Gra dla dziadka, uratowały ją tatuaże. Julia Szczurowska i jej kręta droga do kadry

Sebastian Warzecha

05 września 2026, 11:00 • 17 min czytania 10

Reklama
Gra dla dziadka, uratowały ją tatuaże. Julia Szczurowska i jej kręta droga do kadry

W polskiej lidze debiutowała jako szesnastolatka i już w czwartym meczu została MVP. Po poważnej kontuzji na życie przez moment zarabiała tatuowaniem. Wśród hobby wymienia skoki ze spadochronem i ma ich już kilka na koncie. Siatkarzem był jej ojciec, a brat – jej zdaniem – ma do tego sportu większy talent od niej. Julia Szczurowska na debiut w kadrze czekała długo, obserwując jak jej koleżanki z juniorskich czasów już w niej grają. W międzyczasie miała nawet propozycję zmiany obywatelstwa, z której nie skorzystała. Gdy wreszcie do reprezentacji weszła, to z miejsca stała się w niej istotna. Na mistrzostwach Europy w kluczowych momentach po prostu nie zawodzi. Czy pomoże Polsce wejść do finału?

Reklama

Julia Szczurowska. Nowa bohaterka siatkarskiej kadry Polski

Ćwierćfinałowy mecz z Holandią. Z ławki na parkiet w różnych momentach wchodzą Julia Szczurowska, jej przyjaciółka, czyli Paulina Damaske i Martyna Czyrniańska. Każda dokłada coś od siebie, każda jest istotna dla końcowego zwycięstwa. I to nie pierwszy raz na tym turnieju. Szczurowska od początku jest w formie. Świetnie grała w pięciu meczach grupowych, pomogła wygrać z Portugalią w 1/8 i wreszcie te Holenderki.

Nie widać absolutnie, że choć ma 25 lat, to jej pierwszy w życiu turniej mistrzowski z seniorską reprezentacją. Wygląda, jakby grała w niej od dawna. Przypominają się dawne rozmowy. Jak ta dla „Gazety Wrocławskiej”, z 2017 roku, gdy wchodziła, jako 16-latka, do polskiej ligi:

– Kiedy przychodzi do końcówek, do trudnych momentów, to nie czuję się sparaliżowana. To jest potrzebne, bo w takich chwilach zaczyna się siatkówka. Podchodzę do starszych zawodniczek z szacunkiem, ale na boisku ta różnica dla mnie nie istnieje. Nie patrzę na to, kogo mam po drugiej stronie siatki. Ja tam po prostu widzę swoją przeciwniczkę.

Reklama

To jej ewidentnie zostało, nadal jest pewna swego, nadal nie przejmuje się tym z kim i o co gra. A przecież Polki w półfinale mistrzostw Europy – czy którejkolwiek z trzech wielkich reprezentacyjnych imprez – nie były od siedmiu lat. Miały też w tym roku swoje problemy. Holenderki w dodatku nie odpuszczały, nie można było pozwolić sobie na błędy. A ona wchodziła z kwadratu dla rezerwowych i trafiała. Wykończyła 6 na 9 ataków, zdobyła 8 punktów.

I tak to wygląda przez całe mistrzostwa. Wejście do kadry, jakie notuje Julia, jest pod tym względem wybitne.

A czekała na tę okazję prawie dekadę.

Reklama

Niezwykły talent

Nie musiała trafić do siatkówki, mimo że jej ojciec przez lata w nią grał. Wojciech Szczurowski w latach 1993-2011 reprezentował barwy Chełmca Wałbrzych, AZS Olsztyn, AZS Politechniki Warszawskiej, KS Gwardii Wrocław, Trefla Gdańsk, Burzy Wrocław czy Stali Nysa. Nigdy nie doszedł do reprezentacji Polski, ale był solidnym ligowcem, znanym czy to w środowisku, czy to kibicom.

Tata zabierał mnie na mecze, gdy jeszcze nosiłam pampersy. Biegałam gdzieś po hali, a kiedy udzielał wywiadów, to często miał mnie na rękach. Tak samo zresztą było z moim bratem. Oczywiście na pierwszy trening zabrał mnie tata, ale skoro przez cały czas obserwowałam go na meczach, to było naturalne, że chcę spróbować tego co on – wspominała Julia we wspomnianej rozmowie z „Gazetą Wrocławską”.

A jednak siatkówka nie była pierwszym sportem, jaki uprawiała. Mówi mi o tym sam Wojciech Szczurowski.

– To może zabrzmi śmiesznie, ale ja wręcz moje dzieci odciągałem trochę od siatkówki. Wiedziałem, że zawsze będzie takie piętno – jak u Dawida Murka czy Jarka Szalpuka – że ojciec grał, więc on coś załatwił. Dlatego chciałem, żeby moje dzieci nie miały tego „narzutu”. Julka zaczynała od pływania, potem było judo we Wrocławiu, co uważam miało ogromny wpływ na to, jaka jest sprawna. Później poszła na trening siatkówki i powiedziała „tato, nie zawracaj mi głowy, ja chcę grać w siatkówkę i będę w nią grała”. Tak to wyglądało, tego się nie dało powstrzymać.

Reklama

Julia została więc siatkarką i szybko zaliczała kolejne szczeble kariery. Bardzo szybko. Na najwyższy szczebel rozgrywkowy w kraju trafiła jako 16-latka. Zakontraktował ją wrocławski Impel (obecnie #VolleyWrocław). Miała być zmienniczką Magdaleny Wawrzyniak, ale na starcie sezonu wyszło, że ta miała swoje problemy, przez które musiała wyjechać na chwilę z Wrocławia tuż przed inauguracją sezonu. W efekcie Julia zagrała w pierwszym meczu ligowym w szóstce.

Zdobyła 16 punktów, najwięcej ze wszystkich siatkarek. Trzy mecze później odebrała pierwszą nagrodę dla MVP spotkania. Do dziś jest najmłodszą siatkarką w historii ligi, której się to udało.

Julia Szczurowska w barwach Impelu Wrocław. Fot. Newspix

Reklama

Wspominała w tamtym okresie, że nie było łatwo. Przeskok do seniorek dla młodej dziewczyny był bardzo obciążający pod kątem fizycznym. Jednak w klubie chcieli na nią stawiać i stawiali, a o to chodziło – podpisywała kontrakt, w którym właściwie nie liczyły się pieniądze, celem był jej rozwój, a we Wrocławiu ogółem starali się stawiać na perspektywiczne zawodniczki. Julia była jedną z nich, po prostu najmłodszą.

Z czasem jednak sprawy się skomplikowały. Wspomina Wojciech Szczurowski:

– Była jedna taka sytuacja we Wrocławiu. Zabrałem wtedy Julkę, bo miała problemy z barkiem – na tle nerwowym – za własne pieniądze do Włoch, żeby ją wyleczyć. Zostało wtedy wylane na nią wiadro hejtu przez pewnego pana, dziś trenera w ekstraklasie. […] Jeżeli ktoś w klubie pozwala sobie na komentowanie i „jechanie” po zawodniczce, która ma 16 lat i stawia pierwsze kroki w ekstraklasie, to ostatecznie doszliśmy do wniosku, że to chyba za wcześnie. Zrobiliśmy wtedy krok do tyłu. Musiałem wtedy wybierać pomiędzy dobrem dziecka a ego jakiegoś pana. Postawiliśmy na to, by mogła się rozwijać.

Tak więc – na moment nastąpiło spowolnienie. A potem? Potem był wyjazd.

Reklama

Filmowy kierunek

Decyzja była nietypowa. Wciąż młoda, niepełnoletnia siatkarka o wielkim potencjale, zamiast rozwijać się w Polsce, wyjechała do Francji. A tamtejsza liga przesadnie popularna w naszym kraju jednak nie jest. Julia trafiła jednak do klubu wielokrotnego mistrza kraju, który walczył o odzyskanie korony – RC Cannes, mieście słynnego festiwalu. Skąd ta decyzja? Tłumaczy tata Julii.

– Jak to wiadro pomyj się wtedy wylało, gdy Julka grała w Impelu, to doszliśmy do wniosku, że może trzeba wyjechać i sprawić, żeby ona mogła odpocząć, szczególnie mentalnie, i spokojnie się rozwijać, a nie wysłuchiwać, że jest krnąbrna i tata się „wpierdziela”. Akurat wtedy przytrafiła się taka możliwość, że Julka mogła wyjechać do Francji. W klubie z ogromnymi tradycjami, z bardzo dobrym trenerem, bo Riccardo Marchesi był tam wtedy szkoleniowcem.

Julia we Francji spisywała się naprawdę dobrze. Grała nieźle, chwalono ją, rozwijała się jako zawodniczka. W rozmowie z „Wprost” mówiła po latach, że ten wyjazd dał jej odwagę, której brakowało jej jednak nieco we Wrocławiu. Bo choć charakter zawsze miała taki, że na parkiecie walczyła i robiła swoje, to równocześnie sporo było w niej niepewności.

– Będąc na boisku skupiałam się, żeby nie popełnić dwóch błędów, bo pewnie zaraz trener mnie ściągnie. A po pobycie we Francji? Błędy stały się nieodzownym elementem podejmowanego ryzyka. Zejdę z boiska? Okej, trzeba to zaakceptować. A wkrótce pewnie dostanę szansę, żeby znowu pomóc koleżankom. We Francji poziom ligi jest bardziej spłaszczony. U nas jest ta żelazna trójka-czwórka, które między sobą rozdaje medale. To też była ciekawa nauczka.

Reklama

Z Cannes Julia zdobyła mistrzostwo Francji. Grała też w Lidze Mistrzyń, ale to właśnie te rozgrywki okazały się pechowe. W trakcie jednego z meczów zderzyła się z koleżanką, doznała poważnego urazu, który na jakiś czas wyeliminował ją z gry. W efekcie finalnie – na początku 2020 roku – wróciła do ojczyzny. Trafiła do kaliskiej Energi, grała w niej półtora sezonu.

Potem byli Grot Budowlani Łódź, mocniejsza ekipa. I tam na dobre rozwinęły się plotki o tym, że współpracować z Julią Szczurowską nie jest łatwo.

Kwestia reputacji. Charakter nie pomógł?

Julia Szczurowska zawsze była szczera i miała mocny charakter. Ma to po ojcu, sama tak mówi i on też to przyznaje. Zresztą w rozmowach z przeszłości polska siatkarka twierdziła, że trochę reputacji, która do niej przylgnęła, chyba należało się Wojciechowi Szczurowskiemu właśnie. Choćby dla „Wprost”, przed trzema laty, opowiadał o tym tak:

– Powiedzmy sobie otwarcie, on chciał dobrze. Ale to niekoniecznie wychodziło na dobre również mnie. Bo potem wychodziło, że słowa, które on wypowiada, to jest też moja opinia. Szczurowski to jest postać, którą w środowisku siatkarskim dobrze znają. Więc jeśli w emocjach powiedział to czy tamto – o którejś z siatkarek bądź o trenerze – to niedaleka była droga, żeby to wylądowała u samego czy samej zainteresowanej. […] Najbardziej po głowie dostawałam ja. Rozmawialiśmy na początku o tej „łatce”, wiesz, ona też mogła się trochę z tego wziąć. Bo ojciec jest do bólu szczery. Ale zrozumiał, że nie jest zwykłym Kowalskim, tylko byłym siatkarzem, znanym nie tylko we Wrocławiu.

Reklama

Sam Szczurowski obecnie wspomina to nieco inaczej. I słychać, że to wątek, który nadal go nieco denerwuje. Nie przez to, że ktoś uwziął się na niego, ale przez to, że odbiło się to na Julii i jej karierze. Bo do siatkarki wkrótce przylgnęła łatka „krnąbrnej” i „trudnej do prowadzenia” zawodniczki.

Mówi Szczurowski:

– Proszę mi przyprowadzić choć jednego trenera, któremu zwróciłem uwagę w trakcie treningu. Nigdy w życiu bym tego nie zrobił, bo byłem zawodnikiem i wiem, że to najgorsze, co można zrobić. Nigdy w życiu nie wtrąciłem się przez to żadnemu trenerowi, który prowadził Julkę. A potem proszę mi przyprowadzić drugiego trenera, który powie, że Julka mu „odpyszczyła”, nie wykonała polecenia, czy nie przykładała do treningu. Nie ma takiego trenera. Najwięcej do powiedzenia na temat Julki mieli ludzie, którzy z nią nie współpracowali.

Faktycznie, o tym mówiła sama Julia – że słyszała o swojej reputacji od osób „z boku”. Wspominała wielokrotnie rozmowę z jednym z menadżerów, który cytował jej (a niektóre nawet włączył) rozmowy, jakie odbył z trenerami z Polski. Było w nich, że Szczurowska jest nieposłuszna, że nie pracuje dobrze na treningach, że lubi podyskutować z trenerem. Rzeczy, o których sama Julia mówiła, że nigdy nie miały miejsca.

Reklama

Już po latach, w rozmowie z portalem Strefa Siatkówki, dodawała:

– Nie rozumiem takiej mentalności, że ten mocny charakter nie jest tak doceniany. Ja od nikogo nie oczekuję, żeby dawał mi coś za darmo, albo ktoś wyciągał do mnie rękę. Lepszy smak ma sukces, na który sama sobie zapracuję. Nie chciałabym, żeby ktoś dał mi szansę na wyrost. Absolutnie nie. Ale uważam, że czasami takie „ciężkie”, zawzięte czy nawet pyskate dzieciaki, warto obserwować, jak one się rozwiną, jak da się im trochę wiary i wsparcia. Bo z takich dzieciaków często wyrastają prawdziwe „walczaki”.

Julia Szczurowska świętująca jedną z wygranych w barwach Grotu. Fot. Newspix

Reklama

Ona tym walczakiem była, ponoć nawet na podwórku potrafiła bronić młodszego o kilka lat brata i w tej obronie wybić jednemu z zaczepiających go chłopaków zęba. Na parkiecie też nie odpuszczała. Do tego była – i jest nadal – szczera, często mówi, co leży jej na sercu. W Łodzi na przykład spaliła przez to za sobą mosty, gdy wprost uderzyła w kibiców. Bo ci wywiesili baner „Mamy dość upokorzeń”, a do tego regularnie buczeli na swoje zawodniczki.

Jej się to nie podobało, skomentowała całą sytuację. I mówiła, że nie ma dla takich osób żadnego szacunku, dodając, że nie nazwałaby ich kibicami, za to „niektórych określiłaby po prostu świniami”.

Więc tak, to mocny charakter. Może dzięki temu nadal gra w siatkówkę.

Tatuaże uratowały karierę

To było akurat w czasie gry w Łodzi.

Reklama

Ta skończyła się w dniu meczu ze wspomnianym banerem – nie przez wypowiedzi Julii same w sobie, a przez to, że w tym samym spotkaniu doznała poważnej kontuzji kolana. Potrzeba było operacji, potem czekała ją rehabilitacja. W dodatku to była już druga „spora” kontuzja w jej karierze, pojawiło się nieco wątpliwości. Po latach sama wspominała, że choć jakoś sobie poradziła, to żałuje, że nie skorzystała z pomocy psychologa.

Potem nazywała to głupotą. Wtedy uznała, że da sobie radę.

I faktycznie, wyszła i z dołka, i z urazu. Jednak głównie za sprawą swojej pracy i pomocy rodziny. Klub? W zasadzie dołożył się symbolicznie. Nie tylko nie zapewnił pomocy przy rehabilitacji, ale akurat złożyły się na ten okres opóźnienia w wypłatach. – Gdybym miała funkcjonować za to, co dostałam w trudnym momencie od klubu, to miałabym połowę zdrowego kolana. Bo taki zwrot kosztów za zabieg dostałam. O zaległościach w wypłatach nawet nie będę wspominać, bo szkoda naszego czasu – mówiła na łamach „Wprostu”.

Zaczęła dorabiać tatuowaniem. To jedna z jej pasji, zresztą widać choćby po jej rękach, że tatuaże lubi. Przeszła odpowiednie szkolenia, kursy BHP i wszelkie inne potrzebne do tego, by samej kogoś wydziarać. I zaczęła to robić. Kilka stówek tu, kilka tam i okazało się, że da się tak funkcjonować. No, prawie, bo ostatecznie kluczowe było też wsparcie rodziny. Szczególnie ze strony ojca i dziadka, czyli, jak sama Julia wspominała, dwóch największych fanów jej kariery.

Reklama

Dziadek czekał na jej debiut w kadrze i, niestety, nie dożył. Zmarł na początku 2025 roku. Gdyby nie on, Julii mogłoby jednak w tej reprezentacji nie być. Ba, mogło nie być jej już w ogóle na parkiecie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Julia Szczurowska 🐅 (@szczurek01)

Rodzina jest najważniejsza – wspomina Wojciech Szczurowski. – Mój świętej pamięci tata był największym fanem – razem ze mną – karier Julki i Kuby. Nawet znaleźliśmy się z tatą na stronach FIVB jako „głośny klub kibica z Polski” na jednych z młodzieżowych mistrzostw Europy. Jeździliśmy, gdzie tylko mogliśmy. Co do kontuzji – zrobiliśmy wszystko, żeby Julka mogła do tego wrócić. My pomogliśmy finansowo, jednak cała zasługa, trud i ta ciężka praca po obu tych kontuzjach – to tylko Julka. To ile ona wylała potu i łez, jaki ogrom i ciężar tego, co zrobiła, to ja jestem pełen podziwu. Ja wiem, ile to ją kosztowało zdrowia. Dzięki temu jednak jest teraz w tym miejscu, w którym się znalazła.

Reklama

Teraz Szczurowska mówi, że paradoksalnie kontuzje okazały się w pewnym sensie jej pomóc. Owszem, spowolniły rozwój. Owszem, było ciężko, momentami bardzo. Jednak te urazy sporo ją nauczyły – szczególnie pod kątem podejścia do własnego organizmu, przygotowania do gry. Zaczęła bardziej o to dbać, nauczyła się „siebie”, a do tego stała się jeszcze mocniejsza mentalnie.

Po kontuzji i powrocie pozostawał jednak jeden problem – trzeba było gdzieś grać. W pewnym sensie uratował ją – co sama przyznawała – trener Michal Masek. Słowak, który pracował akurat… we Wrocławiu. Julia za jego sprawą wróciła do korzeni.

– Pamiętam naszą pierwszą rozmowę. Zadzwonił do mnie i powiedział wprost: Słyszałem o tobie to, to i to. Drugie tyle o twoim ojcu. Ale szczerze? Mnie to k…a nie interesuje. Po takich słowach zszedł ze mnie cały stres. Mašek jako pierwszy faktycznie wystawił mi czystą kartę na start, nie miał do mnie uprzedzeń – mówiła sama Szczurowska Strefie Siatkówki.

We Wrocławiu pograła niespełna dwa lata. Potem na moment trafiła do Francji, do Beziers Volley, a stamtąd poszła do Turcji. I w niej została.

Reklama

Długa droga do kadry

W sezonie 2023 po raz pierwszy znalazła się na szerokiej liście powołanych do reprezentacji Polski. Rozmawiała ze Stefano Lavarinim, telefonicznie, ale w zasadzie na tym się wtedy skończyło. Nie pojechała nawet – jak i kilka innych zawodniczek – na zgrupowanie do Szczyrku, pełniła swego rodzaju rolę rezerwowej, która mogła być dowołana, gdyby była taka potrzeba.

Nie było. Więc Szczurowska mogła tylko cieszyć się tym, że znalazła się w orbicie zainteresowań selekcjonera. I to w zasadzie tyle.

Potem przez dwa lata nie działo się nic. Ale w sezonie 2024/25 poszła w górę. Najpierw grała w Nilufer Belediyesporze Eker, ale spędziła tam tylko trzy miesiące. Po nich poszła od razu do stambulskiego Besiktasu i z miejsca zaczęła być liderką zespołu. Z wielu powodów był to jednak dla niej trudny okres. Na początku pobytu w Turcji, jeszcze w pierwszym klubie, zaczął nękać ją stalker. Pisał na Instagramie, groził, sugerował, że wie, kiedy Julia wychodzi na spacery z psem.

Mocno wpływało to na jej psychikę.

Reklama

Potem zmarła jej dobra przyjaciółka, Pilar Marie Victoria. Znały się z gry we Francji, były ze sobą blisko. W Bursie miały grać razem, ale jeszcze przed sezonem znaleziono ją martwą w mieszkaniu po tym, jak nie pojawiła się na treningu.

– Nie mogłam się w ogóle pozbierać, ale wiedziałam, że od tego momentu będę grała nie tylko dla siebie, ale też dla niej. Dla mnie to był bardzo ciężki sezon. Traciłam ludzi, których kocham tak szybko. I tylko czułam, jak grunt spod nóg mi się usuwa. Dostałam taką możliwość od klubu, by po tym wszystkim wrócić do Polski. Wszystkie dostałyśmy kilka dni wolnego i każda z nas mogła wrócić do domu. Ale ja wiedziałam, że jeżeli otworzę tę Puszkę Pandory, to ja już nie wrócę z powrotem do Turcji. Po prostu nie dam rady. Siatkówka była moją jedyną ucieczką – mówiła Julia Strefie Siatkówki.

Żałoba trwała, a gdy wydawało się, że się pozbierała, przyszedł kolejny cios – mocniejszy. Zmarł jej dziadek. Dziś mówi, że „chyba tylko siatkówka ją uratowała”. I faktycznie, zdaje się, że na parkiecie czuła się dobrze, że tam mogła zapomnieć o tym wszystkim, a przynajmniej próbować. Bo w Besiktasie grała świetnie. I przez pierwsze pół roku, i przez kolejny sezon, ten, który skończył się kilka miesięcy temu.

Widziałem wszystkie mecze Julki w Turcji, bo one są ogólnodostępne w Internecie. To jest bardzo fajne, można to śledzić – mówi ojciec zawodniczki. – Julka grała do tej pory w „niskobudżetowych” klubach, nie tych najmocniejszych, a przez to dostawała ogromną ilość piłek. Trzeba docenić jej zdrowie, że wytrzymała to fizycznie. Te piłki były przeróżne – wiadomo, jak nie gra się na topie i nie ma się topowych przyjmujących i rozgrywających, to nie zawsze można pokazać, co się potrafi. Dawała jednak radę. Samo to, że była w topce przez dwa sezony z rzędu, jeśli chodzi o punktujące, atakujące w tej lidze, to o czymś świadczy. […] Dała radę, naprawdę. Zrobiła ogromny postęp w bloku. W tym sezonie kadrowym zaczęła na powrót zagrywać z wyskoku, bo wchodziła w to na powrót spokojnie, z głową.

Reklama

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Julia Szczurowska 🐅 (@szczurek01)

Dobrych występów w Turcji nie mógł też ignorować Stefano Lavarini. Rok temu zaprosił Szczurowską na zgrupowanie, ale na mecze jeszcze nie wziął. Debiut przyszedł dopiero w tym sezonie i Julia wreszcie dołączyła do koleżanek z czasów juniorskich. Bo przecież z ekipy, która w 2018 roku zdobywała brąz mistrzostw Europy juniorek wymieniać można siatkarki, które trafiły do seniorskiej kadry. Była tam choćby Magdalena Stysiak, Paulina Damaske, Zuzanna Górecka, Aleksandra Gryka i jeszcze kilka innych.

A w końcu na tę listę trafiła i Julia Szczurowska.

Reklama

Reprezentantka. Czy pomoże zdobyć medal?

Niedawno gruchnęła wieść, że Turcy proponowali Julii zmianę obywatelstwa. Chodziło nie tyle o grę w kadrze – choć i ta mogłaby się ostatecznie wydarzyć – ale o fakt, że nie blokowałaby miejsca dla zawodniczki spoza Turcji w klubie i mogłaby dzięki temu więcej zarabiać. Informacja ta zalała media społecznościowe, ale sama Julia w końcu postawiła sprawę jasno – ona chce grać tylko dla Polski, dlatego oferty nie przyjęła.

Co ciekawe, zachęcał ją do tego, by propozycję odrzuciła, również jej partner, który jest Turkiem. Jak wspominała – powiedział jej, żeby nie rezygnowała ze swoich marzeń dla finansów. Szybko wyszło, że oboje mieli rację.

Bo w tym sezonie to już nie tylko powołanie do kadry, ale i debiut. Najpierw w meczu towarzyskim, potem w Lidze Narodów. Nie zawsze grała dobrze, miała gorsze spotkania. Nie było pewnikiem, że Stefano Lavarini to ją powoła na mistrzostwa Europy w roli zmienniczki Magdy Stysiak. Ostatecznie jednak tak się stało.

Obecnie nikt tego nie żałuje. Szczurowska stała się na tym turnieju jedną z kluczowych postaci dla polskiej kadry.

Reklama

– Mogę dać tej drużynie dużo energii i jeszcze bardziej ją napędzać. Mam w sobie duże pokłady pozytywnych emocji i lubię dzielić się nimi na boisku. To jest mój pierwszy sezon kadrowy i moim głównym celem jest stać się częścią tej drużyny. Na indywidualne cele przyjdzie jeszcze czas. Teraz najważniejsze jest dla mnie to, żeby razem z dziewczynami osiągać jak najlepsze wyniki – mówiła „Faktowi” po swoim debiucie.

W Lidze Narodów było co prawda rozczarowanie. Na mistrzostwach Europy jest już jednak wynik-marzenie… choć do całkowitego ich spełnienia brakuje jeszcze choć jednego wygranego meczu. Tak, żeby był medal. Niezależnie od koloru. Kto wie, może to jej atak pozwoli go zdobyć? I kto wie, może za kilka lat będziemy mieli Szczurowskich w obu reprezentacjach? Do drzwi męskiej może bowiem zacząć pukać Kuba, młodszy brat, zdaniem samej Julii znacznie lepszy od niej technicznie.

Może. Na razie jednak przed Szczurowską i resztą Polek mecz o finał. Z Włoszkami, z którymi Biało-Czerwone od lat mają problemy, ale te mistrzostwa pokazują, że Italia jest do ruszenia. Tak więc plan jest taki: zawalczyć – najlepiej skutecznie – o medal. A potem? Potem może jakiś skok ze spadochronem, bo lubi. A później trzeba będzie szykować się do sezonu – wciąż w Turcji, choć w nowym klubie.

Mocniejszym. Bo Julia Szczurowska stawia ostatnio wyłącznie kroki do przodu.

Reklama

Fot. Newspix

10 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Betis oddał wychowanka. Łzy, Finansowe Fair Play i powrót syna marnotrawnego

Adrian Mańko
0
Betis oddał wychowanka. Łzy, Finansowe Fair Play i powrót syna marnotrawnego

Inne sporty

Reklama