Piłkarze z Karaibów. Tournée po Polsce w pogoni za marzeniem

Antoni Figlewicz

18 lipca 2026, 10:24 • 21 min czytania 0

Reklama
Piłkarze z Karaibów. Tournée po Polsce w pogoni za marzeniem

Antigua i Barbuda to niewielkie państwo położone w większości na dwóch głównych wyspach. Dla przygodnego turysty wpadającego tam na kilka chwil to praktycznie raj. Boskie plaże, zapierające dech w piersiach widoki, pogoda jak z bajki. Dla aspirujących piłkarzy to bardziej klatka, z której każdy gotów jest się wyrwać, choćby miało to od niego wymagać podróży na drugi koniec świata. Do takiej, dajmy na to, Ostródy.

Reklama

Jak muszą się potoczyć losy mieszkańca takiego małego karaibskiego państwa, że w pewnym momencie swojego życia ląduje on nad pięknie srebrzącym się tego lata Jeziorem Drwęckim? Od tego pytania zaczęła się moja przyjemna wyprawa do Ostródy, gdzie GKS Wikielec miał rozegrać mecz towarzyski z, jak zapowiadano, reprezentacją Antigui i Barbudy. Ekipą cokolwiek w tym rejonie świata egzotyczną i oczywiście niespodziewaną. Jednocześnie złożoną z chłopaków, którzy niekoniecznie są faktycznymi reprezentantami w naszym rozumieniu tego słowa.

Bo w taką podróż wysyła się wszystkich, którzy jakoś mogą się sprzedać na rynku bardziej pojemnym niż ich lokalny. Reprezentantów kraju, nastolatków, gości z ulicy – każdego, mającego choć odrobinę potencjału. I wiary we własne możliwości, która ma napędzać w pogoni za szalonym z perspektywy mieszkańca niewielkich karaibskich wysepek marzeniem.

Antigua i Barbuda w oknie wystawowym. Marzenia są po to, by je spełniać

Słuchajcie, potrzebuję jednego z chłopaków, żeby powiedział, który hymn puścić – rzuca już na wstępie pełniący przy okazji meczu rolę spikera Wojtek. Wcześniej odkrył z pewnym zakłopotaniem, że opcje są dwie, a bez wątpienia lepiej byłoby nie wywołać międzynarodowego skandalu. A ma być uroczyście, z pompą, tak, żeby wszyscy wiedzieli, że na stadionie w Ostródzie dzieje się coś ważniejszego niż zwykły mecz. Nawet jeśli to tak po prawdzie właśnie zwykły mecz. A reprezentacja Antigui i Barbudy nie jest do końca reprezentacją Antigui i Barbudy.

Reklama

Choć niektórzy z tych chłopców już o nią zahaczyli i z dumą mogą mówić o sobie jako o reprezentantach kraju. Reszta… reszta też w sumie reprezentuje w Polsce swój kraj, więc wielkiego przekłamania w terminie „reprezentacja” doszukiwać się nie ma co. Szczególnie jeśli człowiek zrozumie, że cała ta heca tylko i aż po to, żeby kilku chłopaków z dalekiego kraju zawalczyło o pierwsze w życiu profesjonalne kontrakty. Pokazało się na oczy jednemu czy drugiemu skautowi. Zaskoczyło jakiegoś zabłąkanego trenera, działacza, może nawet bezstronnego kibica.

Jak to jest być takim pośrednikiem między tym umownym „trzecim światem” piłkarskim a piłką profesjonalną? Na co dzień to one siebie nawzajem chyba nie widzą… – zagajam Gregora Nawratha, który odpowiada za organizację wizyty Antiguańczyków w Polsce. Jego firma Sportsmate360 ma ambitny plan stworzenia skautingowej siatki w krajach, do których kompletnie nikt się nie zapuszcza.

Jak widzimy duże, średnie, nawet mniejsze kluby i miejsca, w których te kluby skautują, to… no to są takie rejony, gdzie skautuje już każdy. Naszą rolę widzę w pójściu tam, gdzie nikogo jeszcze nie ma, a piłka nożna jest naprawdę popularna. No i takim kierunkiem jest na pewno Antigua i Barbuda, gdzie dostrzegam dużo talentów – naszym celem jest danie im pola do rozwoju i pokazanie ich światu – tłumaczy mi Nawrath.

W założeniach brzmi to co najmniej ciekawie. Praktyka może sprawiać problemy – nie ma przecież przypadku w tym, że nikt nie zagląda po piłkarzy do małych karaibskich państewek. Dość powiedzieć, że to przypadek właśnie zapędził tam Nawratha.

Reklama

To są często przypadki. Poznajesz jedną osobę, drugą, potem trzecią. Ktoś będzie pamiętał, że rozmawialiście o czymś, może nawet na jakimś urlopie, potem cię o coś zapyta, zapozna cię z kimś jeszcze innym. Tak to wyglądało tutaj – w ostateczności doszło do kontaktu z ludźmi biorącymi się za rozwój piłki w tym kraju i mamy nadzieje na kolejne kroki – opowiada agent. Bo nie mam wątpliwości, że pełni on rolę właśnie agenta, chcącego zainteresować kluby swoimi piłkarzami. Opakowane jest to tylko w ciekawszą historię, a i tę trzeba umieć opowiadać.

Stąd pewnie tak wielka motywacja, flaga na koszulkach, hymn narodowy. Na szczęście ten poprawny – Fair Antigua, We Salute Thee.

To zdjęcie zrobiłem z przyczajki, nie jestem z tego dumny. Ostatecznie udało się jednak ustalić, który hymn jest który…

Reklama

Miła odskocznia. Z jednej strony mundial, z drugiej – wyjątkowy sparing w Ostródzie

Kiedy oczy świata zwrócone są na Stany Zjednoczone i wszyscy skupiają się na najważniejszych rozstrzygnięciach w mistrzostwach świata, w Ostródzie zorganizowano walkę o najbardziej pietruszkową z pietruszek. Ale właśnie tylko na pozór, bo zrozumienie wagi tego meczu dla ekipy z Antigui przychodzi wraz z rozmowami z kolejnymi bohaterami tej opowieści. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zaczepiam Jana, głównego trenera tej wyjątkowej – muszą wybaczyć mi to określenie – zbieraniny. On powoli przedstawia mi kolejne postaci, dopiero na końcu zdradzając także swoje nazwisko.

No tak, to mój syn – puszy się stojący obok Gregor, widać dumny z potomka. A wokół kręcą się inni połączeni przynajmniej na jakiś czas we wspólnym celu – Jan Nawrath nie zapomina o nikim.

Tu trener bramkarzy, Manan Saido, w jakimś stopniu współpracował albo współpracuje z golkiperami 1. FC Koeln. Tam trener z Antigui, Lenny Hewlett, on też jest częścią sztabu, a na co dzień pełni rolę asystenta w faktycznej reprezentacji narodowej. Obok kolejny szkoleniowiec, Khurshid Khasanov. Tu ten piłkarz, tu tamten. – A szczególną uwagę to zwróć na bramkarza, to chyba najciekawsza historia – słyszę w końcu. – Bronił już w kadrze A, gra w półprofesjonalnej lidze w Anglii, ma talent – zapewnia Jan.

A ja odnotowuję, bo wiem, że zaraz będę miał okazję przekonać się na własne oczy, co facet potrafi.

Reklama

Pierwsza droga do profesjonalnej piłki? Zapoznanie się z murawą przed meczem. Na największych arenach przecież wszyscy tak robią! (fot. Patryk Rusznica)

Ale to wszystko zaraz, nie ma przecież pośpiechu. Trzeba się jeszcze przebrać, przygotować, posłuchać kilku krzepiących słów od trenerów. Wszystkich trenerów, bo każdy z nich zabiera głos na odprawie. Wielkich szczegółów próżno w niej szukać, ale to nie jest moment na szczegóły.

Panowie, z tyłu macie rozrysowane stałe fragmenty i fazę ataku, proszę, żebyście jeszcze raz się z tym zapoznali przed wyjściem – pada w pewnym momencie. Reszta to przede wszystkim uświadomienie młodym – najstarszy z nich ma 24 lata, najmłodszy 16 – chłopakom, że takie szanse jak ta się nie zdarzają. Jak mieli się przygotować, tak się już przygotowali, ostatnie minuty raczej tego nie zmienią.

Reklama

Ktoś się modli, ktoś inny całuje na szczęście buty, jeszcze ktoś obgaduje z kolegami szczegóły zbliżającego się meczu czy śpiewa, rytmicznie przy tym podskakując.

Ja też zapoznałem się z taktyką na mecz. Wielkiej filozofii tu nie ma, ale na ten poziom to pewnie w zupełności wystarczy

***

Reklama

Myślisz, że misja prowadzenia takiego zespołu jest wyjątkowa? – pytam Jana.

Tak, to oczywiście wyjątkowa szansa i wyjątkowe historie, które będę wspominał. Rzadko się człowiek spotyka z czymś takim, więc musi mieć to specjalny charakter.

Trudno przekazać chłopakom jakąś myśl szkoleniową?

Oni mają swój styl myślenia, już w treningu było to widać, ale myślę, że się dogrywamy mimo różnego podejścia. Jako trener muszę być jednak tak samo otwarty na nich, jak oni na mnie. Powiem szczerze, że uczę się od nich dużo.

Reklama

Bardziej dopasowujecie taktykę pod to, żeby poszczególni zawodnicy mogli zabłysnąć, wypromować się, czy jednak chodzi o to, by funkcjonowali jako zespół?

Podejście musi być mieszane. Jeśli zespół wygląda dobrze jako zespół, to i tak ktoś będzie trochę odstawać, więc widać liderów. Z drugiej strony – gdy zespół wygląda słabiej, też przecież najlepsi mogą zabłysnąć, choć wtedy jest im trudniej. Trzeba szukać w tym balansu.

***

Reklama

Trener Nawrath z uśmiechem na ustach podchodził do spotkania. Po meczu, mimo porażki 0:1, też raczej się nie smucił (fot. Patryk Rusznica)

Zawodnicy z Antigui nawet jeśli czują jakąś presję, starają się tego po sobie nie pokazać. Największym ich problemem może być zmęczenie po wielogodzinnej podróży do Polski, które daje się we znaki. Trenerzy wielokrotnie uczulali ich, by dali swoim organizmom wejść na odpowiednie obroty i nie pozwolili sobie na przeszarżowanie. Bo z ambicją musi iść w parze rozsądek, może nawet powściągliwo… a gdzie tam!

Dać z siebie wszystko. „Teraz nadchodzi ich czas”

Początek spotkania, a wraz z nim w sumie cała pierwsza połowa, to chaos, w którym trudno się odnaleźć. Piłka i piłkarze latają we wszystkie strony, oba zespoły mają spory problem z zapanowaniem nad przyrządem przez dłuższą chwilę. Nic dziwnego, że w przerwie trener Khasanov ma do ekipy z Antigui pretensje.

Chłopaki, co jest z wami nie tak, dlaczego nie możemy posłać jakiejś dobrej piłki? Dlaczego ciągle gramy lagą, a nie zbieramy drugiej piłki? Jasne, wiem, że nasz bramkarz gra świetnie nogami, ale panowie, to nie jest Toni Kroos – mówi trener, którego słowa spotykają się z całą falą potakiwań przelewających się przez szatnię. – I błagam, nie biegajcie tyle bez potrzeby. Jesteście zmęczeni, w nogach nadal macie całą dobę w podróży, a oni podeszli do tego meczu na świeżo. Pewnie myślicie, że nie ma nic łatwiejszego niż po prostu ten mecz wybiegać, ale nie – wasze ciała są zmęczone, uwierzcie mi. Spokojnie, pograjmy trochę piłką, poszukajmy naszych piłkarzy z przodu – dorzucił Khasanov.

Reklama

A jego słowa były tylko przyczynkiem do dłuższej dyskusji, z której narodziło się możliwie najprostsze rozwiązanie problemu. Trzeba skrócić odległości między poszczególnymi zawodnikami. Wprost wypowiedział to dopiero Lenny Hewlett, wspomniany już szkoleniowiec z Karaibów, z którym również zamieniłem w Ostródzie kilka słów.

Lenny Hewlett dobrze wie, o co toczyła się gra w Ostródzie. Myślę, że wiele dałby za zobaczenie jednego ze swoich podopiecznych w profesjonalnym klubie (fot. Patryk Rusznica)

***

Reklama

Przecierasz tu szlaki także dla antiguańskich trenerów?

Myślę, że i tak robię to przede wszystkim dla antiguańskich piłkarzy. Tych najbardziej utalentowanych, którzy mogą pójść ścieżką do sukcesu. Niektórzy grali już w turniejach młodzieżowych w Meksyku czy Kolumbii, ale naszym zadaniem jest poprowadzić ich ku profesjonalnej piłce. Talentów mamy nawet więcej, bo w tym momencie część z nich gra na mistrzostwach do lat dwudziestu. Podsumuję to tak – moim głównym celem jest danie lepszej przyszłości jednemu czy dwóm piłkarzom, którzy pociągną za sobą kolejnych.

Myślisz, że tymi występami w Polsce uda się to osiągnąć?

Jeśli ludzie przychodzą nas tu oglądać, jeśli ktoś zainteresuje się choć trochę naszymi piłkarzami, to już będzie wielki krok. Tak jak mówiłem, wystarczy, żeby niektórym z tych chłopców dać możliwość profesjonalnego treningu w dobrze zorganizowanym klubie.

Reklama

Co stoi na przeszkodzie temu, żebyście mieli to samo w Antigui?

Teraz mamy nowe władze, musimy im dać trochę czasu, żeby sobie to wszystko poukładały, przygotowały się na postawienie tego kolejnego kroku.

Jest coś, czego ty się możesz nauczyć podczas tego wyjazdu do Polski?

To nie jest historia o mnie, a o naszych piłkarzach. Ja już swoje w życiu zrobiłem, teraz nadchodzi ich czas.

Reklama

***

Pogoń za marzeniami. „Wierzę, że zostanę profesjonalnym piłkarzem”

Najważniejsze chyba, żeby właśnie te ostatnie słowa trenera Hewletta wbili sobie do głowy jego podopieczni. Podobne sformułowanie kilkukrotnie pada w przerwie, żeby czasem nikt nie zapomniał, że gracz toczy się o realizację wielkich marzeń. Marzeń, które z odległego karaibskiego państwa dogonić niezwykle trudno.

Kayeem Hughes, środkowy obrońca: Dla nas wszystkich to po prostu wielka, wielka szansa.

Kylano Isaac, boczny obrońca: Zarabianie na życie graniem w piłkę to moje marzenie, chcę tego odkąd byłem naprawdę małym dzieciakiem. Wierzę, że zostanę profesjonalnym piłkarzem.

Reklama

Jamil Thomas, boczny obrońca: Chcę być profesjonalistą. Wydaje mi się, że tutaj wiele osób interesuje się piłką i stoi ona na dobrym poziomie, więc to chyba dobry pomysł, żeby próbować wypromowania się właśnie w Polsce.

Shahoi Dorsett, bramkarz: Jeśli grasz dobrze, masz odpowiednie nastawienie, dużo pewności siebie, to masz prawo wierzyć, że spotka cię to, co najlepsze.

Reprezentanci Antigui i Barbudy prezentowali się w Ostródzie bardzo dumnie (fot. Patryk Rusznica)

Reklama

I wszyscy ci goście stawiają sobie cel, którego realizacja jest w ich przypadku czymś z pogranicza Mission: Impossible i dobrego kina science-fiction. Dość powiedzieć, że niedługo przed naszym spotkaniem postanowili rzucić wszystko i wsiąść do samolotu, mającego zabrać cały zespół do lepszego piłkarskiego świata. Niektórzy z nich nazywają się szczęśliwcami nawet tylko dlatego, że już są w Ostródzie i mogą przeżyć coś tak niezwykłego. Tym bardziej, że nie dla każdego znalazło się miejsce w składzie na polskie tournée.

Dużą rolę odegrali w procesie selekcji lokalni działacze – głównie pracujący z klubem Jets FC, który w ostatnim sezonie wywalczył awans do antiguańskiej ekstraklasy.

Naturalnie, potrzeba takiego wsparcia ludzi, którzy znają lokalną piłkę lepiej. Oni mają jakieś struktury, organizują takie testy, wreszcie wybierają zawodników o największym potencjale – mówi mi Gregor Nawrath, który w pewnych kwestiach musiał się zdać na swoich współpracowników z Karaibów.

Jak zatem można było się znaleźć w zespole? Niektórym było łatwiej, bo mają już w kraju wyrobioną pewną renomę – jak zachwalany przez wszystkich Dorsett czy Kylano Isaac, faktyczni reprezentanci kraju. Inni, jak choćby Jamil Thomas, po prostu pokazali, że warto w nich zainwestować, chociaż odrobinę czasu i uwagi.

Reklama

Jak szesnastolatek z Antigui i Barbudy trafia na małe tournée po Polsce? – pytam najmłodszego w zespole Thomasa, który początkowo czuł może w naszej rozmowie jakąś tremę, ale szybko się rozkręcił. I wszystko jasno mi wytłumaczył. – Wcześniej, jeszcze w ojczyźnie, po prostu przyszedłem na testy i pokazałem się na tyle dobrze, że mnie wybrali. Jestem bardzo wdzięczny za tę szansę i właściwie za wszystko, co tu się dzieje – mówił.

Nie dam sobie uciąć ręki, że to właśnie Jamil… Najmłodszy piłkarz antiguańskiego zespołu zagrał z GKS-em Wikielec od pierwszej minuty (fot. Patryk Rusznica)

Działania systemowe. Nic wielkiego, ale od czegoś trzeba zacząć

Na wylot choćby tego jednego Jamila składa się jednak praca wielu osób czy instytucji. Wspomniany klub, lokalni działacze, firma Gregora Nawratha, który mówi mi również o wsparciu z poziomu antiguańskich władz. – Współpracujemy z resortem sportu, który pomaga nam też finansowo w tym projekcie, jest więc przy nim obecny. Państwo jest jednak bardzo małe, mieszka w nim około 90 tysięcy ludzi, każdy się właściwie z każdym zna. I naprawdę każdy chciałby robić kolejne kroki w rozwoju. Udało się małemu Curacao, to mogłoby się udać też małej Antigui – przekonuje agent.

Reklama

Tak, ale Curacao trochę oszukuje, po prostu podbiera piłkarzy z Holandii – odbijam piłeczkę.

No prawda, korzystają z tej kolonialnej przeszłości… – przyznaje mów rozmówca. Nawet nie musimy mówić na głos tego, co obaj myślimy. Droga, którą chcą pójść Antiguańczycy i Gregor to w rzeczywistości ledwie wąska, zachwaszczona ścieżka. Co nie znaczy oczywiście, że nie da się zrobić na niej chociaż paru kroków. Jako przykład już podjętych działań, może właśnie pierwszego kroku, podano mi działalność Sportsmate360 w Kenii.

– Byłem tam w ubiegłym roku, spotkałem się z ministrem ds. edukacyjnych i sportowych, umówiliśmy się na współpracę w zakresie rozwoju piłki nożnej w ich kraju. Teraz jesteśmy na etapie dogadywania spraw kontraktowych – podpisywanie umowy z rządem jest trochę skomplikowane. Tu nie chodzi tylko o promowanie piłkarzy, ale też budowę struktur, edukację trenerów, rozwój skautingu. Tak, skautingu również, bo nie rozchodzi się jedynie o znajdywanie piłkarzy w Nairobi, oni mogą kryć się w całej Kenii. Chcemy więc rozwijać się i na tamtym rynku, przy okazji rozwijając tamtejszą piłkę. W tej sprawie mam wkrótce spotkanie z prezesem kenijskiej federacji. Widziałem się natomiast już z polską panią konsul – współpraca z Polską może być bardzo przydatna, a wiadomo, że ważną rolę będzie w niej odgrywał proces wizowy.

Prawda, kraje afrykańskie często są krajami podwyższonego ryzyka, te sprawy wizowe potrafią się ciągnąć nawet miesiącami.

Reklama

– Ja to jak najbardziej rozumiem, więc trzeba robić wszystko, żeby pokazać, że przejście przez ten proces też się opłaca. No i w drugą stronę – należy też promować Polskę, by tacy piłkarze gotowi byli do niej przyjechać, jako kraju o sporej kulturze piłkarskiej.

***

Nie umiem odmówić Gregorowi zapału, ale Bóg jeden raczy wiedzieć, czy nie porywa się on z motyką na słońce. Kenia tak, ale nie w „mainstreamowym” Nairobi, wiadomo. Prowincja, mniejsze miasta, może nawet wioski. Do tego Antigua – piłkarskie pustkowie, absolutny futbolowy trzeci świat. Pomysły z pogranicza szaleństwa, ale znacie tę piękną maksymę:

Kto ma rację dzień wcześniej od innych, ten przez dobę uchodzi za idiotę.

Reklama

Może na Karaibach kryją się talenty piłkarskie, których nawet nie umiemy sobie wyobrazić? Może nowa gwiazda światowego futbolu urodziła się dekadę temu w kenijskiej wiosce? Może. Pora na drugą połowę.

Trener Khasanov w przerwie przekazał drużynie kilka dobrych rad (fot. Patryk Rusznica)

Zbieranina staje się zespołem. „Ten mecz był jednym z najlepszych, jakie w życiu zagrałem”

Po zmianie stron zobaczyliśmy na boisku efekty ożywionej rozmowy z szatni. Widać było, że Antiguańczycy w niektórych momentach muszą bardzo walczyć ze swoją naturą, ale w większości przypadków opierali się pokusie wyskakiwania do bezsensownego, źle przygotowanego pressingu. Czekali raczej w niskim bloku i nastawili się na kontry. Nadal jednak rolę głównego rozgrywającego brał na siebie… ich bramkarz, Shahoi Dorsett. Mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem – gwiazda drużyny prowadzonej przez trenera Nawratha i spółkę.

22-letni golkiper faktycznie ma już za sobą występy w kadrze A, jeden z nich nawet bardzo konkretny. W ubiegłym roku Antiguańczycy mierzyli się bowiem z Hondurasem – między słupkami postawiono debiutującego w pierwszej reprezentacji Dorsetta, który sam mówi, że tamten dzień jest najfajniejszym z całej jego piłkarskiej kariery. – Zaliczyłem chyba czternaście interwencji, obroniłem rzut karny, dostałem nagrodę dla zawodnika meczu. To w ogóle moje najlepsze piłkarskie wspomnienie jak do tej pory – mówi mi. Powiecie, że to tylko Honduras, jasne. Ale na bramkę debiutanta szarżował w tamtym meczu choćby dobrze znany w naszej Ekstraklasie Luis Palma. Wtedy Dorsett wpuścił ostatecznie dwa gole, choć najuczciwiej byłoby napisać „tylko dwa gole”.

W Ostródzie wpuścił jednego, w końcówce meczu, ale wcześniej zdążył popisać się kilkoma naprawdę dobrymi interwencjami. Nogami grał natomiast tak, że naprawdę nie ma się czego w tej materii wstydzić i to nawet w zestawieniu z bramkarzami z poważnego, profesjonalnego poziomu. Dość powiedzieć, że największy zagrożenie Antiguańczycy generowali pod bramką rywali właśnie po długich, płaskich dograniach Dorsetta, który wielokrotnie uruchamiał skrzydłowych swoimi szybkimi wznowieniami. To mogło się podobać, naprawdę.

***

Myślisz, że ten i kolejne występy otworzą ci drzwi do profesjonalnej piłki? Może zostaniesz w Polsce?

Przyjechałem tu z bardzo pozytywnym nastawieniem, chciałbym zrobić kolejny krok w karierze. Idealnie byłoby podpisać kontrakt w jakiejś dobrej lidze, może właśnie w Polsce. Na razie to co tu zobaczyłem – piłkarze, boiska, ludzie wokół – robią na mnie bardzo dobre wrażenie.

Po tym meczu mógłbym wskazać twoje mocne strony. Wyjścia do dośrodkowań, gra nogami. Też zwróciłbyś na te umiejętności szczególną uwagę?

Cóż, tak jest, potrafię królować w polu karnym. Wyjaśnienie sytuacji nie jest dla mnie wielką trudnością. No i faktycznie świetnie radzę sobie grając nogami, potrafię podawać naprawdę dokładnie.

***

Shahoi Dorsett pokazał się w Ostródzie z bardzo dobrej strony (fot. Patryk Rusznica)

Dyspozycja Dorsetta to jedno, ale cały zespół po przerwie zaczął wyglądać… no właśnie jak zespół. Gra nadal nie powalała, ale wreszcie można było w niej dostrzec plan trenerów i – co nawet ważniejsze – kilka dobrych występów indywidualnych. Mi w oko wpadł choćby Kayeem Hughes, dobrze zbudowany środkowy obrońca i niezwykle małomówny gość. Wyciśnięcie z niego więcej niż jednego słowa w odpowiedzi na dowolne pytanie uznać należy chyba za sukces.

Ale nie za mówienie go rozliczają na boisku. Tam Hughes kilkukrotnie pokazywał, że rozumie, o co chodzi w grze na jego pozycji. Kiedy trzeba było popracować ciałem, potrafił przestawić sobie rywala. Kiedy sytuacja wymagała przeczytania intencji przeciwnika – i to potrafił zrobić, ustawiając się dokładnie w linii nadchodzącego podania. Widać w nim było po prostu lidera antiguańskiej defensywy.

***

Powiem szczerze – nie wierzę, że to ty. Z trybun wyglądałeś jak wielka kupa mięśni, a teraz widzę, że nie jesteś wcale aż takim gigantem. Tak czy siak, zagrałeś świetny mecz, gratulacje.

Tak, to był serio bardzo dobry mecz. Zaznaczę jednak od razu, że walczyliśmy w nim jako zespół, zjednoczeni w jednym celu.

Myślisz właśnie, że ta jedność może wam dać najwięcej także indywidualnie? Trenerzy utrzymują, że sukcesem będzie, jeśli kilku z was faktycznie znajdzie tu sobie kluby.

Zdecydowanie, jedność jest bardzo ważna. Podobnie jak dyscyplina – jeśli nie będziesz utrzymywać pewnego standardu, to nie ma mowy, żebyś przebił swój sufit. Będziesz miał nawet problem z chodzeniem po podłodze. A wtedy nie będziesz miał wokół siebie lepszych zawodników, sam nie będziesz się stawał lepszy. To wszystko kwestia mentalności.

„Mental” to twoja największa siła?

Jedna z największych. A ten mecz był jednym z najlepszych, jakie w życiu zagrałem.

Pewnie się nie zdziwisz, jak powiem, że wcześniej cię nie widziałem w akcji, ale wydaje mi się, że dziś ty i Shahoi wyglądaliście naprawdę nieźle. Co jeszcze pokażecie w kolejnych meczach?

Talent. A z tym samym nastawieniem będziemy tylko silniejsi.

***

Kayeem Hughes wiedział, kiedy należy bez pardonu pakować się w rywala (fot. Patryk Rusznica)

Wiele do odkrycia. Każdy chce i każdy może błysnąć

To, że ja zostawiłem sobie w notesie tych dwóch zawodników, nie oznacza, że innym nie powpadali w oko kolejni. To czego nie można tym chłopcom odmówić, to dobre chęci – właśnie przez nie pierwsza połowa wyglądała, jak wyglądała. Ale także dzięki nim po zmianie stron zespół się scalił i kilka razy narobił drużynie z Wikielca problemów. Blisko było po strzale z połowy boiska, kiedy jeden z antiguańskich pomocników chciał wykorzystać wyjście bramkarza rywali. Dobrze i groźnie wyglądała jedna akcja napędzona podaniem Dorsetta, w której poprzepychał się Bennerero Wellington. Niezłą zmianę dał też Terroy Ponde, próbujący kilku zrywów. A przez cały mecz poziom trzymał Kylano Isaac, po którym też było widać obycie w pierwszej reprezentacji.

***

Pierwsza rzecz, którą zapamiętałem z waszego meczu – cholernie daleki wrzut z autu na samym początku. Masz w rękach sporo pary! – zagaduję po ostatnim gwizdku bocznego obrońcę zespołu z Karaibów.

A dziękuję, jakby nie patrzeć, to moja mocna strona. Zwykle zresztą tak właśnie gram, rzadziej wykonuję krótkie wrzuty. W grze z boku formacji chodzi przecież o to, żeby znaleźć jakiegoś kolegę w polu karnym. Czasem strzelam sam, czasem dośrodkowuję, ale i tak można spowodować zagrożenie.

Myślisz, że dziś wystawiliście sobie dobre świadectwo?

To był niezły mecz i kawał doświadczenia, w końcu to pierwszy występ w Polsce. Może w pierwszej połowie poruszaliśmy się trochę niemrawo, ale po przerwie wyglądało to już lepiej. Wydaje mi się, że w kolejnych spotkaniach stać nas będzie na jeszcze więcej.

***

I ta ostatnia zapowiedź utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że tak faktycznie może być. W pierwszej połowie widziałem piłkarzy rozrzuconych po boisku i zmęczonych. W drugiej kilku zapłaciło za energetyczną rozrzutność – skurcze, ciężkie nogi, jakieś drobne urazy i uraziki. Nic, co mogłoby zagrozić ich występowi w kolejnych meczach, ale wiele wypadkowych, które sprawiły, że w ostatniej minucie spotkania Antiguańczycy stracili koncentrację, a wraz z nią gola. Kompletnie niepotrzebnego, co wyraźnie zaznacza trener Jan Nawrath, gdy pytam go o pomeczowe wrażenia.

Już na przedmeczowym treningu czuliśmy, że chłopaki nie są w pełni sił. Dlatego teraz szybko do domu i zaczynamy regenerację. Potem dorzucimy do niej trening taktyczny i w kolejnym meczu pokażemy się z dobrej strony. Zresztą już dziś w drugiej połowie było po nas widać progres – przekonuje mnie szkoleniowiec, ale nie wie, że wyciągnąłem podobny wniosek. Jego podopiecznym może trudno narzucić pewne ramy, ale realizacja prostych założeń ich nie przerasta.

A tym chętniej te założenia realizują, im łatwiej im zobaczyć, że to po prostu działa na ich korzyść. Zespołowo i indywidualnie.

Czasem może ponosi ich fantazja, ale Antiguańczycy doskonale wiedzą, że słuchając trenerów mogą zaprezentować się lepiej. A o to przecież chodzi w ich polskim tournée (fot. Patryk Rusznica)

Antiguański futbol. „No nie jest na najwyższym poziomie”

Na co dzień wiele rzeczy im jednak umyka, bo w domu nie da się ich dostrzec. Na tle rodaków Antiguańczycy nie są w stanie realnie ocenić swojego piłkarskiego poziomu, dopiero podczas takich eskapad widzą kilka różnic. Nie mówią jednak w złych słowach o rodzimym futbolu, chcą mnie przekonać, że na możliwości państwa o liczbie mieszkańców sięgającej ledwie trzykrotności ludności Ostródy są naprawdę w pełni wykorzystane. A że są małe, to naprawdę nie jest wina Antiguańczyków.

Thomas: Myślę, że rozwój to słowo klucz dla całej naszej piłki. Mamy chyba całkiem niezłych trenerów, niezłe kluby. Wszystko idzie do przodu.

Hughes: No nie jest to futbol na najwyższym poziomie, standard nie jest jakiś niezwykły. Tutaj wiele rzeczy dzieje się dużo szybciej i do tego trzeba się przyzwyczaić.

Isaac: U nas w kraju trudniej się zmotywować do podnoszenia swojej jakości. W Antigui masz oczywiście ludzi, którzy cię wspierają, starają się dociskać, ale koniec końców to ty decydujesz. W domu sam nakładam na siebie presję, dużo trenuję indywidualnie.

Jakąś miarą dla Antigui i Barbudy może być tu ranking FIFA, który nie pozostawia złudzeń. Zespół narodowy, czyli drużyna teoretycznie jeszcze bardziej reprezentatywna niż ta, którą gościmy teraz w Polsce, plasuje się w nim na 162. miejscu. W przeszłości bywało lepiej, ale gdy na całym świecie piłka szła do przodu, w karaibskim państwie czas się pod tym względem zatrzymał. Najlepsi są jeszcze lepsi, a ci słabi dalej są słabi – przepaść się powiększa, a jej zasypanie może być z każdą chwilą coraz trudniejsze.

Tym bardziej wyjątkowa wydaje się cała inicjatywa. Raz, że Antiguańczycy jakoś szczęśliwie przecięli się z Gregorem Nawrathem. Dwa, że on przeciął się z nimi. A trzy, że wszyscy zgodzili się w przekonaniu, że warto zrobić razem coś wręcz niedorzecznego. Objechać kilka polskich miejscowości z drużyną z Antigui i Barbudy w poszukiwaniu kontraktów dla kilku jej graczy.

Cieszyłbym się, jakby paru piłkarzy znalazło sobie klub na poziomie czwartej, trzeciej, może nawet drugiej ligi. Byłoby naprawdę pięknie, uznałbym to za następny krok. Mogliby się też dalej rozwijać, graliby na wyższym poziomie. A potem wracaliby z nowymi doświadczeniami do reprezentacji, podnosząc przy okazji jej poziom. I tak szczebelek po szczebelku będzie można piąć się wyżej – snuje optymistyczną wizję agent.

Dziś już było fajnie, bo zaraz po meczu przyszedł do mnie prezes Sokoła Ostróda i mówi: „Chcę bramkarza. Jutro” – śmieje się Nawrath, ale po jego minie widzę, że dostrzega w tym drobiazgu nadzieję. Dla antiguańskich piłkarzy, oczywiście. Ale także nadzieję na to, że on sam naprawdę się nie myli i jego pomysł ma jakiś sens.

***

Na kolejne dowody nie trzeba będzie długo czekać – „reprezentacja” Antigui i Barbudy już 18 lipca o godzinie 11:00 zagra z Wilgą Garwolin, a kilka dni później (22 lipca) z Podlasiem Biała Podlaska. Wiele wskazuje na to, że by obejrzeć bohaterów tego reportażu wcale nie będziecie musieli wybierać się na stadion – transmisja z meczu z GKS-em Wikielec dostępna była na kanale Sportsmate360 w serwisie YouTube, więc i w przypadku kolejnych spotkań powinno być podobnie.

Fot. Patryk Rusznica / SportsMate 360 / własne

0 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Tuchel przed meczem z Francją: Nikt nie chce grać tego spotkania

Jan Broda
2
Tuchel przed meczem z Francją: Nikt nie chce grać tego spotkania

Niższe ligi

Reklama
Ekstraklasa

Mistrz Polski wylądował w drugiej lidze. Młody piłkarz odszedł z Lecha

Braian Wilma
9
Mistrz Polski wylądował w drugiej lidze. Młody piłkarz odszedł z Lecha
Niższe ligi

Górnik Łęczna zagrożony? „Jakubas z pomocą elit dobiera się do klubu”

Mikołaj Duda
23
Górnik Łęczna zagrożony? „Jakubas z pomocą elit dobiera się do klubu”