy rozsądek.
JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl