„Sanki zdechną”. Jak dobija się polskie saneczkarstwo [REPORTAŻ]

Sebastian Warzecha

29 lipca 2026, 09:00 • 48 min czytania 4

Reklama
„Sanki zdechną”. Jak dobija się polskie saneczkarstwo [REPORTAŻ]

Lista zarzutów od byłych podopiecznych jest długa: finansowe kombinatorstwo, spożywanie alkoholu na zgrupowaniach i wsiadanie pod jego wpływem za kierownicę, ignorowanie potrzeb i bezpieczeństwa zawodników, w tym wymuszanie startów, na które ci nie są gotowi, a także niewiedza i ignorancja, mimo wielu lat pracy w roli trenera. Wszystkie one dotyczą jednej osoby – Dariusza Ziarny. Na dziś: pełniącego obowiązki trenera reprezentacji Polski juniorów. Ten sam Ziarno – choć pozostając w cieniu – stał się po ostatnich wyborach być może najważniejszą osobą w Polskim Związku Sportów Saneczkowych. Równocześnie związek, zaczynając jeszcze przed tym „przejęciem władzy”, doprowadził do sytuacji, w której polskie saneczkarstwo jest realnie zagrożone upadkiem. A teraz tym bardziej.

Reklama

Jak do tego wszystkiego doszło? Czy ten sport w Polsce faktycznie umrze? I jak to możliwe, że Ziarno nadal w nim funkcjonuje, a teraz w dodatku – ma władzę? Opowiadają mi o tym osoby dobrze znające zarówno saneczkarstwo, jak i samego Ziarnę. Zapraszamy na reportaż. To będzie długa lektura.

Polskie saneczkarstwo umiera. Jak do tego doszło?

7 lipca Mateusz Sochowicz, trzykrotny olimpijczyk, publikuje na swoim profilu na Facebooku post o tym, jak upada polskie saneczkarstwo. Oskarża w nim w dużej mierze Dariusza Ziarnę. Ktoś, kto nie interesuje się polskimi sankami, może mieć problem ze zrozumieniem, dlaczego akurat jego. Ziarno jest pełniącym obowiązki (ten temat jeszcze wróci) trenera kadry juniorów, teoretycznie przecież nikim przesadnie ważnym.

W praktyce: obecnie to być może w polskim saneczkarstwie najważniejsza osoba. Jak to ujęli niektórzy z moich rozmówców – rozdaje karty.

Sochowicz – który zresztą też się do tych rozmówców zalicza – nie wie, że tym „włożeniem kija w mrowisko”, jak sam to nazwał, nieco utrudni pisanie tego artykułu. Z pierwszymi osobami zaczynam bowiem rozmawiać dzień później. To przypadkowa zbieżność, bo tekst na ten temat planowany był już wcześniej. W tym samym czasie obóz ma kadra Polski juniorów i juniorów młodszych, przyszli potencjalni reprezentanci kraju trenują tam pod opieką wspomnianego Ziarny i Andrzeja Kupczyka, pełniącego rolę trenera przygotowania fizycznego.

Reklama

W zasadzie jeszcze tego samego dnia z obozu docierają informacje o tym, że obaj trenerzy grożą swoim zawodnikom odebraniem stypendiów, a nawet pozwami, jeśli tylko zobaczą, że ktoś z nich wypowiada się lub pisze coś na ich temat. Karane mają być nawet… zostawione pod takimi postami jak ten Mateusza polubienia. Do juniorów zwracają się – głównie Kupczyk – w niewybrednych słowach, zastraszając. Informacja o tym szybko wychodzi do środowiska.

W tamtym momencie miałem za sobą już sześć rozmów. Dwie z nich niedługo potem musiałem wyrzucić do kosza – osoby, które udzieliły mi wypowiedzi, odwołały je, wystraszone faktem, że mogłyby otrzymać pozew. To nie zarzut – rozumiem ich powody i obawy.

Pytaniem jest jednak: skąd się one biorą?

Dlaczego jeden człowiek, stojący w strukturach Polskiego Związku Sportów Saneczkowych na uboczu, ma taki wpływ? Jak to się stało, że to on – powtarzając – rozdaje karty? A przede wszystkim: jak to możliwe, że wciąż tam w ogóle jest? W końcu jego byli podopieczni mówią, że na saneczkarstwie się nie zna, że dziś „nie oddaliby mu dzieci pod opiekę”. Słyszę opowieści o niekompetencji, ignorancji i innych zachowaniach, które w zasadzie powinny go dyskwalifikować z pracy w polskim saneczkarstwie.

Reklama

Dlaczego więc żadna tego nie zrobiła?

Zwolnili trenera zasłużonego, wzięli niedoświadczonego

Wypada zacząć od trenera Marka Skowrońskiego. To znaczy: w zasadzie już nie trenera. To człowiek, który przez ponad 20 lat tworzył polskie saneczkarstwo, momentami budując naszą kadrę wręcz w pojedynkę i szukając kolejnych rozwiązań na to, jak poradzić sobie z różnego rodzaju brakami. Końcem kwietnia został jednak zwolniony. Szerzej na Weszło pisał już o tym Kuba Radomski (link poniżej), natomiast robił to jeszcze na miesiąc przed Walnym Zgromadzeniem PZSSan.

CZYTAJ: ZWOLNIONY TRENER I PREZES „GRABARZ”. SPÓR W POLSKIM SANECZKARSTWIE

Reklama

Zgromadzeniem, na którym wybierano nowy zarząd, a Skowrońskiemu faktycznie wręczono wypowiedzenie. I w zasadzie tym można tę sprawę skwitować. Zasłużony trener otrzymał je bowiem na samym początku spotkania, podpisywał w zasadzie na kolanie. – To jest jawne pogwałcenie jakichkolwiek zasad etyki, jakie powinny obowiązywać nas wszystkicoburzał się w rozmowie ze mną Zbigniew Czoch, były członek zarządu i wiceprezes związku.

Były, bo z funkcji zrezygnował jeszcze w kwietniu, na ponad miesiąc przed Walnym Zgromadzeniem. Sam mówi, że po tym, jak został zaatakowany przez poprzedniego prezesa.

No właśnie, poprzedniego. Bo o ile to jeszcze Zdzisław Ingielewicz zwalniał trenera, o tyle kolejnego szkoleniowca zatrudniał już nowy zarząd. Choć jeszcze za czasów poprzedniego rozpisano konkurs na trenera, do którego Skowroński – to też pewien wytrych – nie mógł się zgłosić, bo wciąż piastował tę funkcję. Wypowiedzenie wręczono mu, gdy okres zgłoszeń już się skończył, a jego powodem oficjalnie było niezgłoszenie się do konkursu.

Tego samego konkursu, do którego przystąpić, powtórzmy, nie mógł. Nadążacie?

Reklama

Marek Skowroński, trener reprezentacji Polski

Marek Skowroński. Fot. Newspix

Do rywalizacji stanęło więc ostatecznie dwóch kandydatów: Maciej Kurowski, były saneczkarz, od niemal dekady pracujący jako szkoleniowiec, oraz Dawid Kupczyk, kiedyś bobsleista, potem trener tej konkurencji (był na tegorocznych igrzyskach z naszymi zawodniczkami – Lindą Weiszewski i Klaudią Adamek). I syn Andrzeja, tego samego, z którym współpracuje Dariusz Ziarno. Wiele osób sugeruje – jak się zapewne domyślacie – że to nie przypadek. Przede wszystkim jednak każdy mówi to samo: bobsleje a sanki to dwa różne światy.

Pytam jednak u najlepszego źródła, czyli trenera Skowrońskiego. Czy czułby się na siłach, żeby poprowadzić kadrę bobsleistów?

Reklama

– W żadnym wypadku. To tak samo, jakbym dostał propozycję sędziowania zawodów w łyżwiarstwie figurowym – odpowiada.

A jednak – do czego wrócimy później – to Kupczyk został trenerem kadry.

Prezes znikąd. Nikt go nie znał

Na wspomnianym Walnym Zgromadzeniu zwolnienie Skowrońskiego było tylko epizodem. Przede wszystkim wybrany został tam nowy zarząd. Pięcioosobowy, odrzucono bowiem wnioski o to, by składał się on z siedmiu członków i ujmował przedstawicieli z Dolnego Śląska i województwa lubuskiego. Aktualnie w zarządzie przedstawiciele tych regionów nie mają swoich przedstawicieli, mimo że to w Karpaczu (Dolny Śląsk) działa jedyna w Polsce Szkoła Mistrzostwa Sportowego z profilem saneczkarskim, a UKS Nowiny Wielkie (lubuskie) wychowuje w ostatnich latach najwięcej olimpijczyków.

Dwa ważne dla polskiego saneczkarstwa ośrodki zostały odsunięte od rządzenia dyscypliną. Zdecydowały o tym kluby z Małopolski i Śląska, część z nich – z torów naturalnych.

Reklama

One też wybrały nowego prezesa. Został nim Rafał Zahuta, o którym… w zasadzie nikt w środowisku wcześniej nie słyszał. Jedyny związek, jaki można znaleźć między nim a saneczkarstwem, to uprawiająca ten sport córka, zresztą reprezentantka kraju w młodzieżowych kategoriach. Co jednak istotniejsze – nikt nie mógł go też przed wyborami poznać. Nazwisko kandydata trzymano bowiem w sekrecie, tajemnicami zasłaniał się sekretarz PZSSan, Janusz Tatera.

Zbigniew Czoch: – Za moich czasów kwestia wyboru prezesa czy wiceprezesa była poruszana dużo wcześniej, wymieniano nazwiska, by każdy mógł się ustosunkować do kandydata. Posprawdzać, wygooglować, co, gdzie, jak i kiedy. Tu nie było nic z tych rzeczy. Do samego momentu ogłoszenia kandydatów na Walnym Zgromadzeniu, była to tajemnica. […] To jest parodia, by zwoływać Walne i utrzymywać do samego końca w sekrecie nazwisko kandydata na najważniejsze stanowisko w związku. Śmiechu warte.

Informacja o wyborze nowych władz ze strony PZSSan. Polecam zwrócić uwagę, że opublikowana dopiero cztery dni po Walnym Zgromadzeniu.

Reklama

O Zahutę pytam każdego ze swoich rozmówców. Nikola Domowicz, obecna reprezentantka kraju, przyznaje, że go nie zna. Natalia Wojtuściszyn, również była reprezentantka, ale też, przez jeden sezon, trenerka kadry juniorów tak samo. Nie znały go też osoby, które nadal jeżdżą na sankach lub takie co jeździły do niedawna, ale chcą pozostać anonimowe. Podobnie inna zawodniczka sprzed lat. Marek Skowroński, w zasadzie moja (przed)ostatnia nadzieja, też nic o Zahucie nie wiedział.

Mateusz Sochowicz – aktywny zawodnik, aktywnie też działający na rzecz polskiego saneczkarstwa – najpierw wręcz upewnia się, czy to osoba, o której myśli.

– Ja pierwszy raz usłyszałem to nazwisko, jak został wybrany na prezesa. Bo rozumiem, że o nim rozmawiamy? Podejrzewam, że on ma takie pojęcie o mnie, jak ja o nim – czyli wiem, że istnieje. A co dalej? Nie mam pojęcia, nie wiem, skąd się wziął w naszym środowisku. Ale tamten prezes miał podobny background, choć piastował jakieś stanowiska wcześniej [Zdzisław Ingielewicz był w latach 2008-2012 prezesem Polskiego Związku Hokeja na Lodzie, potem działał też w PKOl – przyp. red.], więc może trochę więcej łączyło go ze sportem. Więcej nie powiem, bo… no nie znam człowieka, po prostu.

Nowy prezes to człowiek znikąd.

Reklama

Jak Dariusz Ziarno zaczął rozdawać karty

No dobrze, może nie do końca znikąd. „Korzenie” nowego prezesa da się bowiem przynajmniej w pewnej kwestii wskazać. I znów: robi to część z moich rozmówców. Na przykład Zbigniew Czoch, który wskazuje: – Nazwisko prezesa oficjalnie przedstawił Dariusz Ziarno. To jego człowiek i słucha pana Dariusza.

Podkreślmy: wszystko odbyło się w zgodzie ze statutem PZSSan. Nie ma mowy o tym, by to „przejęcie” władzy stało się wbrew obowiązującym w polskich sankach przepisom. Prawda jest jednak taka, że w zasadzie kogokolwiek by wspomniany Dariusz Ziarno nie wystawił, to wygrałby te wybory.

Jak mówi Marek Skowroński:

– Demokracja to jest pewien ustrój, jedni uważają, że dobry, a inni, że zły. Darek Ziarno ma stworzonych parę klubów, do tego ma dobre kontakty z przedstawicielami z torów naturalnych. Na 19 klubów i okręgów w związku [w zasadzie to 20, ale jednego klubu nie było na Walnym Zgromadzeniu – przyp. red.], oni są zrzeszeni w 10. Ma przez to demokratyczną większość, a w efekcie może wybierać ludzi, których chce wybierać. Na tym polega demokracja.

Reklama

Tych „parę klubów” to Tajfun, Łęka, Orkan i Dunajec. W zasadzie wszystkie ulokowane w pobliżu Nowego Sącza. W pełni oficjalnie z Ziarną powiązać da się tylko ten pierwszy. W środowisku jednak wszyscy zgodnie przyznają, że to z jego inicjatywy powstały i pozostałe. Raz jeszcze zwróćmy się do trenera Skowrońskiego:

– Po prostu znalazł ludzi, których namówił do założenia klubów i one – będąc w okręgu nowosądeckim – ściśle współpracują. Jak ja bym namówił swoich znajomych do utworzenia klubu, to też byśmy działali razem, reprezentując nasze wspólne interesy.

Lista klubów zrzeszonych w PZSSan i jego okręgowych związkach. Przedstawiciela klubu z Gołdapi nie było na Walnym Zgromadzeniu. Fot. PZSSan

Reklama

To rozbicie klubów – jak mówi osoba, która chce pozostać anonimowa – miało miejsce już kilka dobrych lat temu. Początkowo po to, by „utrzymać okręgowy związek w Małopolsce” (statut wymaga do tego co najmniej trzech klubów w regionie, a w tamtym momencie bliska upadku była Parkowa, w efekcie zostałyby tylko Tajfun i KTH). Potem okazało się, że można z tego skorzystać w inny sposób.

Bo przecież cztery kluby to cztery głosy na Walnym Zgromadzeniu. A w zasadzie to pięć, bo dochodzi jeszcze głos wojewódzkiego związku, w którym kluby powiązane z Ziarną mają przewagę. – Statut jest tak skonstruowany, że każdy klub ma jeden mandat. Warunkiem jest udział w zawodach organizowanych przez PZSSan. Nie ma kryteriów, czy ma się jednego zawodnika, czy stu – mówi Czoch.

Kluby Ziarny nie mają wielu aktywnych zawodników w młodzieżowych kategoriach (seniorskie mistrzostwa Polski nie odbyły się od pandemii), ale wystarczy im choć jeden, który na mistrzostwach wystartuje. Z anonimowego źródła słyszę w dodatku, że są takie sytuacje, kiedy tamtejsi zawodnicy startują w sezonie tylko raz – właśnie na juniorskich mistrzostwach kraju, by klub „podtrzymać” – czasem motywowani dodatkowymi nagrodami.

Do tego dochodzą kluby z torów naturalnych. To konkurencja nieolimpijska, ale też zrzeszona w PZSSan. Jej przedstawiciele mają tam takie same prawa, a więc – jeden klub to jeden głos, do tego okręgowy związek. W Bielsku-Białej i okolicach są cztery kluby (Smyk, Beskidy, pszczyński Zryw i Kaniów leżący pomiędzy Bielskiem a Pszczyną) uprawiające saneczkarstwo naturalne. To z nimi Ziarno ma wspomniane przez Skowrońskiego „dobre kontakty”. Cztery kluby plus związek – czyli pięć głosów.

Reklama

Razem z klubami z Małopolski wyliczone już wcześniej dziesięć.

Za Zahutą głosowało ostatecznie 12 przedstawicieli klubów i związków. Sześciu było przeciw, jeden głos oddano nieważny. Nowy prezes był jedynym kandydatem, choć pierwotnie rywalizować miał z nim Zbigniew Czoch – błędy proceduralne sprawiły jednak, że nie mógł (niewiele to zmieniło, sam Czoch mówił, że nadziei na wygraną nie miał – chciał po prostu dać delegatom wybór). Stąd głosowanie na zasadzie za i przeciw. Wcześniej nowy prezes miał okazję się przedstawić, jego wystąpienie było jednak krótkie i mało konkretne.

Moi rozmówcy mówią dziś, że w zasadzie nie miało ono znaczenia. Wszyscy wiedzieli bowiem, że to triumf nie prezesa, a Dariusza Ziarny.

Dariusz Ziarno jako księgowy. Puste listy i stare samochody

Dariusz Ziarno w saneczkarstwie jest od lat. Mniej więcej trzydziestu i niezmiennie się czymś zajmuje.

Reklama

W latach 90. założył klub Tajfun. Był w tych strukturach. Ja przejąłem kadrę juniorów w 2001 roku i wziąłem Darka do współpracy, bo trzeba było, żeby zajmowały się kadrą co najmniej dwie osoby. Od tego czasu stale coś prowadzi – wspomina Marek Skowroński. Dodaje, że Ziarno ma jeden ważny atut: po prostu jest dostępny.

– Może z tymi juniorami pojechać. W związku nie mamy dla trenera kadry juniorów etatu, więc trudno o to, by kogoś nowego sprowadzić czy zaangażować do tej roli trenera, który już gdzieś pracuje.

Ziarno ma w dodatku własną firmę przewozową. Wypożycza przyczepy, lawety itp. To na siebie pracuje, a on w tym czasie faktycznie może wybrać się na przykład na obóz, nawet miesięczny. Niektórzy z moich rozmówców twierdzą przy tym, że samochody, którymi jeździli na zagraniczne wojaże, były wypożyczane związkowi przez samego Ziarnę. Samo w sobie nie stanowi to wielkiego problemu – sęk w tym, że kondycja tych pojazdów miała być co najmniej dyskusyjna.

Jak wspomina jedna z zawodniczek, która z Ziarną jeździła kilkanaście lat temu:

Reklama

Pożyczał związkowi niekoniecznie sprawne auta, które nazywaliśmy „czerwona i zielona strzała”. Zdarzało się na przykład, że drzwi nie chciały się otworzyć albo okno się nie zamykało. Kiedyś, wracając z Pucharu Świata w Siguldzie, podczas bardzo srogiej zimy nie działała bodajże nagrzewnica. Pamiętam, że okładał coś pod maską kartonami. A my w środku zasłanialiśmy okna kocami, bo szyby zamarzały od wewnątrz. On sobie robił na tym interes – kosztem zawodników, naszego bezpieczeństwa i komfortu.

Dziś samochody są nieco lepsze, mówią mi rozmówcy. Rok temu Ziarno miał dorobić się wziętego w leasing Forda, natomiast drugie auto to starsze Renault Traffic (wcześniej inne też było tej właśnie marki). Nimi jadą na obozy i zawody kadrowicze, razem ze sprzętem. Ten ostatni poupychany jest często tak, że trudno coś wyciągnąć, w dodatku luzem – widziałem to na własne oczy, na zdjęciach (nie otrzymałem jednak zgody na ich udostępnienie).

Jak mówi pragnący zachować anonimowość były już zawodnik Ziarny, który do niedawna miał okazję trenować z nim w kadrze:

– Zapakowane jest to jak cygański tabor. Gdyby zdarzył się jakikolwiek wypadek, to cały sprzęt, który jest za nami, po prostu nas miażdży.

Reklama

Nieco inne zdanie prezentuje jednak zawodniczka, która z Ziarną jeździła jeszcze dziewięć lat temu, a do tego reprezentowała Tajfun, a więc jego klub: ona mówi, że owszem, sprzętu było dużo i to zapakowanego ciasno, ale nigdy nie czuła, by ułożone było to wszystko niebezpiecznie. A faktycznie – podróżowała z nim więcej, niż ktokolwiek inny, kto wypowiadał się na potrzeby tego tekstu.

Ona nie wie też nic o wypożyczaniu samochodów przez Ziarnę związkowi, natomiast to wątek, który powtarza się w kilku rozmowach. Choć samochody się zmieniły, to akurat ta kwestia z nimi związana – zdaniem moich rozmówców: nie.

Dobry księgowy. I z tego korzysta

– Darek jako organizator jest naprawdę bardzo dobry. To trzeba mu przyznać. Weźmy zorganizowanie młodzieżowej zimowej olimpiady tu u nas, w Małopolsce – pochwały sypały się z każdej strony. Bo wreszcie uczciwe zakwaterowanie i wszystko na bardzo wysokim poziomie. Trzeba by być maksymalnie złośliwym, by czegoś się tam doczepić – mówi Zbigniew Czoch, pragnąc oddać Ziarnie uczciwość.

Bo jako trenera – do czego jeszcze przejdziemy – go nie chwali. Ziarno jest jednak znakomitym księgowym – to przyznają wszyscy. Niektórzy z moich rozmówców z przekąsem dodają jednak, że „to widać po tym, ile uszło mu płazem”.

Reklama

Choć to nie do końca prawda – około dekadę temu był zawieszony przez PZSSan. Poszło o źle rozliczane wyjazdy, diety dla zawodników, a do tego – jak słyszę od osoby, która była wówczas aktywna w związku – fakt, że ten sam wynajmowany przez Ziarnę samochód miał być równocześnie wykorzystywany… w dwóch różnych miejscach.

W teorii Ziarno miał od tamtego czasu nie pracować przy kadrze. A o praktyce mówi Natalia Wojtuściszyn, która – przypomnijmy – przez moment była też trenerką juniorów:

– Tak, odsunięto go od kadry juniorów. Potem wrócił, ale miał zakaz tykania finansów, wszystkich tych papierków. On się w tym jednak najlepiej czuje, więc trenerzy, którzy z nim współpracowali, po cichu i tak jego prosili o zajmowanie się papierami. I w konsekwencji tak po trochu ostatecznie wrócił do tego wszystkiego. Podpisy na dokumentach były innych osób, trenerów juniorów, ale to on się nimi zajmował.

Podobno to właśnie z tego powodu dziś Ziarno jest nie trenerem kadry juniorów, a „pełniącym obowiązki trenera”.

Reklama

Natalia Wojtuściszyn

Natalia Wojtuściszyn jako zawodniczka na igrzyskach w 2014 roku. Fot. Newspix

Jedna z zawodniczek sprzed lat pamięta też, że gdy była juniorką, Ziarno często dawał swoim podopiecznym do podpisania puste listy diet. Bez wypisanych kwot za noclegi czy wyżywienie.

– Na tym musieliśmy się podpisać i dostawaliśmy jakąś tam kwotę – nie wiedzieliśmy, czy tyle, ile powinniśmy tak naprawdę otrzymać – mówi. Dodaje, że sytuacja zmieniła się dopiero, gdy zawodnicy się postawili. Tyle tylko, że o tym zrządził szczęśliwy traf – powołania do seniorskiej reprezentacji, gdzie można się było przekonać, że to wszystko wyglądać powinno zupełnie inaczej.

Reklama

Wcześniej juniorzy z tamtego pokolenia po prostu nie mieli świadomości, jak powinno to działać. Mówi ta sama saneczkarka:

– U trenera Marka Skowrońskiego listy były wypełnione w całości zawsze! W pewnym momencie zbuntowaliśmy się i powiedzieliśmy trenerowi Ziarnie, że nie podpiszemy pustych list. Na to odpowiedź była w stylu: „Co wy gówniarze pyskujecie! Podpisujcie, bo nic nie dostaniecie” – tego typu teksty i zupełna obraza majestatu. Po bataliach w końcu zaczęły te listy być uzupełnione i dopiero wtedy je podpisywaliśmy.

Podpisywanie pustych list obecnie się nie zdarza, ale bywa, że juniorzy pieniądze dostają z wielkim opóźnieniem.

– Notorycznie powtarza się sytuacja, że mówi, że trzeba podpisać diety, bo ściga go księgowa, ale potem nie otrzymujemy tych pieniędzy. […] U trenera Marka Skowrońskiego, w seniorach, pieniądze otrzymywało się od razu po podpisaniu listy. Bo przecież to jest na nasze wyżywienie – mówi proszący o anonimowość rozmówca.

Reklama

Nie było tak jednak zawsze albo nie wobec wszystkich Ziarno stosował takie wytrychy – od wspomnianej osoby, która jeździła w Tajfunie, mam okazję usłyszeć, że w jej przypadku nigdy nie było z dietami problemu.

Spóźnienia, wyjazdy i masło zamiast smaru

Z Ziarną-organizatorem, o którym mówił Zbigniew Czoch, bywa różnie. Jeśli organizuje coś na własnym podwórku, to na ogół faktycznie jest świetnie. Jednak gdy chodzi na przykład o wyjazdy kadrowe – tu sytuacja się zmienia. Nie do końca sprawne auta to jedno, ale zdarzało się, że były też problemy innego rodzaju. Począwszy od tego, że notorycznie się spóźnia. Wspomniana była zawodniczka z jego klubu mówi, że saneczkarze „czekali pod jego domem, aż się zbierze, czasem nawet sześć godzin”.

Anonimowy, z oczywistych względów, aktywny zawodnik twierdzi, że jest tak do dziś. A bywało i gorzej.

– W kadrze juniorów zdarzyło się, że jak mieliśmy wyjechać na Puchar Świata o określonej godzinie, to dopiero dziesięć godzin po [planowanym] wyjeździe dostaliśmy informację, że jednak nie jedziemy. Inny trener, z którym mieliśmy wtedy jechać, był w kontakcie z księgową ze związku i mówił, że nie jedziemy, bo nie spłynęły pieniądze z ministerstwa. Natomiast trener Ziarno stale twierdził, że wszystko jest potwierdzone, a pieniądze są załatwione. Jak było – to nie mi oceniać. Natomiast sposób, w jaki zostało to ogłoszone? Przecież wszyscy, którzy mieli tam jechać mają studia albo pracę. A to miał być ponad miesięczny wyjazd! Zostaliśmy potraktowani nieładnie i od nikogo nie otrzymaliśmy wyjaśnień – mówi.

O sytuacjach z tego typu problemami słyszę kilkukrotnie. Na przykład wyjazd do Szwajcarii, planowany od miesięcy. Nocleg był jednak załatwiany last minute, z potrzebą zmieszczenia się w dawno już przyznanym na to budżecie. Wtedy się udało. Bywa jednak, że hotele po prostu nie są dopasowane do potrzeb zawodników. O jednej z takich sytuacji opowiada anonimowo były kadrowicz:

– Byliśmy we Francji, a trener Darek załatwił nam takie mieszkanie, że spaliśmy w ośrodkach narciarskich, bez dostępu do warsztatu, żeby móc robić w nim coś przy sprzęcie. Robiliśmy to więc na korytarzu hotelowym. A musieliśmy jeszcze sanki pomalować – dostaliśmy taki „rozkaz”, bo „wyglądają tragicznie”. Z tym się zresztą zgodzę, wyglądały tragicznie – problem w tym, że nie mieliśmy gdzie ich malować. Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze, więc finalnie otworzyliśmy sobie klapę w suficie i weszliśmy nad windę. Tam to zrobiliśmy.

Kiedy pojawi się jedna taka opowieść, mnożą się kolejne.

Na przykład ta, że Ziarno zabrał z toru w Lillehammer… choinki, które wziął ze sobą do Polski. Zapewnia mnie o tym kilka osób – świadków wydarzenia. Słyszałem też, jak zamiast specjalnego smaru (według rozmówcy zapomniał go kupić), którego używa się do tak zwanych „metali”, czyli części przyczepianych do płóz sanek, trener Darek wpadł na pomysł, by wykorzystać masło. Jeśli nie umiecie sobie tego wyobrazić, spróbujcie pomyśleć o tym, że smarujecie masłem narty, podobno to idealne porównanie.

Dostaję również anegdotę o mierzeniu rozstawu sanek chałupniczymi metodami.

– W zależności od rozstawu płóz możemy jechać szybciej lub wolniej. Wiadomo, że czym szybciej, to niebezpieczniej, bo mamy mniejszą kontrolę nad sankami. Płozy ustawione bardziej do środka to większa kontrola, na zewnątrz – mniejsza, ale lepszy czas. Używamy do tego suwmiarki, bo to się robi w przedziale 0,1 milimetra. A trener Darek kiedyś wziął taką plastikową łopatkę, wywalił część do nabierania piasku i stwierdził, że będziemy rozstaw sprawdzać na tym.

Od innej osoby słyszę w zasadzie tę samą opowieść, ale „bohaterem” jest drewniany patyk. Masło też wraca, choć w innej roli – jako zamiennik szpachli, która jest na sankach między płozą a metalem. Odłamała się, a trener miał kazać użyć właśnie masła. Szpachli po prostu nie miał.

Zabawne? Tak, oczywiście, momentami śmiali się z tego i moi rozmówcy. Jednak równocześnie – najzwyczajniej w świecie jest to niebezpieczne.

Dariusz Ziarno jako trener. „Niczego nie ogarnia”

Jakbym miała dzieci, to bym w życiu nie posłała ich teraz do kadry junioramówi mi Natalia Wojtuściszyn. Nie jest w tych słowach odosobniona. Zbigniew Czoch, który z Ziarną zna się od lat, a nawet na jego prośbę osiem lat temu kandydował (i dostał się) do zarządu, mówi:

– Moi synowie jeździli z panem Dariuszem Ziarną. Ja jako rodzic czasem też wyjeżdżałem, a czasem pomagałem finansowo. Dwaj synowie byli jego wychowankami, ale powiem szczerze: gdybym posiadał taką wiedzę, jaką teraz posiadam, na pewno bym na to nie wyraził zgody.

Dzieci, które pewnie w przyszłości mogłyby zostać saneczkarzami, ma inna zawodniczka, prosząca o anonimowość. I ona jednak się do tych opinii przychyla.

– Po pierwsze nie wpuściłabym dziecka z Ziarną do auta. Zdarzało się, że zasypiał za kierownicą i wykonywał dziwne ruchy jakby rzucania się na nią. A po drugie uważam, że w kwestii opieki i pomocy na torze jest niekompetentny i nieodpowiedzialny. Boli przede wszystkim, że młodzież nie może się godnie przygotowywać. Publiczne pieniądze nie są dobrze wykorzystywane. To są kolosalne środki. Każde zgrupowanie, każdy ślizg sporo kosztuje. Tego się nie wykorzystuje, bo oni jadą z takim trenerem, od którego się nic nie nauczą i może ich spotkać nieszczęście na całe życie.

Jazda po liniach, czyli puścić worek mięsa

Natalia Wojtuściszyn nie przebiera w słowach.

– Przez tyle lat, ile on pracuje przy tym sporcie, to małpa nauczyłaby się, o co w tych sankach chodzi. Ktokolwiek, kto by się tam znalazł, zrozumiałby przynajmniej podstawy, które wystarczyłyby do trenowania juniorów. On do tej pory tego wszystkiego nie ogarnia. Do dziś, jak przyjeżdżają zawodnicy na tor, to słyszą „jedźcie po liniach”. Tyle że żeby jechać po tych liniach, to trzeba rozumieć, wiedzieć, co zrobić w danym momencie. A tego im już nie wytłumaczy.

„Jechanie po liniach” to faktycznie coś, co musi się powtarzać. Słyszę to od kogokolwiek, kto by z Ziarną nie trenował, niezależnie od tego, kiedy miało to miejsce. Chodzi o to, że na torze tworzą się po przejazdach linie. Tyle tylko, że często są one po przejazdach seniorskich, zupełnie innych od tych juniorów (nawet starty są z różnej wysokości), a do tego na linię wpływa też na przykład budowa ciała czy waga osoby na sankach.

Jazda po liniach może więc skończyć się faktycznie źle. Prawda jest jednak taka – jak mówią moi rozmówcy – że w zasadzie samo trenowanie z Ziarną zmierza w tę stronę.

Saneczkartwo

Jak strome (i szybkie) są wiraże w saneczkarstwie dobrze pokazują takie zdjęcia, tu akurat z toru olimpijskiego. Każdy błąd może w efekcie skończyć się poważnym wypadkiem. Fot. Newspix

Z anonimowym zawodnikiem, który do niedawna z nim jeździł, schodzimy na ten temat. Pytam: bywało, że czasem czułeś się zagrożony, brakowało poczucia bezpieczeństwa?

– Powiem tak: czasami to ja się czułem bezpiecznie – słyszę w odpowiedzi. – To osoba niekompetentna, która siedzi – bo nie jest aktywna – w sankach od jakichś 20 lat, a dalej nie umie powiedzieć nic więcej niż „głowa nisko, stopy niżej”. To jego jedyne porady. Opcjonalnie daje rady wyssane z palca, które mogą tylko bardziej zagrozić zawodnikowi na torze. On nie powinien pełnić funkcji głównego trenera.

Czyli nie ma możliwości, by przygotował juniora do startu seniorskiego? Bo przecież to główne zadanie takiego szkoleniowca? – dopytuję.

– Z trenerem Darkiem jest to niemożliwe. Przynajmniej jeżeli chcemy mieć całych zawodników. Bo puścić worek mięsa z męskiego startu, żeby się zabił na piątym wirażu? Proszę bardzo, ale nie polecam. Jednak żeby zawodnik cały, zdrowy i z fajnym czasem zjechał na dół, to trener Dariusz nie jest kompetentną osobą do poprowadzenia zawodnika w ten sposób – pada odpowiedź.

Lepiej bywało, gdy z Ziarną jeździł trener, który na saneczkarstwie się znał. Padają na przykład nazwiska Tomasza Koćmierowskiego czy Lesława Poręby. Oni mieli udzielać zawodnikom odpowiednich porad. Z tym drugim zresztą rozmawiam chwilę, ale o Ziarnie mówi tylko, że „gdy sam był w kadrze, to niczego złego nie zauważył” i właściwie tym ucina konwersację.

W każdym razie: byli podopieczni trenera Darka, jak go nazywają, twierdzą, że to nie tylko brak wiedzy, ale i chęci, żeby ją jakkolwiek poszerzyć.

Nawet wspomniana zawodniczka z jego klubu – która sama stwierdziła, że rozmawia ze mną, bo niektóre zarzuty pojawiające się choćby w social mediach uznała za przesadzone – przyznaje, że pod tym względem trenera nie da się bronić. Mówi:

– Pamiętam jak na moich ostatnich seniorskich mistrzostwach Polski przyjechali też juniorzy i on tłumaczył im linię na jednym z takich łatwych wiraży w Siguldzie. To wiraż numer 10, krótki, robi się na nim maksymalnie jedno sterowanie. A trener kazał wtedy juniorom robić trzy sterowania. Pamiętam, że szłam za nim i zastanawiałam się, co on gada. Potem podałam tym juniorom swoją linię. To, że nie zna się na sankach, to wszyscy wiedzą. Podejrzewam, że do dziś się to nie zmieniło.

Sprawy techniczne, czyli płozy założone na odwrót

Wiele osób przyznaje wprost, że by czegokolwiek się dowiedzieć, chodziło do zagranicznych trenerów, dopytywało, drążyło (to sama w sobie sytuacja nie tak niezwykła – nawet nasi seniorzy w wielu kwestiach korzystają z pomocy Niemców, mając jednak już mocne podstawy).

– Przez wiele lat trenowania z nim… w zasadzie miałem go w dupie, muszę użyć tego określenia. Bo jak potrzebowałem rady dotyczącej toru, to szedłem do zagranicznych trenerów: Amerykanów, Słowaków, Niemców, czasem do innych zawodników. Nigdy jednak nie do trenera Darka, bo wiedziałem, że w tej sprawie to osoba niekompetentna – mówi mi były zawodnik Ziarny.

Chodziło zwłaszcza o rzeczy związane z technikaliami – na ten temat trener też nie ma bowiem wiedzy. Słyszę, że zdarzyła się nawet sytuacja, gdy nie zauważył, że jego podopieczni mają płozy założone na odwrót i ci musieli tak zjechać. A o podpytywanie trenerów z zagranicy miał się denerwować, czasem nawet zakazywać takich kontaktów. Szczególnie zawodnikom ze swoich klubów.

Ci ostatni podobno mieli z nim momentami trudniej. To relacja z ostatnich kilku lat, od osoby z innego zespołu:

– Dolny Śląsk, Krynica i osoby z lubuskiego mają o tyle fajnie, że oni jeżdżą na jakieś obozy przygotowawcze zagranicę. Nie jest tego dużo, ale ma się jakąś podkładkę. Z trenerem Darkiem tej podkładki nie ma. Dzieciaki, które są brane [na niektóre wyjazdy z kadrą] – a większość z nich na „hurra”, bo brakuje ludzi, albo jest ich tyle, że nie wystarcza na wykorzystanie pieniędzy ze związku – często są od niego z klubu i nie mają doświadczenia. Natomiast oni jadą na obóz, do tego dostają diety i dla nich trener Darek jest przez to bogiem. Cokolwiek zrobić przeciwko niemu to grzech. Dlatego się go słuchają, zamiast pójść porozmawiać z trenerami zagranicznymi czy posłuchać starszych zawodników.

Wiele osób mówi mi, że przez lata musiało ignorować porady Ziarny dotyczące czy to linii, czy to sprzętu. Szczególnie ci, którzy krążyli pomiędzy seniorską a juniorską kadrą i poznali tę pierwszą, czegoś się tam dowiedzieli. Często powtarza się wątek tego, że trener nie wie też, jak przygotować sanki do jazdy, że w warsztacie w zasadzie tylko przeszkadza, o ile w ogóle się tam pojawia.

Zawodniczka, startująca kilkanaście lat temu, wspomina:

– Potrafił przyjść do pomieszczenia, gdzie przechowywaliśmy sanki i je przygotowywaliśmy, będąc pod wpływem alkoholu, co było ewidentnie wyczuwalne po zapachu i zauważalne po zachowaniu trenera Ziarny. I zaczynał wtedy mówić: „O, tu źle robisz! Weź taki i taki papier, zrób to inaczej”. Ja już wtedy miałam skończoną robotę papierami, wypolerowany metal, nakładałam pastę, a on chciał mi coś tam robić papierem, od którego się wszystko zaczyna. Próbował robić rzeczy, o których zupełnie nie miał pojęcia. Nie pomagał, nie znał się na tym.

Dariusz Ziarno jako opiekun. Alkohol i wymuszanie startów

„Będąc pod wpływem alkoholu” to być może kluczowe stwierdzenie z powyższej wypowiedzi. Alkohol przewija się głównie w starszych relacjach – dzisiejsi juniorzy mówią na ogół, że w zasadzie nigdy trenera pod wpływem nie widzieli, opcjonalnie „zdarzyło się jedno piwko”. Natomiast wśród tych, którzy jeździli z nim przed laty, mówi się nawet o tym, że Ziarno pod wpływem (a często i po ledwie kilku godzinach snu) miał prowadzić samochód.

Jedna z niewielu nowszych relacji brzmi tak:

– Kilka lat temu trener Darek – na Pucharze Świata juniorów – w czasie zawodów dziewczyn poszedł na stoiska z jedzeniem. I wziął sobie tam wino z rumem, dwa albo trzy kubki, każdy po jakieś 250 mililitrów. A potem zawiózł nas do hotelu – mówi mi to anonimowy rozmówca. Podkreśla przy tym, że być może trener nie złamał prawa (bo miało to miejsce w Niemczech, gdzie limity dotyczące prowadzenia po spożyciu są wyższe), ale było to co najmniej „spore faux pas”.

Dawniej, tak twierdzą osoby, które w kadrze były przed laty, miało to być na porządku dziennym. Podobnie picie w pokoju hotelowym.

Na wspomnianych zdjęciach z zapakowanymi samochodami miga mi wśród bagaży skrzynka pełna butelek piwa. To ze zgrupowania juniorów, mieć tam alkohol na widoku mogli (choć zdecydowanie nie powinni) w zasadzie tylko trenerzy. Jeśli o samą jazdę samochodem chodzi, to z nią bywa problematycznie i z innych powodów. Jeden z zawodników mówi mi:

– Ja byłbym też za regularnym sprawdzaniem cukrzycy trenera Darka. Bo on jest też naszym kierowcą i wielokrotnie zagrażał nam chorobą – albo też niewyspaniem się – podczas tras. Mieliśmy często sytuacje, że na trzypasmowej autostradzie jeździliśmy od lewego do prawego pasa. Sam mam bliską osobę, która jest cukrzykiem, znam te mechanizmy. Trener Darek mówi, że cukier mu spada, ale nie sądzę, żeby tak było. Bo on je paluszki, krakersy, tego typu rzeczy, a to przecież węglowodany. Do tego wszystkiego „ładuje” jeszcze torebkę cukru i jest po chwili kompletnie nieświadomy, w innym świecie.

Choroba nie jest, oczywiście, sama w sobie problemem. Jak widać jednak – może się w takowy zmienić. Przysypianie za kierownicą to zresztą coś, o czym słyszę niezależnie od „okresu”, z jakiego pochodzą moi rozmówcy. Miało miejsce 20 lat temu, podobnie dekadę (zawodniczka z jego klubu wspomina na przykład wyjazd na Łotwę, gdzie zmieniała Ziarnę za kierownicą, ale dodaje, że „na takim dystansie nie dziwi się zmęczeniu” i trzeba oddać jej tu co najmniej część racji), no i w ostatnich latach.

Różnie miało być też z zachowaniem wobec juniorów. Przywoływana już zawodniczka sprzed lat wspomina, że wtedy do saneczkarek często odzywał się na zasadzie „dziopy” czy „dziopeczki”.

Dla mnie to był taki człowiek, który nie respektował granic osobistych. Nie zastanawiał się nad tym, co mówi i robi przy młodych ludziach. Nie szło to może dalej, na zasadzie, że chciałby kogoś skrzywdzić. To był po prostu brak obycia, kultury osobistej i wychowania. Różne zaczepki były dla niego normalne, naturalne. Nie widział w tym żadnego problemu – mówi.

Słyszę też od niej opowieść, która nieco ten „brak respektu dla granic osobistych” rozszerza. Chodzi o to, że trener klepnął ją, niepełnoletnią, w pośladek (jak dodaje moja rozmówczyni – jej zdaniem nie miało to podtekstu seksualnego, ale właśnie świadczyło o braku obycia).

Zapamiętałam tę sytuację, bo akurat zareagowałam. Byłam osobą charakterną i wyznaczałam swoje granice. Kiedy mi się w ten tyłek dostało, nie wiedziałam, kto mnie klepnął. Myślałam, że może któryś z chłopaków [juniorów], w ramach żartu, bo w grupie się takie zdarzały. Więc po prostu się odwróciłam i uderzyłam tę osobę. Okazało się, że to trener Ziarno. To też były wielkie pretensje – jak mogłam go uderzyć, co ja sobie myślę. Był z nami jednak inny trener, który powiedział, że bardzo dobrze zrobiłam. Od tego momentu trener Ziarno trzymał do mnie dystans.

Najgorzej, gdy w duecie

Najgorsi są podobno razem – trener Ziarno i trener Andrzej Kupczyk. O „dzisiejszym” Dariuszu Ziarnie słyszę bowiem przy niektórych okazjach, że bardzo pilnuje wypowiedzi, a komunikacja na linii trener-juniorzy jest dobra. To znaczy: dalej się na saneczkarstwie nie zna, natomiast dopytuje, czy czegoś zawodnikom nie potrzeba, a jak jest problem, to na ogół stara się pomóc. Zawodnicy mogą – i niektórzy to robią – iść do niego, żeby zgłosić uwagi.

Podobno nawet reaguje na przekleństwa słyszane z ust podopiecznych. Upomina ich, by zachowywali się należycie, bo „reprezentują Polskę i jeżdżą z orzełkiem”.

– Nas raczej nie wyzywa, jakieś pojedyncze przypadki, gdy powiedział do kogoś „ty debilu” się zdarzały, ale to w, nazwijmy to, uzasadnionych sytuacjach. Wyzywa zawodników za to trener Andrzej. Robi to często, leci z „kurwami”, „chujami” i innymi takimi słowami. To wyzwiska na zasadzie „ty debilu skończony!”. Trener Darek raczej ma spokojne usposobienie. Czasem umie huknąć, ale krzyczy wtedy, kiedy krzyknąć już faktycznie trzeba – mówi mi anonimowy rozmówca.

Faktycznie, w przywołanej na początku sytuacji z groźbami, „aktywny” miał być głównie Kupczyk. Do niego zresztą też pojawiają się zarzuty – że wiedzę może i ma, ale jej nie uaktualnia, a to głównie „stara szkoła”.

Ostatnia aktualność na stronie PZSSan – informacja o obozie kadr narodowych juniorów. Tym samym, na którym zawodnicy mieli usłyszeć groźby odebrania stypendiów.

Jeden z byłych już zawodników mówi mi, że skończył z sankami przez kontuzję i uważa, że to w dużej mierze wina treningów siłowych, niedopasowanych do organizmu oraz do dyscypliny jako takiej.

– Chciał z nas chyba zrobić bobsleistów, nie saneczkarzy. W sankach pracują bowiem głównie plecy i przedramiona, a my robiliśmy przysiady, gdy nogi u nas robią z 10% roboty. Coś tu nie gra, po prostu. Do tego są ćwiczenia wielostawowe – zarzuty, rwania i tym podobne. Ja odniosłem przy okazji tych ćwiczeń uraz, potem dostałem polecenie, żeby pójść tylko na zabiegi i nie robić nic dalej, bo jest sezon i trzeba jeździć na obozy. Cały sezon „przelatałem” z kontuzją, chociaż czułem, że mnie to boli. A to efekt robienia ćwiczeń, na które nie było się gotowym.

Wypadki go nie interesują

Wróćmy do komunikacji, bo relacje są tu jednak różne – nawet wśród obecnych juniorów. Od jednego słyszę, że rozmowy zawsze były normalne. Od drugiego, że trener Ziarno potrafi obraźliwie atakować zawodników i wywierać na nich wpływ.

W ten sposób miał w zeszłym sezonie wymusić start w Siguldzie, na Łotwie, od jednego z kadrowiczów. Opowieść brzmi tak: chłopak obawiał się jechać z seniorskiego startu, co spowodowało drwiny ze strony trenera i „wjazdy na ambicję”, mówi mi kilka osób (choć, podkreślę: możliwe, że większość z nich wie o tym z tego samego źródła).

Chłopak zjechał. Skończyło się wypadkiem i złamaniem ręki. Poważnym.

Zabrano go do szpitala w Rydze, około godzinę drogi od toru. Ziarno swojego podopiecznego ze szpitala nie odebrał, ten miał usłyszeć, że albo wróci sam (w szpitalnych ubraniach), albo ktoś musi się po niego wybrać. Stanęło na tym, że ruszył tam autem inny z juniorów, będący niedługo po zdaniu egzaminu na prawo jazdy.

Taka sytuacja w zasadzie nie powinna mieć miejsca.

A i tak było w niej sporo szczęścia – bo w dodatku z wieloosobowej grupy, która była na zgrupowaniu, ubezpieczone miały być tylko dwie osoby. W tym właśnie ta, która się połamała – choć było to złamanie na tyle poważne, że prawdopodobnie długo będzie już odczuwać jego skutki.

Historię z podobnym rozwojem – nomen omen – wypadków opowiedziała mi przywoływana saneczkarka, która z Ziarną jeździła lata temu – podejście trenera niespecjalnie się jednak zmieniło. Wtedy zawodnik z klubu Ziarny miał, bawiąc się nożykiem do tapet, rozciąć jej palec wskazujący, ale sam szkoleniowiec się tym nie przejął.

Nikt mnie nie zawiózł do szpitala czy przychodni. Inne dziewczyny wzięły apteczkę i jakoś to opatrzyły. Na zawodach [dzień później] nie mogłam nawet chwycić za uchwyt startowy, ale startować musiałam, bo przecież trzeba było zbierać punkty i pieniądze [chodzi o wymogi, za które otrzymuje się dotacje – przyp. red.]. Nie mogłam wsadzić ręki do sanek, bo tam jest bardzo wąsko, a ja miałam opatrunek pod rękawiczką. Wywróciłam się w czasie zjazdu, a że to były zawody, to na torze była opieka medyczna.

– Wzięli mnie do pokoju medycznego. Patrzą, a tam zakrwawiona rękawiczka, więc pytają, co się stało. Mi już głupio było powiedzieć, że to się wydarzyło wczoraj, więc przyjęłam teorię, że na torze, od metalu. Kiedy jednak zobaczyli, że rękawiczka jest w porządku, a pod nią opatrunek, to trzeba było powiedzieć prawdę. Okazało się, że założyli mi na miejscu sześć szwów. Miałam wtedy jakieś 15 lat, a on nawet nie wszedł ze mną do pomieszczenia. Byłam tam sama i pamiętam, że spanikowałam, gdy usłyszałam, że chcą mnie zabrać do szpitala, dlatego zgodzili się zszyć to na miejscu. Żaden z trenerów nie wszedł ze mną, nic. Potem mnie wypuścili, dając jakiś dokument do podpisania, a na zewnątrz czekał jeden z trenerów.

Wymuszanie startów. „Cud, że nie było tragedii”

Opowieści o wymuszaniu startów, jak w Siguldzie, się powtarzają… choć nie wobec wszystkich. Przywoływana już zawodniczka z klubu Ziarny mówi, że z nią było wręcz przeciwnie, trener ją hamował.

Widziałam zarzut, że kazał wychodzić szybciej na starty. Ja się spotkałam z czymś innym – on mnie często stopował. Jak jeździliśmy na mistrzostwa Polski, to w Siguldzie chciałam jeździć na damskim starcie, a on mi mówił, że to jeszcze nie czas – mówi.

Saneczkarka z dawniejszych czasów wspomina, że ona też kiedyś usłyszała, żeby nie „startowała normalnie, tylko lekko się odepchnęła”, bo działo się to akurat na obiekcie ze stromą wieżą startową. Natomiast nie zaprzecza wymuszaniu startów – wręcz przeciwnie.

– Wydaje mi się, że było to na porządku dziennym, jeśli chodzi o jego zawodników klubowych. Na mistrzostwach Polski zdarzało się, że wymuszał obniżanie startów, bo jego zawodnicy nie są gotowi. To po co ich pcha na mistrzostwa, skoro nie są przygotowani? I my, kadrowicze, musieliśmy mieć obniżone starty. Jak się zdarzało, że startów obniżyć się nie dało, to faktycznie ruszali mimo tego. I to był strach, trzeba było uciekać od toru, jak jechali zawodnicy trenera Ziarny. Wszyscy się modlili, żeby się nic nie stało. To cud, że przez tyle lat nie było żadnej tragedii, naprawdę.

Podobne wspomnienia ma też Natalia Wojtuściszyn. To jednak relacje sprzed lat. Czy do dziś coś się jednak zmieniło? Podobno nie, przynajmniej tak twierdzi saneczkarz, który był u niego w kadrze jeszcze stosunkowo niedawno.

– Czy wymusza starty? Notorycznie. Nie umie przygotować zawodników, ale jak przychodzą puchary – bo ma wymóg z ministerstwa, że zawodnik musi zjechać – to idą na swój „prawdziwy” start, mimo że cały tydzień jeździli z niższego. A z tego właściwego jeździć nie potrafią, więc jest 99% szans, że nie dojadą do mety, albo zjadą z takim czasem, że równie dobrze mogliby jechać na łopacie.

NInnego zawodnika – wciąż aktywnego – pytam, co nasuwa mu się na myśl, gdy wspominam o trenerze Ziarnie. Ten odpowiada, że „przede wszystkim jest to na wyjazdach nasz opiekun”. Dopytuję więc: czy czuje się zaopiekowany?

– To zależy. Na niektórych wyjazdach – na przykład w lato, gdy nie ma torów, więc niebezpieczeństwo trenowania dyscypliny jest mniejsze – to tak. Znaki zapytania i wątpliwości pojawiają się, gdy jedziemy na tor. Wtedy słyszę, że zawodnicy, których coś boli, są ignorowani, jest to wszystko bagatelizowane. Ja nigdy osobiście takiego niedopatrzenia nie doświadczyłem, ale nie miałem też poważnego wypadku – mówi.

Zaraz dodaje jednak coś, co w tej opowieści jest niezwykle istotne.

– Natomiast nawet na przykładzie kolegi z kadry, który w Siguldzie uległ wypadkowi – nie widziałem, żeby ktokolwiek ze związku wykazał chęć pomocy. A kolega w straszny sposób połamał rękę. Ja jako zawodnik zastanawiam się, co miałbym zrobić, gdyby to spotkało mnie. Człowiek z połamaną ręką, niesprawny… Do tego – z tego co wiem – są problemy z wyjaśnieniem niektórych kwestii dotyczących jego rehabilitacji. Więc co by było, gdybym to ja miał taki problem? Pod tym kątem jest strach i zapala się światełko w głowie. Tu chodzi nie tylko o sztab szkoleniowy, ale też całe struktury związku.

No więc właśnie: co z tym związkiem? Czy ten reagował na to wszystko?

Jak (nie) reagował Polski Związek Sportów Saneczkowych

Słyszę, że o tym, co dzieje się w Polsce, wie nawet część zagranicznych trenerów. Niektórzy mieli sygnalizować to wszystko osobom z naszego kraju, te z kolei podnosiły to na forum w czasie spotkań trenerów i działaczy. Nikt ich jednak nie popierał, odpowiadała cisza, więc sytuacja nie zmieniła się w zasadzie od lat.

– Zagranicznym trenerom się żaliliśmy cały czas o niekompetencji naszych. Liczyliśmy na to, że może ci z zagranicy pójdą do federacji, a ta wyciągnie jakieś konsekwencje. Pewnie musielibyśmy pójść bezpośrednio do pracowników FIL-u [Międzynarodowej Federacji Saneczkarskiej], żeby ci mogli coś zadziałać. Ja na przykład nie wiem, do kogo konkretnie mógłbym tam pójść i jak to przedstawić – bo z trenerem z zagranicy rozmawia się inaczej niż z takim oficjelem – mówi mi jeden z byłych zawodników.

Prawda jest jednak taka, że w pierwszej kolejności powinien reagować PZSSan, który jednak – poza wspomnianym zawieszeniem Ziarny, a potem przywróceniem, choć w roli „pełniącego obowiązki” – niewiele zrobił. A podstawy, by sprawę ruszyć, były. Zgłaszała swoje wątpliwości choćby Natalia Wojtuściszyn, po sezonie, w którym pracowała z juniorami i mogła z bliska oglądać wszystko to, co w kadrze się dzieje.

– Spotkałam się nawet z prezesem, sekretarzem i z wiceprezesem. Powiedziałam im wszystko, jak było, jeżeli chodzi o Dariusza Ziarnę. Notoryczne spóźnianie się, jeżdżenie niesprawnymi autami, popijanie, zasypianie za kierownicą i zero wsparcia. Nie można mu było zaufać, tak bym to ogólnie ujęła. Wszystko to powiedziałam trzem osobom. Dodałam, że on może dalej pracować – bo nie chodziło mi wtedy o to, żeby zniszczyć człowieka – ale niech zajmuje się papierami. Bo to robi dobrze, ja czytam, co podpisuję, więc też nie wydarzy się tam nic nieprawidłowego. Więc niech on to robi, a ja dostanę kogoś innego do pomocy przy kadrze.

Dodaje, że po jakimś czasie dowiedziała się, że Ziarno został pełniącym obowiązki trenera kadry juniorów. Ze strony internetowej związku, sama bowiem nie otrzymała tej informacji.

Wiesz, jakbym była prezesem i dowiedziała się, że trener zasypia, pije, spóźnia się, to bym zareagowała. Bo przecież gdyby coś się wydarzyło, to prezes też za to beknie – dodaje.

Janusz Tatera

Janusz Tatera, wieloletni sekretarz związku, wciąż pełniący tę funkcję, też miał być na spotkaniu, o którym mówi Wojtuściszyn. Fot. Newspix

Wiceprezesem związku, obecnym na tamtym spotkaniu, był – jak mówi Wojtuściszyn – Zbigniew Czoch. Pytam go więc: czemu PZSSan nie reagował na zgłaszane co do Ziarny wątpliwości? Ten twierdzi, że reakcje – przynajmniej z jego strony – były i podkreśla, że zrobił w zasadzie, co mógł.

Wypowiedź na ten temat przytaczam w całości. Niech każdy sam oceni, czy były to wystarczające działania:

– Ja, będąc wiceprezesem, reagowałem na te zgłoszenia. Natomiast były różne doniesienia – wszystko na językach, każdy coś powie, ktoś powtórzy, a mnie to powie jeszcze ktoś inny. To tak nie działa. Ja, będąc wiceprezesem, odbywałem krótkie rozmowy. Pierwsza sprawa: poproszę na piśmie, dowody, wszystko. Wtedy sprawę ruszamy, tak mówiłem. Bo ja nie mogę robić burzy w szklance wody, nie mając żadnych dowodów. To że ktoś coś powiedział, to wie pan – zaraz mi powie, że ja jestem głuchy, bo on mówił o pogodzie, a nie o panu Dariuszu i ja zostaję głównym winowajcą jakiejś awantury. Natomiast nie działałem tylko jednokierunkowo – rozmawiałem nie tylko z osobami, które mi coś powiedziały, ale też z Darkiem. Było między nami parę konkretnych rozmów. Mówiłem mu: „Słuchaj, chłopie, żarty się kończą, uważaj, co robisz, co mówisz i jak się zachowujesz. Bo że ci się wczoraj czy dziś uda, to nie znaczy, że uda się w przyszłości. W końcu ktoś ci zrobi tak, że się nie pozbierasz”. To było reagowanie, przynajmniej jeśli o mnie chodzi, w obie strony. Nigdy nie byłem zwolennikiem zamiatania czegokolwiek pod dywan.

– Była nawet słynna sprawa, o której oficjalnie na zebraniu powiedział jeden z trenerów z SMS-u. Nikomu to nie było na rękę, ale ja powiedziałem: „Słuchajcie, ludzie, nie udawajmy, że jesteśmy wszyscy ślepi i głusi, że nikt nie słyszał, co było powiedziane”. Bo było oskarżenie, jawnie powiedziane, i było to oskarżenie kalibru ciężkiego [miało dotyczyć spraw związanych z alkoholem – przyp. red.]. Więc ja od razu wykonałem po dyskusji telefon do Darka, że jest takie i takie oskarżenie. Po czym, jak oskarżający zobaczył pisemko od adwokata, to się dogadali i nie było żadnej dyskusji.

I to był w zasadzie koniec tematu (warto jednak zaznaczyć, że Czoch, wedle informacji, które posiadam, i tak jako jedyna z osób z ówczesnego zarządu, faktycznie odbył z Ziarną rozmowy na ten temat). Do dziś tak jest.

Dziwi cię, że Dariusz Ziarno jest dziś w tym wszystkim tak istotną postacią? – pytam w pewnym momencie naszej rozmowy Natalię Wojtuściszyn.

– Nie dziwi – odpowiada w zasadzie natychmiast. – Uważam, że pełnię winy za to ponoszą osoby, które do tej pory były w zarządach. Sam pan Ziarno mistrzem intelektu nigdy nie był, choć na pewno był przebiegły. I wszystkich zrobił w konia. Śmiali się z niego, machali na niego ręką, że to tylko „a, taki tam Darek”, a teraz to on się śmieje. Przez wiele lat zawodnicy zgłaszali różne zachowania do trenerów klubowych, szkolnych, kadrowych czy zarządu i nikt nic z tym nie zrobił. A teraz nagle wszyscy są zdziwieni. No mają za swoje, po prostu.

Sanki zdechną”. Czy jest dla saneczkarstwa w Polsce przyszłość?

Nastroje w zasadzie są grobowe. Części moich rozmówców – głównie tych, którzy wciąż są saneczkarstwa blisko – zadaję jedno i to samo pytanie: czy widzą dla tej dyscypliny w Polsce, po wydarzeniach z ostatnich miesięcy, jakąś przyszłość?

– Trudno mi to mówić, ale sanki zdechną. Szybko i boleśnie. Taka jest moja opinia – słyszę od jednego z nich.

– Nie widzę przyszłości. Dlatego rzuciłem ten kamień [chodzi o przywoływany na początku tego tekstu post z Facebooka – przyp. red.], który miał wywołać lawinę opinii i doświadczeń ludzi, mających styczność z tym człowiekiem. Wiem, że teraz on jest we władaniu związkiem, jakkolwiek by to nie brzmiało. Wszystkie osoby w zarządzie siedzą tam z jego polecenia, a przynajmniej tak mniemam. W tej formie to nie ma szansy utrzymania się. Wiesz, my chcemy robić coś do przodu, a teraz cofnęliśmy się do lat 80. i kolesiostwa – mówi Mateusz Sochowicz.

– Przyszłość jest zawsze, ale rysuje mi się w coraz bardziej bladych kolorach. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto spróbuje wsiąść na te sanki, spróbuje zjechać. Czyli jakaś obecność będzie, ale to nie będzie to, co było – dodaje Zbigniew Czoch.

Niemcy źli, upada współpraca. I inne projekty

Ten ostatni opowiada mi o rozpoczętych w ostatnich latach projektach. Choćby współpracy z Zachodniopomorskim Uniwersytetem Technologicznym, gdzie badano metale używane w sankach, szukając sposobów na ich poprawę. O nowym sprzęcie, jaki zakupiono. Mówi, że teraz w zasadzie wszystko to – najpewniej – zniszczono. Na pewno na ostrzu noża stanęła sprawa wieloletniej współpracy z Niemcami, na której Polacy bardzo korzystali. Ba, w zasadzie była ona w ostatnich latach jedną z najważniejszych – o ile nie najważniejszą – rzeczą w polskim saneczkarstwie.

Tak zwany Partnerschaft funkcjonował bowiem od lat. Mówi mi o nim trener Skowroński:

– Tę współpracę nawiązałem jeszcze przed igrzyskami w Turynie. Jak objąłem kadrę seniorów w 2002 roku, to porozmawiałem z ówczesnym trenerem niemieckim, Thomasem Schwabem, że chciałbym z nimi nawiązać układ partnerski. Udało mi się znaleźć argumenty, wykazałem mu, że to bardziej nawet w ich interesie, niż w naszym. Przyznał mi rację. Od tego czasu mamy tę współpracę i są z niej kolosalne pożytki. To rokrocznie generowało od 40 do 80 tysięcy złotych oszczędności. Mieliśmy darmowe ślizgi, nieodpłatnie korzystaliśmy z wieży mrożonej i zdarzały się też inne korzyści – na przykład pomagali nam też na torze trenerzy niemieccy, dostawaliśmy więcej informacji. Korzystaliśmy z ich warsztatu i technologii.

To tym ważniejsze, że w Polsce nie ma toru – trenować nasi zawodnicy muszą poza granicami kraju. Skowroński dodaje, że w normalnym trybie nie ma mowy o tym, by któryś kraj udostępnił swój sprzęt innej reprezentacji. A teraz? Teraz nie wiadomo, co będzie. Tym bardziej, że na ostatnim kongresie FIL-u (Międzynarodowej Federacji Saneczkarskiej) Polacy dodatkowo narazili się Niemcom.

Mówi Zbigniew Czoch:

– Trenerowi Markowi Skowrońskiemu wyznaczono spotkanie w ministerstwie w dniu, w którym odbywał się kongres FIL-u. Na nasze pytanie, kto ustalał tę datę, usłyszeliśmy, że sekretarz Janusz Tatera. Czyli zrobił to ewidentnie po to, by Marek nie pojechał na kongres. Przedstawiciele federacji niemieckiej chcieli z kolei poznać naszego nowego prezesa, ustalić pewne stanowiska, jak widzą głosowania. Ponoć na drugi dzień, gdy były wybory i wszystkie te sprawy, gość się spakował, wrócił do Polski, a tam wszyscy zostali na lodzie. I mieli pretensje do nas, co za szopkę odstawiamy.

Poszło głównie o głosowanie do Komisji Technicznej, gdzie trenerowi Niemców zabrakło jednego głosu, by się w niej znaleźć. Tego naszego. W związku – jak twierdzi Mateusz Sochowicz – ponoć się tym wszystkim jednak nie przejęli.

– Usłyszałem niedawno taką historię, że PZSSan uznał, że kończymy współpracę z Niemcami i będziemy jeździli w szkółkach dla FIL-u, bo takie szkółki są organizowane. I to prawda, tyle że nie są, a były – do ubiegłego roku. W tym sezonie są rozwiązane – mówi mi nasz saneczkarz.

Nowy trener? „Wiele niewiadomych. Tyle, że strach”

Do tego dochodzi jeszcze kwestia wyboru nowego trenera. To też oburzyło zawodników. Jak wspomniano: kandydatów było dwóch. Maciej Kurowski, czyli były saneczkarz, który doświadczenie trenerskie zbierał najpierw w Polsce, a potem pracował z ramienia FIL-u z zawodnikami z „małych” federacji, po czym wraz z jednym z niemieckich trenerów prowadził kadrę Korei Południowej.

Pomysł był początkowo taki, by został asystentem Skowrońskiego, poznał kadrę od środka i stopniowo przejmował jego obowiązki. Potem – wobec rozpisania konkursu – zgłosił się sam. Naprzeciw niego stanął Dawid Kupczyk, tak ten od bobslejów, z początku tekstu. Syn współpracownika Dariusza Ziarny. I to on jest dziś nowym trenerem reprezentacji.

Dla mnie to jest szok – mówi Skowroński. – Bo gdybyśmy nie mieli nikogo do wyboru, to ktoś musi grupę poprowadzić. Decyzja, że trener z bobslejów… w pewnym sensie może lepiej, że [ma prowadzić] seniorów niż juniorów. Bo junior to zawodnik niedoświadczony, jak mu trener nie wytłumaczy toru, to może sobie zrobić krzywdę i wylądować w szpitalu. Senior swoje już wie, więc w tej kadrze jako „opiekun”, ktoś mógłby mimo wszystko wystąpić. Natomiast my mieliśmy wybór. Był Maciej Kurowski. Dla mnie to porażka polskiego saneczkarstwa, że nie udało się zatrudnić Maćka.

Kurowski wybrał Kanadę. Miał tę ofertę od dawna, ale czekał na decyzję Polaków. Słyszę, że był nawet skłonny obniżyć swoje warunki finansowe. Decyzję jednak odkładano w czasie, wiele osób sugeruje mi, że wyłącznie po to, by Kurowski (na marginesie: pytano go też o to, czy nie byłby chętny zostać asystentem Kupczyka) zrezygnował i by można było z czystym sumieniem powiedzieć: „Kupczyk jest trenerem, bo nie było nikogo innego do wyboru”.

Maciej Kurowski

Maciej Kurowski pod koniec zawodniczej kariery. Mógł być trenerem kadry Polski, zamiast tego dziś pracuje w Kanadzie. Fot. Newspix

Teoria ma sens, bo w zasadzie dokładnie tak się stało. Trener Kurowski czekać dłużej nie mógł, Kanadyjczycy naciskali na odpowiedź, więc zdecydował się na zatrudnienie właśnie tam, wycofując swoją kandydaturę z konkursu na stanowisko w kadrze Polski.

Niedługo potem ogłoszono, że to Kupczyk będzie szkoleniowcem Polaków. Zaskoczyło to negatywnie część osób również dlatego, że – jak mi mówią – uważały, że były bobsleista to „sensowny człowiek”. Teraz zmieniły zdanie.

– Ja bardzo szanuję Dawida Kupczyka – mówi Sochowicz. – Jak byłem na igrzyskach w Chinach, to poznaliśmy się lepiej. Teraz, w Cortinie, też spędziliśmy razem sporo czasu. Bardzo go lubię, ale z perspektywy trenerskiej to tego nie widzę. Wojciech Chmielewski bardzo dobrze powiedział, że bobsleiści robią [chodzi o potrzebę dokładności przejazdu – przyp. red.] za pomocą młotka, a my tniemy skalpelem […] Dzwoniłem do Dawida, pytałem o rozstawy pod konkretne tory, kąty na nakładkach, zagadnąłem, czy ma o tym jakiekolwiek pojęcie. Otwarcie mi powiedział, że nie. Wiedział przynajmniej, że pierwszy obóz to Lillehammer. Ale co dalej? Bo po Lillehammer mieliśmy zwykle zgrupowanie kondycyjne w Polsce, a potem trzy tygodnie spędzaliśmy w Niemczech i to był nasz trening przed Pucharem Światem. A jak załatamy teraz tę lukę? Nie wiem. Jest wiele niewiadomych. Tyle, że po prostu strach.

Gra na wyniszczenie? Jeśli tak, to może się udać

Od kilku osób, niezależnie, słyszę teorię, że związek chce po prostu sprawić, by obecna kadra się wykruszyła. Bo seniorzy „są wyszczekani, nie boją się powiedzieć tego, co uważają”, a bez takich osób byłoby po prostu łatwiej. Zresztą dowody tego dostaliśmy w zasadzie po igrzyskach, gdy ówczesny prezes… chciał kadrę seniorów rozwiązać. Nie udało mu się to, ale nie dziwi, że część zaangażowanych w to polskie saneczkarstwo ludzi uważa, że to, co teraz się dzieje, to po prostu kontynuacja tej polityki.

„Zabicie” rozwojowych projektów, nowy trener z innej dyscypliny, prezes, który na saneczkarstwie się nie zna i – zdaniem zawodników – na razie niespecjalnie sugeruje, że zależeć na tym sporcie mu zacznie. Z kilku źródeł dostaję oprócz informacji również zwykłe ludzkie obawy o to, kogo się od decyzyjności odsuwa, bo nowy zarząd miał w zasadzie odciąć się od osób doświadczonych, którym na tym sporcie faktycznie zależy.

Mimo wszystko obecni seniorzy, przynajmniej na razie, raczej planują jeszcze chwilę powalczyć (ale niekoniecznie, Nikola Domowicz, która z Dominiką Piwkowską była 6. na igrzyskach, mówiła Interii, że wobec tej sytuacji w tym sezonie wystartuje tylko na mistrzostwach świata). Niemniej, od Mateusza Sochowicza słyszę:

– Wszystko, co robię, robię po to, żeby saneczkarstwo zaczęło w Polsce wyglądać jak sport, a nie robienie sobie wakacji za państwowe pieniądze, jak to jest teraz – szczególnie w juniorach. Dlatego budowanie kadr oddolnie jest najważniejsze. Chodzi o to, żeby do seniora przychodzili ludzie, którzy wiedzą, co się robi i chcieli to robić, byli gotowi zastąpić dzisiejszych seniorów albo rzucić im wyzwanie, bo wewnętrzna rywalizacja jest ważna. To jest moja motywacja, chciałbym, żeby ktoś po mnie przyszedł, tak jak Maciej Kurowski zostawił mnie po sobie i myślę, że nie zawiodłem. Chciałbym też móc zostawić po sobie kogoś, kogo start na igrzyskach mógłbym obejrzeć siedząc na kanapie i powiedzieć, że trochę mu w karierze pomogłem, podszkoliłem.

Czy się uda? Nie wiadomo. Ten sam Sochowicz mówił przecież, że nie widzi dla polskiego saneczkarstwa przyszłości.

Odpowiedzi. Co mają do powiedzenia bohaterowie tekstu?

Cały ten artykuł skończyłem pierwotnie w poniedziałek, 20 lipca. Jeszcze tego samego dnia, około 17, wiedząc, co się w tym tekście ostateczni znajdzie, wysłałem maile z pytaniami na adresy Dariusza Ziarny, biura związku (z zaznaczeniem, że wiadomość kieruję do prezesa Rafała Zahuty) oraz sekretarza PZSSan Janusza Tatery. We wszystkich pojawiły się pytania dotyczące zarzutów, jakie przewijały się w tym tekście, o których mówiły mi osoby ze środowiska. Ostatecznie otrzymałem odpowiedzi od całej trójki.

Jako pierwszy odpisał sekretarz. W swojej wiadomości informował, że do końca lipca przebywa na urlopie wypoczynkowym, do pytań w żaden sposób się nie odniósł, nie zaproponował nawet, że może odpowiedzieć na nie po urlopie. Od znajomego, który w świecie saneczkarstwa przebywa dłużej, dowiaduję się, że Tatera na urlopie jest często i z opcjonalnymi pytaniami trudno trafić w moment, gdy akurat na nim nie przebywa. Jeśli po urlopie zechce się do nich ustosunkować – ta odpowiedź pojawi się na Weszło.

Prezes Rafał Zahuta – za pośrednictwem biura – odpisał mi we wtorek, 28 lipca. Nie odniósł się do pytań, które postawiłem w mailu. Cała jego wiadomość brzmi następująco (moja jedyna ingerencja to „złączenie” niektórych akapitów, w celu jej wizualnego skrócenia).

Panie Redaktorze,

Zakładam, że skierowane do mnie pytania wynikają z Pana głębokiej troski (podobnie jak mojej) o rozwój sportu w Polsce a w szczególności saneczkarstwa. Mój poprzednik ogłosił swój zamiar zakończenia pełnienia funkcji Prezesa Zarządu ponad rok temu. Środowisko miało wystarczająco dużo czasu na podjęcie decyzji, które uważało za właściwe.

Nie zamierzam dać się wciągnąć w publiczne dyskusje i połajanki słowne.

Polecam uwadze Pana Redaktora, dla pełnego obrazu narzędzi używanych w „dyskusji”, ataki w mediach społecznościowych. Podejmując się ubiegania o społeczną funkcję Prezesa nie zakładałem, w najczarniejszych snach, jak głębokie są animozje w środowisku. Niezależnie od tego, Zarząd pod moim kierownictwem, pracuje i podejmuje decyzje kolegialnie.

Na chwilę obecną pracujemy nad strategią (Master Planem) i pod koniec roku będziemy zapewne gotowi do dyskusji o tym, co jest w naszej dyscyplinie naprawdę ważne.

Podzielając Pana troskę o dobro saneczkarstwa (mam nadzieję, że również bobslei i skeletonu) oraz wiarę w to, że ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy,

Z poważaniem

Rafał Zahuta
Prezes PZSSan

Ps. I mam nadzieję również, że będzie Pan pisał o dobrych rzeczach, które się dzieją i będą działy. Zawodnicy, Dyscyplina, Środowisko zasługują na dobrą prasę i docenienie.

Po otrzymaniu tego maila upewniłem się u kilku osób ze środowiska – w tym obecnych zawodników – czy prezes się z wami kontaktował, zapoznał, pytał, czego potrzebujecie i jak chcecie działać? Usłyszałem, że nie, sytuacja ani trochę nie zmieniła się od pierwszych rozmów. W ręce wpadł mi też pierwotny szkic – sprzed igrzysk, możliwe, że całość diametralnie się do dziś zmieniła, a na pewno wtedy nie tworzył go Zahuta, który jeszcze nie był prezesem – wspomnianego Master Planu. Nie było w nim zasadzie żadnych konkretów, głównie informacja – powtórzona wielokrotnie – że budowa mrożonego toru (i dodatkowej infrastruktury) pomoże w walce o medale.

Zostawmy jednak prezesa. Bo kluczowego maila wysłałem przecież do Dariusza Ziarny. Było w nim dziesięć pytań, każde odnoszące się do zarzutu z powyższego tekstu (dla przykładu: „9. Czy to prawda, że zdarza się Panu wymuszać starty zawodników z wyższych pozycji startowych, na które są niegotowi, obawiają się ich i jasno to komunikują?”).

Odpowiedź otrzymałem w nocy z piątku na sobotę (24/25 lipca). Ziarno informował w niej, że liczy na moją bezstronność i przedstawienie realnych problemów polskiego saneczkarstwa. Dodawał, że odpowiedzieć na pytania na razie nie może, bo nie ma czasu – jest na zgrupowaniu szkoleniowym. Zrobi to „do maksymalnie dwóch tygodni”. Znów – upewniłem się u kilku osób i usłyszałem, że faktycznie, jest wyjazd. Tyle że kończy się w niedzielę, a potem żadnego takiego nie ma. Czy to z kadry, czy z klubu, czy z PZSSan, co najwyżej prywatny.

Odpisałem więc (w niedzielę około południa), że nie mogę tak długo czekać, prosiłbym więc o odpowiedzi do końca wtorku, a jeśli nie uda się ich dosłać w tym terminie – zostaną opublikowane w osobnym tekście, gdy je otrzymam. Dariusz Ziarno dostał przy tym trochę czasu – od mojego pierwszego maila ponad tydzień, od drugiego – ponad dwa dni. A od pierwotnie planowanej daty publikacji tekstu: w zasadzie kilka, bo ta zmieniała się z 22 na 23, potem 26 lipca, aż wreszcie stanęło na dziś – 29 lipca.

Odpowiedź ostatecznie dostałem, we wtorek, 28 lipca, o 23:50. W żaden sposób nie odniósł się jednak Dariusz Ziarno do zarzutów, nie odpowiedział na moje pytania. Jego odpowiedź publikuję w całości.

Szanowny Panie,

Przeczytałem z zainteresowaniem Pana pytania z gotowymi, według mnie, tezami. Twierdzę, że te tezy nie są Pana autorstwa. Zostały Panu dostarczone przez tzw. życzliwych, „zatroskanych” losem saneczkarstwa anonimów. Nie będę polemizował z nikim, kto stara się obrzucić mnie błotem, żerując jednocześnie przez wiele lat na tej dyscyplinie sportu.

Atak personalny na mnie to pokłosie zmian w PZSSan. Osoby z furią atakujące mnie, ich interesy i interesiki, są znane w środowisku. Chcieliby by wszystko było „po staremu”.

Tak dobrze i wygodnie się żyło przez wiele lat, tak dobrze „żarło”, było tak pięknie aż nagle „się urwało”. To jest gra interesów, w którą usiłuje się włączyć media, w tym również Pana. Gwałtowność i siła ataków na mnie (i nie tylko) pokazuje jedynie jak wielkie interesy (w skali tej dyscypliny) zostały naruszone!

Oczekuję, że publikując swój tekst zechce Pan jednocześnie opublikować mój autoryzowany komentarz.

Oczywiście, znając życie, liczę na pojawienie się znanej dziennikarskiej frazy: „mimo wysłania pytań, do dnia publikacji tego artykułu nie uzyskałem odpowiedzi”!

Mimo brudnej gry, w której ma Pan szansę uczestniczyć pozostaję

Z poważaniem,

Dariusz Ziarno

Tezy, faktycznie, nie są mojego autorstwa. Przynajmniej te pierwotne, od których zaczął się ten tekst i jego powstawanie. Trudno by były, w artykule, do którego zacząłem zbierać wypowiedzi po otrzymaniu informacji o tym, co się w polskim saneczkarstwie dzieje. Jako osoba „z zewnątrz” w zasadzie nie mogłem napotkać ich w inny sposób. Przedstawiłem jednak je tak, jak usłyszałem czy zobaczyłem – włącznie z wypowiedziami głównych zainteresowanych, którzy – jeśli jednak będą chcieli – wciąż mogą na pytania z maili odpowiedzieć. I te odpowiedzi zostaną opublikowane.

Na razie jednak na tym stanęło.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Lech i rekrutacja trenerów. Jak zatrzymał Frederiksena i zbudował struktury?

Szymon Janczyk
6
Lech i rekrutacja trenerów. Jak zatrzymał Frederiksena i zbudował struktury?

Inne sporty

Reklama