Najpierw wygrana 3:0 z Kubą. Potem dwie porażki po tie-breakach – ze Słowenią i z Japonią. Dziś Polacy przystępowali z kolei do meczu numer cztery, a równocześnie ostatniego w pierwszym turnieju tegorocznej Ligi Narodów. Rywalami Polaków byli reprezentanci Ukrainy – na papierze znacznie słabsza reprezentacja od naszych dwóch poprzednich rywali. A w rzeczywistości? Okazało się, że Ukraina może nam poważnie zagrozić. Ale tylko zagrozić.
Liga Narodów. Polacy uratowali wygraną nad Ukrainą
Wiadomo, Nikola Grbić wziął do Chin w dużej mierze młodzież, wspomaganą jedynie kilkoma bardziej doświadczonymi zawodnikami. Stąd przegrane po walce ze Słowenią i Japonią (w obu przypadkach tie-breaki graliśmy na przewagi) nie są wcale tak złymi wynikami. Bo widać było w tych meczach, że to kadra wciąż niedoświadczona, której dyspozycja w trakcie spotkań mocno faluje. Dziś jednak mieliśmy rozegrać stosunkowo łatwy mecz.
Oczywiście, reprezentacja Ukrainy rośnie w ostatnich latach w siłę. Trenuje ją w dodatku znany, uznany i dobrze kojarzący się w Polsce Raul Lozano. Wygrali do tego dwa mecze w poprzednich dniach – z Chinami i Kubą – ale to akurat nie był żaden wyznacznik. Japonia Ukraińców ograła łatwo. Spodziewaliśmy się, że i my to zrobimy.
Jak to wyszło? Początkowo absolutnie fatalnie. Nic, zupełnie nic nie funkcjonowało w polskim zespole w pierwszych dwóch setach. Nikola Grbić mógł rozkładać ręce, denerwować się, zwracać uwagę na błędy, brać czasy, ale… nie było mowy o odmianie losu. Polacy grali beznadziejnie, trudno znaleźć inne słowo. Nie było w tych chłopakach wiary, może tylko jeden jedyny Maksymilian Granieczny dawał z siebie wszystko. Nikola Grbić mówił na czasach, że „nie widzi w swoich zawodnikach radości, którą prezentują na treningach”.
I faktycznie, nie było jej. Tak jak i nie było ani krztyny umiejętności, co ją wielu tych gości ma. Po prostu była to rywalizacja Polaków z Polakami, próba przełamania własnych słabości.
Próba – ostatecznie – udana.
Bo trzeciego seta udało się wygrać. Poprawiły się procenty serwisu, lepiej funkcjonowały schematy blok-obrona, atak też poszedł w górę. Nadal nie był to mecz choćby bardzo dobry, ale wystarczający, by urwać Ukraińcom seta. A potem drugiego. Wydatnie przyczynił się do tej odmiany losu – obok Graniecznego – Alaksiej Nasewicz, który od pewnego momentu odgrywał w ataku naszej kadry pierwsze skrzypce. I to nie pierwszy raz w tym turnieju, gdy Nasewicz pokazał się z naprawdę dobrej strony.
Alaksiej pociągnął kolegów i ci też zaczęli grać lepiej. A w tie-breaku okazało się, że – jak wcześniej wydawało się, że brakuje im trochę „głowy” – jednak są odporni psychicznie. Nie wytrzymali za to ich rywale, którzy w tie-breaku wielokrotnie psuli zagrywkę, pomagając naszym. A Biało-Czerwoni robili swoje. Skutecznie atakowali, grali blokiem, dokładali kolejne punkty, wykorzystując kontrataki. Ostatecznie wygrali 15:11, a cały mecz 3:2.
CO ZA ZWROT AKCJI‼️🔥
PRZEGRYWALI JUŻ 2:0… WYGRALI 3:2😎#VNL #polskasiatkówka | @PolskaSiatkowka pic.twitter.com/xF0efZMq01
— Polsat Sport (@polsatsport) June 14, 2026
Finalnie więc był to… niezwykle cenny mecz. Bo fatalnie wyglądał początek spotkania, a jednak Polacy – młodzi Polacy, podkreślmy raz jeszcze – byli w stanie ostatecznie go wygrać. I to się liczy.
Polska – Ukraina 3:2 (19:25, 18:25, 25:22, 25:21, 15:11)
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix