Można odpaść jak Cabo Verde, a można odpaść jak Paragwaj

Przemysław Michalak

05 lipca 2026, 16:15 • 5 min czytania 8

Reklama
Można odpaść jak Cabo Verde, a można odpaść jak Paragwaj

Nie ukrywam, że gdy Paragwaj grał z Niemcami, interesowało mnie tylko to, żeby pogonił „somsiadów”. Później mógł już spokojnie odpaść, bo jasne było, że tak ograniczona piłkarsko drużyna na dłuższą metę nie da rady na mundialu, bo pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Nie sądziłem jednak, że po meczu z Francją stracę absolutnie całą sympatię do ekipy Gustavo Alfaro. No, może poza bramkarzem Orlando Gillem. 

Reklama

Przeciwko Niemcom przedstawiciel Ameryki Południowej też pokazał, że nie przebiera w środkach, ale tam jednak pewnych granic nie przekraczał. Być może dlatego, że mecz prowadził bardziej normalny sędzia, który kilka razy karał Paragwajczyków żółtymi kartkami. A ci bali się, żeby jednak nie musieć bronić się potem, mając o jednego gracza mniej.

Paragwajczycy przekroczyli granicę żenady

Przeciwko Francji nastąpiła z ich strony erupcja piłkarskiego prymitywizmu i chamstwa. Jeśli ktoś nie dostrzega na tym przykładzie różnicy między grą twardą i zdecydowaną a grą brutalną i niebezpieczną, to już chyba nigdy nie dostrzeże i trudno z kimś takim dyskutować. Widziałem gdzieniegdzie komentarze, że właśnie tak trzeba grać przeciwko największym. Nie, nie tylko nie trzeba, ale nie można. Przeciwko komukolwiek.

Sam Matias Galarza mógł wylecieć z boiska dwukrotnie i to po kolejnych żółtych kartkach, które co rusz mu się należały. I jeszcze chłop miał pretensje do rywali, że udają. To nie jest przypadek, że ten niepotrzebny już w River Plate narwaniec ostatnio był łączony akurat z Getafe, które gra najbrzydszy i najbardziej toporny futbol w LaLiga. Zresztą, wymowne jest też to, że Galarza został minięty dryblingiem na tym turnieju aż 16 razy – to pod tym względem rekordzista. I rewanżował się faulami.

Niewiele lepszy był Martin Caceres. Obrońca Dynama Moskwa (to też coś mówi) bezczelnie uśmiechał się do Mbappe i kolegów po kolejnych niesportowych zagraniach, udając przyjacielskość i brak złych intencji. Oglądało się to z potężnym zażenowaniem.

Reklama

To wszystko nie miałoby miejsca albo zostałoby mocno ograniczone, gdyby nie sędziowski parodysta z Uzbekistanu. Na co dzień prowadzi chyba jakieś walki, bo inaczej trudno wytłumaczyć, jakim cudem Paragwaj nie otrzymał ani jednej żółtej kartki, podczas gdy Trójkolorowi dostali aż trzy. Większość tych paragwajskich prowokacji doskonale widział i często odgwizdywał, ale nigdy nie stosował kar indywidualnych, co tylko rozzuchwalało Galarzę i pozostałych, że skoro nie ma kary, to jest to dopuszczalne.

Do kategorii cudu trzeba zaliczyć podyktowanie przez Uzbeka rzutu karnego dla Francji. Po analizie VAR, ale jednak. Wewnętrznie pewnie czuł niesmak, bo przecież nikt nikomu nogi nie złamał, więc o co chodzi.

Reklama

Cabo Verde pokazało, jak się walczy z klasą

Mam naprawdę wiele podziwu dla podopiecznych Didiera Deschampsa, że wytrzymali nerwowo i nie dali się sprowadzić rywalowi do jego nędznego poziomu. Zachowywali klasę, uśmiechali się z politowaniem i również w ten sposób pokazywali Paragwajczykom swoją wyższość. Dembele wyśmiał rywala, który chciał zmasakrować korkami punkt pola karnego. Możecie nas kopać, szarpać, wierzgać nogami, ale na koniec szybko wrócicie tam, gdzie wasze miejsce. Mbappe, który ironicznie się uśmiechał do rywali, powiedział potem po meczu:

Też możemy ubrudzić sobie ręce i wiemy, jak to robić. Również wiemy, jak grać w brzydki futbol. Chyba Paragwajczycy myśleli, że wyjdziemy na ten mecz w smokingach, ale byliśmy gotowi do takiej gry. 

Oglądając te scenki od razu narzuciło mi się porównanie z Republiką Zielonego Przylądka w boju z Argentyną. I tu, i tu maluczki odpadł, ale w jakże innym stylu, z zupełnie innym odbiorem przez piłkarski świat. A przecież na papierze różnica poziomów była nawet większa między Cabo Verde a Argentyną niż między Francją a Paragwajem. Mimo to Afrykanie po prostu zagrali w piłkę.

Walczyli jaki szaleni, biegali do utraty tchu, nigdy nie odstawili nogi, ale cały czas pamiętali, jaki sport uprawiają. Jednocześnie mieli momenty, w których potrafili pokazać trochę piłkarskich umiejętności – świetnie wyjść spod pressingu, składnie rozegrać akcję, zepchnąć Argentynę do defensywy. To nie tak, że dwa razy wyszli z połowy, jakimś cudem strzelali gole i później już tylko się murowali, modląc się o przetrwanie. W efekcie wzbudzili podziw absolutnie wszystkich. Oklaskiwali ich nawet argentyńscy kibice, a Leo Messi gratulował świetnej postawie w bramce 40-letniemu Vozinhi.

Reklama

Paragwaj natomiast do piłkarskiej nędzy (cztery kontakty z piłką w polu karnym przeciwnika, jeden celny strzał) dołożył nędzę mentalną, trwoniąc wszelkie uznanie, które zyskał kilka dni wcześniej. Kiedy przegrywał 0:1, to… nawet nie pokazał większej odwagi w ataku. Poza własnymi kibicami, nikt za nimi płakać nie będzie. Nie ma za czym.

Jasne, można powiedzieć, że Cabo Verde trochę łatwiej było pograć z Argentyną, która praktycznie nie ma skrzydłowych i prawie wszystko opiera na Messim niż Paragwajowi z Francją, której główną bronią są zabójcze i pod względem szybkości, i pod względem umiejętności skrzydła. Mam jednak przekonanie graniczące z pewnością, że gdyby role się odwróciły, to RZP z Trójkolorowymi nie bawiłaby się w polowanie na nogi, za to Paragwaj w starciu z Albicelestes też waliłby łokciami w brzuchy z bezsilności. Tutaj jednak mógłby się spotkać z mocniejszą odpowiedzią drugiej strony, chociażby De Paula. Byłby potencjał na najbrutalniejszy mecz MŚ w historii.

To po prostu taka mentalność. Najlepiej świadczą o tym komentarze paragwajskich mediów, które bronią swoich „piłkarzy”, twierdząc, że walczyli i pokazali futbol typowy dla Ameryki Południowej. Argentyński trener Marcelo Gallardo w podobnym tonie oceniał ten mecz w ESPN. Cóż, coś z czegoś wynika, kontekst jest znacznie szerszy. Nie przez przypadek w pewnych rejonach świata kosa pod żebra w trakcie bójki jest znacznie bardziej prawdopodobna niż w innych miejscach. Postawa w trakcie meczu nieraz sugeruje, z kim generalnie mamy do czynienia i jak by się zachował w sytuacji ekstremalnej.

Reklama

Co na boisku, to i poza nim.

Fot. Newspix

8 komentarzy
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama