Vozinha, 40-letni bramkarz z Republiki Zielonego Przylądka, stał się najbardziej nieoczekiwanym bohaterem tych mistrzostw świata. Jednak mundiale mają to do siebie, że takowych kreują co cztery lata – tym bardziej w erze globalizacji, rozwijającego się internetu, a potem social mediów. Postanowiliśmy więc przyjrzeć się temu, kto w XXI wieku stawał się bohaterem każdych kolejnych mistrzostw. O kim mundiale nie zapomną?
Mundial tworzy bohaterów. Kogo wykreował w XXI wieku?
Kryteria? W zasadzie szerokie, pozwoliliśmy sobie na pewną dowolność interpretacji – bo mogli się tu znaleźć i tacy zawodnicy, co rozbłyśli na mistrzostwach, a potem zgaśli równie szybko, i tacy, co dzięki mistrzostwom poszli wyżej, a nikt tego po nich nie oczekiwał. No i wreszcie tacy, którzy zaliczyli choćby jeden wielki moment i stali się przez niego legendarni.
Vozinha należy zapewne do tej ostatniej grupy, zobaczymy, czy zdoła potwierdzić swój status kolejnymi spotkaniami, czy zatrzyma się na tym jednym, z Hiszpanią. Podobnie kolejny z bramkarskich bohaterów – Eloy Room z Curacao. On najpierw przyjął siedem bramek od Niemców, by w drugiej kolejce zachować czyste konto z Ekwadorem, dać swojemu państwu historyczny punkt na mistrzostwach świata i zanotować przy tym 15 (!) udanych interwencji.
Dla mistrzostw świata to już legendarny występ. Dla Curacao to już legendarny piłkarz, zresztą jeden z tych, co grają w kadrze od lat, bo zadebiutował w niej w 2015 roku.
BABCIA BOHATEREM MUNDIALU! VOZINHA ZOSTAŁ LEGENDĄ MISTRZOSTW ŚWIATA
A kto stał się legendą za sprawą poprzednich sześciu mundialu?
2002. Trzy bramki z głębi pola
Nie można napisać, że był anonimowy, ale tym bardziej – że był w jakimkolwiek wymiarze gwiazdą. Miał już 24 lata, powoli przepychał się przez kolejne szczeble piłkarskiej kariery. W 1999 roku wyfrunął z rodzinnego Senegalu i trafił do Szwajcarii, na poziom trzeciej ligi. Kontrakt profesjonalny podpisał w 2000 roku, gdy przeszedł do Neuchatel Xamax, a potem – do Grasshoppersu, z którym zdobył mistrzostwo Szwajcarii.
Na mundialu jechał jako gracz francuskiego Lens. Szedł więc w górę, ale do tamtej pory był po prostu solidnym zawodnikiem, który w środku pola raczej nie zawodzi, ale też nie jest magikiem czy generałem tej formacji. Głównie imponował warunkami fizycznymi – miał 196 cm, był solidnie zbudowany – trudno było go przestawić czy wygrać jakikolwiek pojedynek (w późniejszych latach porównywano go przez to do Patricka Vieiry).
A potem przyszedł mundial. I na nim Papa Boupa Diop zachwycał.
Cały Senegal był zresztą rewelacją tamtego turnieju, który przecież na brak innych rewelacji – Korea Południowa, Turcja czy USA – narzekać nie mógł. W teorii było widać, że ta ekipa rośnie w siłę, bo doszła też do finału Pucharu Narodów Afryki. W praktyce? Afrykańskie zespoły nie radziły sobie na poprzednich mundialach zupełnie – w latach 90. z grupy wychodziła jedynie Nigeria, dwukrotnie odpadając w 1/8 finału.
Senegal w dodatku debiutował na tym turnieju. Wcześniej na dziewięć możliwych występów, aż siedmiokrotnie nie przebrnął kwalifikacji, a dwa razy nie wziął w nich udziału lub się wycofał. W 2002 roku wreszcie na turniej wszedł, ale trafili piłkarze z Afryki do trudnej grupy, w której znaleźli się Duńczycy, Urugwajczycy i, przede wszystkim, Francuzi, obrońcy tytułu. I traf chciał, że to właśnie z nimi miały Lwy Terangi rozegrać pierwsze spotkanie nie tylko na tamtych mistrzostwach, ale – jako że wtedy zaczynał właśnie obrońca tytułu – całych mistrzostw w ogóle.
Turniej określano jako mecz Francja A vs Francja B, bo Senegal był francuską kolonią. I sensacyjnie wygrał 1:0! A tę legendarną, historyczną bramkę zdobył właśnie Papa Bouba Diop (warto tu wspomnieć, że zawodnikiem meczu został mimo tego El Hadji Diouf i do końca zastanawialiśmy się, kto z tej dwójki stał się przez te mistrzostwa bardziej pamiętany – padło na Diopa). Gol był to niecodzienny, bo Bouba Diop strzelił go na siedząco. Dla Francji był to początek kłopotów. Dla Senegalu – wręcz przeciwnie.
Bo po Francji przyszedł mecz z Danią, zremisowany 1:1, a potem – fenomenalne starcie z Urugwajem. Urusi mogli jeszcze wyrzucić Senegal z turnieju. I wcale nie byli tego daleko, choć… przegrywali do przerwy 0:3. Gole strzelali Fadiga (z karnego) i dwukrotnie – Papa Boupa Diop. Stał się autorem trzech z pięciu goli Senegalu w fazie grupowej! Ten pierwszy z Urugwajem, to znów wejście z głębi pola, tym razem w okolice 14 metrów, dobra piłka z lewej strony i przyłożenie pod poprzeczkę. Drugi – podobnie, tyle że centra z prawej, a Diop świetnie dołożył nogę (choć mógł być minimalny spalony).
Generalnie – był w tamtym turnieju Papa Bouba pomocnikiem, ale często wyglądał jak rasowy napastnik. I to dzięki jego bramkom Senegal wyszedł z grupy. Urugwaj po przerwie nie dość, że wyrównał, to w końcówce miał znakomitą szansę na wagę potencjalnego awansu, ale ją zmarnował. Senegal grał dalej i skorzystał z tego faktu – w 1/8 finału wygrał ze Szwecją 2:1, a dwie bramki walnął Henri Camara, w tym złotego gola w dogrywce. Dopiero w ćwierćfinale lepsi od Afrykanów okazali się Turcy, też po złotym golu.
Bouba Diop jeszcze na dwa lata został później w Lens i grał tam na tyle dobrze, że wreszcie trafił do Premier League, do Fulham, a później występował jeszcze w Anglii w Portsmouth, West Ham United i Birmingham City (z roczną przerwą na AEK Ateny). Szczytem jego kariery pozostał jednak mundial z 2002 roku. Niestety, Papa Bouba już nie żyje – zmarł w 2020 roku, po walce z chorobą („L’Equipe” podało, że chodziło o stwardnienie boczne zanikowe).
W Dakarze żegnali go rodzina, ówczesny prezydent Senegalu Macky Sall, a także koledzy z tej wielkiej ekipy z 2002 roku, której Diop był jednym z głównych bohaterów.
2006. Młodziutki, tuż przed trzydziestką
Możliwe, że jego status w Polsce przebija tylko ten, jaki zyskał po tamtym turnieju we Włoszech. A na papierze przecież nie miał prawa stać się legendą czy to kadry Włoch, czy mundiali. Grał w Palermo. Wcześniej był zawodnikiem Perugii, Calcio Cheti i Renato Curi. Nigdzie nie notował wielkich występów, był po prostu solidny – nic mniej, nic więcej. Na Sycylii z kolei w pierwszym sezonie nie grał regularnie, ale pomógł drużynie w awansie do Serie A.
I tam Palermo zaskoczyło. Zajęło 6. miejsce, zakwalifikowało się do Pucharu UEFA, a Grosso zaczął grać często, stając się – jak określilibyśmy to w Polsce – solidnym lub nawet wyróżniającym się ligowcem.
W kadrze zadebiutował jeszcze w 2003 roku, w dwóch sparingach. Giovanni Trapattoni chciał go przetestować, bo szukał lewego obrońcy i sądził, że Grosso może na tej pozycji zaistnieć (wdzięczny powinien być Fabio Serse Cosmiemu, który w Perugii przestawił go na tę właśnie pozycję, wcześniej Grosso grał na lewej pomocy). Nie wypadł źle, oba mecze Włosi wygrali, ale też nie zaimponował wystarczająco, bo na dłużej w kadrze zaistniał dopiero w 2005 roku (po drodze zaliczył jeszcze 35 minut w sparingu z Polską, też w 2003 roku), już w momencie, gdy dowodzenie w reprezentacji przejął Marcelo Lippi, a Palermo imponowało w lidze.
Grosso stał się w tamtym okresie podstawowym lewym obrońcą w reprezentacji… co w sumie wcale nie znaczyło tak wiele, bo na ich nadmiar Włosi w tamtym okresie uskarżać się nie mogli – w 2006 roku powołani do kadry byli jeszcze ogółem Manuel Pasqual (Fiorentina) oraz Massimo Gobbi (Cagliari/Treviso). Dziura na tej pozycji była po prostu spora, a Grosso całkiem skutecznie ją zaklejał. Przy okazji pozwalało to ustawić Gianlucę Zambrottę na prawą stronę defensywy (gdzie jako pierwszy ustawił go sam Lippi w Juventusie), radząc sobie w ten sposób z kolejnym brakiem, który sprowadził na siebie… sam Lippi, ignorując Christiana Panucciego.
Wracając jednak do głównego bohatera: na mistrzostwach świata Grosso miał 29 lat, czyli – w tamtym okresie – już całkiem sporo. Nie grał w topowym klubie. Zajmował dość niewdzięczną pozycję na boisku. Zostać bohaterem? Nie no, gdzie. Po prostu nic nie zepsuć i w ten sposób pomóc kadrze – to musiał być cel Fabio.
I wywiązywał się z niego świetnie, jak cała linia defensywna Włochów. W grupie wygrali 2:0 z Ghaną, zremisowali 1:1 z USA i pokonali 2:0 Czechy. Jeden stracony gol w trzech meczach? Znakomity wynik. A potem miało być tylko lepiej. I duża w tym zasługa Fabio. Już w 1/8 finału – 1:0 z Australią – Grosso został bohaterem, o czym często się zapomina. To on wbiegł w pole karne Australii w końcówce meczu (a Włosi grali w dziesięciu!) i został sfaulowany, a przynajmniej to odgwizdał sędzia. Sam Fabio po latach – w rozmowie z australijskimi mediami – przyznawał, że upadł, bo brakowało mu już sił i „mógł dodać coś od siebie”.
W każdym razie – karnego na gola zamienił Francesco Totti. Włosi grali dalej. Ćwierćfinał był łatwy, bo Ukrainę ograli 3:0. Ale półfinał to już ta legendarna część występu Grosso. Mecz z Niemcami, gospodarzami. 0:0, dogrywka. 119. minuta, piłka po rzucie rożnym trafiła pod nogę Andrei Pirlo. Ten zaczarował kilku rywali, wydawało się, że uderzy zza pola karnego, ale podał do Fabio. Idealnie, na strzał. Grosso przyłożył bez zastanowienia i piłka wpadła do siatki. Rozpoczęło się szaleństwo, Grosso pobiegł w stronę ławki i krzyczał, że w to „nie wierzy!”. A polscy widzowie dowiedzieli się najpierw od Dariusz Szpakowskiego, że to Iaquinta strzelił bramkę, dopiero potem, że „Grosso! To był Grosso!”. Jeszcze później, że to był strzał marzeń, fantastyczny.
A potem to wszystko zamknął Alessandro Del Piero. Włosi pojechali do Berlina, na finał z Francją.
Tam wiadomo – gol Zinedine’a Zidane’a z karnego. Potem odpowiedział Marco Materazzi, a wreszcie ten sam Zidane zdzielił tego samego Materazziego i wyleciał z czerwoną kartką. Doszło do karnych, a w nich lepsi byli Włosi. Kto jednak wykonywał tego ostatniego? Najważniejszego w najnowszej historii włoskiego futbolu, która w przeszłości widziała przecież wielkie porażki w karnych? Kto czuł ciężar całej tej sytuacji na plecach?
Fabio Grosso. Nie młodziutki, jak twierdził Dariusz Szpakowski, ale na pewno niespodziewany wybór do tak istotnej jedenastki – przynajmniej na papierze. A przyłożył pięknie, w okienko, nie zawahał się ani na moment. To był jego mundial, jego – kolejny już – wielki moment.
A potem? Trafił do Interu, zdobył z nim – choć nie był postacią pierwszoplanową – mistrzostwo Włoch. Później został też mistrzem (i zdobywcą pucharu oraz Superpucharu) Francji z Olympique Lyon, a w latach 2009-2012 znalazł jeszcze miejsce w Juventusie i na finisz kariery po raz drugi został mistrzem Serie A. Nie byłoby najpewniej żadnej z tych rzeczy, gdyby nie tamten turniej, gdy Fabio Grosso stał się bohaterem całej Italii.
I na pewno nie byłby tak pamiętany.
2010. Gol dla Afryki
Papa Bouba Diop pomógł Senegalowi w debiucie wejść do ćwierćfinału. Fabio Grosso przełamał defensywę Australii i Niemiec, a w finale to on dał Włochom mistrzostwo świata, wykorzystując decydującego karnego. A Siphiwe Tshabalala… odpadł razem z RPA w grupie. W jego przypadku wypada jednak zapytać: co z tego? To jego nazwisko – obok być może tych największych: Andresa Iniestety, Arjena Robbena, Ikera Casillasa, Diego Forlana, Luisa Suareza czy Davida Villi – jest z tamtym mundialem kojarzone najlepiej.
A zasługa tego tkwi w jednym, jedynym golu.
Tshabalala miał 26 lat, był w szczycie formy, a do tego od zawsze grał w rodzimej lidze (odszedł z niej dopiero na dosłownie ostatni sezon kariery, gdy trafił do tureckiego BB Erzurumspor). W pewnym sensie był Siphiwe symbolem, bo zapracował sobie na status świetnego gracza, momentami wyrastającego ponad ligę. Już w pierwszym sezonie w Kaizer Chiefs imponował tym, jak piękne gole strzelał i, po prostu, jak dobrze grał.
Za swoją formę dostawał zresztą wyróżnienia – np. gracza roku w wyborach i kibiców, i innych zawodników Kaizer Chiefs. W lidze strzelił w karierze 49 goli, do tego zaliczył – za Transfermarktem – ponad 70 asyst w niespełna 300 występach. W tamtym momencie były to zresztą mocne rozgrywki i kadra RPA z tego korzystała – znalazło się w niej aż 17 zawodników z rodzimej ligi.
Mecz otwarcia, z Meksykiem, był dla RPA niezwykle istotny, a w narracji medialnej – miał być ważny i dla całej Afryki (choć z tym różnie bywało, pamiętajmy, że to jednak kontynent wielu kultur i państw, Polacy nie świętują przecież, gdy mistrzostwa odbywają się w, na przykład, Niemczech). Niemniej: była to pierwsza tak wielka piłkarska impreza na całym tym kontynencie. RPA ją otwierało, gospodarz chciał się zaprezentować.
I udało się. Mecz co prawda skończył się remisem 1:1, ale nikt nie pamięta gola Rafy Marqueza. A ten Siphiwe Tshabalali, z 55. minuty, jest legendarny. Częściowo dlatego, że był piękny. Soczyste uderzenie z lewej nogi, prosto w okienko bramki strzeżonej przez Oscara Pereza – idealny pierwszy gol mundialu, zapowiedź tego, co będzie się działo przy okazji kopania Jabulani. Częściowo, bo odtańczyli po nim zawodnicy RPA taniec radości. A częściowo (przede wszystkim?) bo legendarny na równi z samym golem stał się komentarz Petera Drury’ego:
„Tshabalala! Goal Bafana Bafana! Goal for South Africa! Goal for all Africa!”.
Trudno o bardziej ikoniczny komentarz, taki, który znany stał się na całym świecie. I trudno o strzelca, którego nazwisko bardziej zapadłoby w pamięć z powodu jednego, jedynego gola. No i też „Tshabalala” – to po prostu brzmi… fajnie. Gdyby nie ten moment, to nie byłby legendą, chyba że tylko we własnym kraju. A tak? Jest nią na całym świecie, jednym z bohaterów tamtego mundialu. I to mimo tego że RPA nie wyszło nawet z grupy.
Tshabalala, jego sława, jego status nie tylko tę grupę opuścił, ale wyszedł poza mundial i poza granice ojczystego kraju.
2014. Bohater z opaską
Sensacja mundialu 2014? Oczywiście, że Kostaryka. Każdy tam imponował, na czele z Keylorem Navasem w bramce, ale to nie o nim akurat chcemy napisać, bo ten przyjeżdżał na turniej jako najlepszy bramkarz La Ligi w sezonie 2013/14. A był też w kadrze Kostaryki gość, który dowodził na tamtych mistrzostwach jej grą, będąc w ogóle jednym z najlepszych piłkarzy na brazylijskich boiskach.
Zwał się Bryan Ruiz.
Jego kariera była w tamtym momencie na pewnym zakręcie. Wcześniej rozwijała się naprawdę dobrze. Po dwóch sezonach w kostarykańskim LD Alajuelense wyjechał do Europy, bo po jego usługi sięgnął belgijski Gent. Niecałe trzy sezony tam zaowocowały łatką sporego talentu i przejściem wyżej – do holenderskiego Twente. Tam genialny miał pierwszy sezon, gdy zdobył 24 bramki w lidze. Potem aż tak często nie trafiał, ale nadal był w Eredivisie wiodącą postacią. Na starcie sezonu 2011/12 ściągnęło go więc do siebie Fulham.
W Premier League nie był już jednak Ruiz tak dobry. Stał się średniakiem, grającym w dodatku w średnim, a nawet słabym – jak na standardy ligi – zespole. Fulham się staczało i w sezonie 2013/14 wreszcie spadło z ligi, choć w tych kluczowych meczach Ruiza nie było w zespole, bo został wypożyczony do PSV. Włodarze uznali, że się nie nada do walki o utrzymanie. Nie grał więc w klubie, a ci, którzy grali, też nie byli w stanie utrzymać Fulham w lidze.
Zdawało się więc, że 29-letni Ruiz musi zrobić krok wstecz, a szczyt kariery już za nim. Ale potem przyszedł mundial. I wszystko się zmieniło.
Już przed nim był Ryan gwiazdą kadry, powoli zmieniał się w legendę. Grał w niej od 2005 roku. Strzelał, asystował, został kapitanem. W 2010 roku o mało nie pomógł wprowadzić jej na mundial, ale w barażu Kostarykanie przegrali z reprezentantami Nowej Zelandii. W 2014 się udało. Ale chyba nawet on nie w pełni wierzył, że w Brazylii wraz z kolegami osiągnie to, co osiągnął.
Bo grupę miała Kostaryka straszną. Byli tam Urugwajczycy, Włosi i Anglicy. Tych pierwszych jednak ograli 3:1, a Ruiz biegał po boisku z opaską. Drugich pokonali 1:0, a gola strzelił właśnie Bryan, wykańczając świetne dośrodkowanie Juniora Diaza z Mainz. Potem harował też w defensywie, jak cały zespół. Podobnie z Anglią, gdy było 0:0, a zawodnicy z Kostaryki wygrali w efekcie grupę. Zrobili siedem punktów w grupie śmierci. Kosmos.
Kolejny wielki moment Ruiza? Mecz 1/8 finału. W 52. minucie to on, po asyście Christiana Bolanosa, trafił do siatki Grecji. Uderzył z pierwszej piłki, płasko, technicznie, właściwie z linii pola karnego. Potem jednak Kostarykanie grali w „10” po czerwonej kartce dla Oscara Duarte. I choć długo się bronili, to stracili gola w 90. minucie. Wytrzymali jednak całą dogrywkę, doszło do karnych. Żaden z nominowanych przez trenera graczy – w tym Ruiz – się nie pomylił. Kostaryka była w ćwierćfinale, a świat obiegały obrazki z jej świętowania.
Na wielu zdjęciach był też gość z opaską.
Ruiz, niestety, był też jednym z bohaterów negatywnych – w ćwierćfinale to strzały jego i Michaela Umani wybronił Tim Krul. Ale nikt w Kostaryce nie miał do swojego kapitana pretensji. Wręcz przeciwnie. On i Keylor Navas zostali uznani za głównych architektów tego sukcesu. O ile jednak Navas poszedł z miejsca do Realu Madryt i został tam potem pierwszym bramkarzem, o tyle Bryan został w Fulham. W Championship Fulham też walczyło o utrzymanie. Udało się, ale Ruiz ewidentnie musiał się stamtąd wyrwać.
I zrobił to – trafił do portugalskiego Sportingu, tam na jakiś czas został ważną częścią składu, ale akurat był to gorszy okres tego klubu, bez trofeów. Powoli też kończyła się ta międzynarodowa kariera Ruiza. Najpierw przeszedł do Santosu, potem wrócił do ojczyzny i macierzystego Alajuelense. Do samego końca kariery grał też w kadrze – łącznie zaliczył w niej 147 meczów i strzelił 29 goli. Grał zresztą jeszcze na kolejnych dwóch mundialach, choć w 2022 roku tylko symboliczne 29 minut.
Jest – obok Navasa – największą legendą kostarykańskiego futbolu. A mundial z roku 2014 był jego zdecydowanie największym momentem. Jego i całego kraju. To tamten turniej go wyróżnia, sprawia, że o Ruizie będzie się pamiętać. Gol z Włochami, gol z Grecją, opaska kapitana. Kostaryka była wtedy wielka, o krok od półfinału i wielki był też Bryan Ruiz.
2018. Najlepszy skrzydłowy świata… na pięć meczów
Czy Denis Czeryszew miał przed mistrzostwami świata w 2018 roku dużą karierę? Nie, ale powiedzmy, że niezłą przygodę. Już jako 12-latek trafił do akademii Realu Madryt i przeszedł przez jej wszystkie szczeble. Cztery sezony grał w Castilli, drugiej drużynie Los Blancos i prezentował się tam jako w miarę sensowny skrzydłowy. Jednak najbardziej z jego gry w Realu pamięta się mecz Pucharu Króla, gdy Rafa Benitez wstawił go na boisko, przez co Królewscy przegrali walkowerem i odpadli z rozgrywek.
W międzyczasie zaliczał wypożyczenia. Był na przykład w Sevilli. Nie grał tam dużo, ale akurat wtedy zdobyła ona Ligę Europy, gdzie zaliczył jeden występ. W sezonie 2015/16 – choć w lutym poszedł na wypożyczenie do Valencii – został za to triumfatorem Ligi Mistrzów, bo trzy razy (na łącznie 38 minut) pojawił się na murawie z ławki w meczach Realu jeszcze w grupie. Ostatecznie z Madrytu odszedł do Villarrealu i tam… w sumie też nie imponował. W sezonie 2017/18 zaliczył 32 mecze we wszystkich rozgrywkach. Strzelił cztery gole, do tego dołożył trzy asysty.
Kiepskie liczby jak na skrzydłowego, choć trzeba też oddać, że męczyły go urazy. Ale potem przyszedł mundial.
Mistrzostwa grał wtedy u siebie, w Rosji. W kadrze nie był nigdy wcześniej podstawowym zawodnikiem. Miał na koncie ledwie 11 występów, przez kilka lat niemal nie grał (pech do zgrupowań, często akurat łapał – prawdziwe lub fikcyjne – kontuzje), ale w meczu z Arabią Saudyjską skorzystał na pechu kolegi – urazu doznał wtedy Ałan Dzagojew, Denis wszedł na boisko w 24. minucie.
I na otwarcie turnieju dał, jak cała kadra, prawdziwy koncert. W wygranej 5:0 strzelił dwa gole.
Pierwszego jeszcze przed przerwą. Dostał piłkę w polu karnym, przerzucił ją sobie lekko nad dwoma obrońcami rywali, którzy równocześnie wykonywali wślizg, poprawił i uderzył po krótkim słupku. Ale prawdziwym dziełem sztuki był jego drugi gol, na 4:0. Lekko kozłującą piłkę, blisko narożnika pola karnego, uderzył lewą nogą, fałszem. Tor lotu był idealny, nad bramkarzem, a potem w dół, prosto do siatki. Cudowne trafienie.
Trzeciego gola na tamtym mundialu strzelił w starciu z Egiptem. Rosja wygrała 3:1 i była pewna wyjścia z grupy – porażka 0:3 z Urugwajem w ostatniej kolejce niczego nie zmieniła. W meczu z Hiszpanią, w 1/8, nie wpisał się na listę strzelców czy asystentów, ale wykonywał karnego w serii jedenastek i trafił, a chwilę później – za sprawą złego uderzenia Iago Aspasa – Rosja mecz wygrała. Przygoda gospodarzy – jak Senegalu w 2002 czy Kostaryki w 2014 roku – zakończyła się jednak na ćwierćfinale i porażce z Chorwacją po karnych.
Ale i wtedy Czeryszew zaimponował, bo to on rozpoczął w tamtym meczu strzelanie. I to był kolejny przepiękny gol. Zaczął wtedy akcję z głębi pola, podał do Artjoma Dziuby. Ten piłkę mu odegrał, a resztę zrobił już sam skrzydłowy. Ominął jednego Chorwata, dwóch innych nie próbował – po prostu uderzył z jakichś 20, może 22 metrów. Wyszedł cudowny strzał, tuż pod poprzeczkę, Danijel Subasić tylko patrzył na tor lotu piłki, nie mógł nic zrobić.
Czeryszew trafił po raz czwarty na tamtym turnieju. Turnieju, w którym przez moment wyglądał, jak jeden z najlepszych skrzydłowych świata. Więcej goli w Rosji walnął tylko Harry Kane (6), tyle samo (4) strzelali Romelu Lukaku, Antoine Griezmann, Kylian Mbappe i Cristiano Ronaldo. Z nich wszystkich tylko Portugalczyk rozegrał mniej meczów, bo jego kadra odpadła w 1/8 finału. Anglik i Belg zagrali po sześć meczów, a obaj Francuzi – siedem.
Czeryszew swoje gole strzelił w pięciu spotkaniach. W dodatku, może poza jedną, były to bramki nieprzeciętnej urody, znalazły się potem we wszystkich kompilacjach najlepszych trafień. Po mundialu jednak Rosjanin wrócił do normy – w klubowym futbolu nie był kluczowym zawodnikiem, nie zdobywał wielu bramek i trudno było nazwać go gwiazdą.
Taką był tylko raz w życiu – na mundialu w 2018 roku.
2022. Prowokacje i TA interwencja
Możliwe, że to najbardziej kontrowersyjna kandydatura z tych wszystkich, ale jakoś pasuje to do charakteru jej bohatera. Emiliano Martinez poza tym, że bronił świetnie, to jeszcze lepiej bowiem prowokował. I rywali, i fanów, i właściwie cały świat, który akurat nie sprzyjał Argentynie. Był przy tym niesamowicie skuteczny, chyba nawet skuteczniejszy niż w samej bramce. A legendą został w sumie nie dlatego, że przez cały turniej bronił idealnie.
Bo tak nie było. Ale w najważniejszych momentach rósł, stawał się kluczowy.
Kim byłby Emiliano Martinez, gdyby Argentyna przegrała na tamtym turnieju – dajmy na to – w ćwierćfinale z Holandią po karnych? Miałby kilka trofeów w CV, ale wywalczonych głównie na ławce w Arsenalu. Z reprezentacją zdobyłby Copa America z 2021 roku (zadebiutował w niej tuż przed tym turniejem) i w sumie to nie wiadomo, jak byłoby to z tym z 2024, historia mogłaby potoczyć się inaczej. Poza tym występy na wypożyczeniach w różnych ekipach angielskiej drabinki ligowej (oraz Getafe), no i wreszcie solidne mecze w Aston Villi.
Ale tylko solidne. Bo Martinez wielki stawał się okazjonalnie, nigdy nie był – na dłuższym dystansie – bramkarzem na poziomie tych najlepszych w dziejach (choć sezon 2020/21 w Aston Villi, a potem też 2022/23 miał naprawdę dobre). A jednak mistrzostwa świata z 2022 roku sprawiły, że co by dalej w swojej karierze nie robił, to zostanie zapamiętany. Po nich nie ma innego wyjścia – golkipera Argentyny będzie się wspominać.
Napiszmy to jednak jeszcze raz: na przestrzeni całego turnieju nie grał na poziomie najlepszych. Wpuścił osiem bramek, choć nie pomagała mu też defensywa. W fazie pucharowej co mecz miał jednak jakieś kluczowe interwencje. Już w męczarniach z Australią w 1/8 mógł się wykazać. Potem zrobił to z Holandią, gdy przy karnych rozpraszał, prowokował strzelców rywali i wybronił strzały Virgila van Dijka oraz Stevena Berghuisa. Z miejsca zapomniano, że w regulaminowym czasie Holendrzy oddali dwa celne strzały i oba znalazły drogę do siatki.
W finale Martinez nie radził sobie z Kylianem Mbappe. Przepuścił trzy jego uderzenia, ale dwa z karnych. W doliczonym czasie gry dogrywki zaliczył jednak interwencję porównywalną chyba jedynie do tej Ikera Casillasa z 2010 roku, gdy ten wygrał sam na sam z Arjenem Robbenem. Randal Kolo Muani miał bowiem na nodze piłkę meczową, a Martinez fantastycznie odbił ją nogą. Gdyby Francuz trafił, Trójkolorowi obroniliby tytuł mistrzów świata. A tak? Doszło do karnych.
A tam znowu – prowokacje, wojna psychologiczna i inne gierki. W tym Emiliano czuł się doskonale i triumfował. Wygrał pojedynek z Kingsleyem Comanem, a Aurelien Tchouameni nie trafił w bramkę. Możliwe, że powinien był wcześniej zobaczyć żółtą kartkę, ba, niektórzy sugerowali, że nawet wylecieć. Grał jednak, jak Szymon Marciniak mu pozwolił, a Polak późno wyjął żółtko z kieszeni.
Martinez po prostu maksymalizował szanse: swoje i Argentyny. Ta strategia zadziałała. Nie była najładniejsza i najbardziej fair play, ale była skuteczna i w jego ojczyźnie stała się legendarna. A w historii światowej piłki Martinez został tym bramkarzem, który finalnie wręczył Leo Messiemu należny mu Puchar Świata.
Na mundialu wyrósł ponad całą swoją karierę. I kto wie, może w 2026 roku znów to zrobi? W końcu to na razie mistrzostwa bramkarskich historii.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix