Zafascynowany finałem Ligi Mistrzów z 2005 roku, zakładał koszulkę Jerzego Dudka i wychodził na boisko w Wołominie. Stawał na bramce, lubił się rzucać. Nawet w mieszkaniu prosił rodziców, żeby strzelali mu gole. Bartosz Firszt został jednak siatkarzem. Wydawało się, że ma papiery na bardzo duże granie, ale w PlusLidze długo był rezerwowym. Wszystko zmieniła kontuzja Bartosza Bednorza: wszedł na boisko i miał duży wpływ na to, że PGE Projekt Warszawa zdobył brązowy medal. Zaimponował Nikoli Grbiciowi, dostał powołanie do reprezentacji i może w niej zadebiutować w wieku… 27 lat.
Ale najpierw ma szansę, by wygrać Ligę Mistrzów, jak jego idol z Liverpoolu 21 lat temu. Tyle, że siatkarską.
Hala Torwaru, do trzeciego meczu PGE Projektu Warszawa z Asseco Resovią Rzeszów, którego stawką jest brąz PlusLigi, pozostało około godziny. Przy boisku pojawił się selekcjoner reprezentacji Polski, Nikola Grbić. Rozmawia dłużej z Kamilem Nalepką, 30-letnim trenerem Projektu, który w jego kadrze jest statystykiem. – Powiedziałem Nikoli: „Zobaczysz dziś na meczu, ile potrafi Bartek Firszt”. I Grbić to zobaczył – mówi Nalepka w rozmowie z Weszło.
Na oczach selekcjonera Bartek w dwóch pierwszych setach skończył sześć z siedmiu ataków, miał też efektowne obrony. Podczas trzeciej partii Grbić musiał opuścić halę, miał swoje sprawy. Firszt później nieco zgasł i został zmieniony przez Aleksandra Śliwkę. Widać było, że trochę zabrakło mu sił. Gdy jego zespół przegrywał w tie-breaku, pocieszał go doświadczony rozgrywający Michał Kozłowski.
– To był dla mnie najcięższy mecz w karierze. Drugi raz w życiu grałem o medal PlusLigi i jednocześnie zacząłem spotkanie od początku. Wygrywaliśmy 2:0, świetnie się czułem, w trzecim secie też prowadziliśmy, a jednak przegraliśmy wygrany mecz. Nie do końca doszedłem do siebie po poprzednim spotkaniu, a tu jeszcze długość meczu mnie trochę przygniotła, fizycznie i mentalnie. Czułem, że to największa porażka w moim życiu – wspomina Bartek.
Nikola Grbić do Bartosza Firszta: Cześć! Wygrałeś na loterii
Po tamtym meczu z Resovią (ostatecznie Projekt kilka dni później wygrał tę rywalizację 3:1 i sięgnął po brąz – przyp. red.) był tak wykończony, że następnego dnia zaspał. Obudził się po 11.00. Niedługo później zadzwonił telefon. Grbić. – Hello, hello! You won a lottery! – zaczął w swoim stylu Serb i poinformował Bartka, że zaprasza go na zgrupowanie reprezentacji, mimo że nie było go na liście powołanych, którą ogłosił w kwietniu. Ale wystarczyły trzy mecze o brąz PlusLigi, żeby przekonał się, że chce sprawdzić Firszta.
– Rozmowa z trenerem osłodziła mój stan, bo ciągle przeżywałem porażkę. Telefon od selekcjonera był absolutnym zaskoczeniem. Kilka minut wcześniej rozmawiałem z Kamilem Nalepką i on mi powiedział na koniec: „W przyszłości czeka cię jeszcze wiele dobrego”. Ale nie połączyłem kropek, że może chodzić o kadrę – mówi nam zawodnik.
Jego historia to opowieść o chłopaku, który długo zapowiadał się na dużego gracza. Rozwijał się w Metrze Warszawa, a kiedy trafił do SMS-u PZPS Spała, kuźni największych talentów, i był tam kapitanem pierwszoligowego zespołu oraz kapitanem reprezentacji Polski juniorów, przepowiadano mu wielką przyszłość. Ale tak się nie stało. Doświadczył bankructwa potęgi. Później chwilę pograł w I lidze, po czym trafił do PlusLigi, ale tam nie potrafił się przebić w nieco słabszych klubach. Był numerem trzy lub cztery na przyjęciu. Gdy rok temu przeniósł się do Projektu, wydawało się, że będzie ostatnim przyjmującym do grania. Niektórzy sądzili, że z Firszta już nic nie będzie. Miał przebłyski, tak można to nazwać.
Wszystko zmieniło się, gdy na początku tie-breaka w pierwszym meczu z Resovią groźnie wyglądającej kontuzji doznał Bartosz Bednorz. To był ten moment. Nalepka pokazał Bartkowi, że wchodzi na boisko. Kibice Projektu pewnie sądzili, że teraz szanse ich drużyny maleją. U fanów Resovii wzrósł optymizm. Bartek jednak świetnie przyjmował zagrywkę, zagrał nawet asa, a jego zespół wygrał. W spotkaniu numer dwa zdobył 18 punktów i dostał statuetkę MVP.
❗️ PROJEKT PO RAZ DRUGI! ✅️
Podopieczni Kamila Nalepki wygrywają właśnie na wyjeździe z Asseco Resovią Rzeszów, notując drugie zwycięstwo w rywalizacji o brązowy medal tegorocznych mistrzostw Polski! 🔵🔵
Fantastyczny występ… Bartoszów Dwóch – Firszt rewelacyjnie zastąpił… pic.twitter.com/pTTpEVy9Rv
— Jakub Balcerzak (@Jakub110Jakub) April 30, 2026
To jest jego czas. Miał jedną szansę, jeden moment, żeby złapać to, czego długo pragnął. Jak w „Lose Yourself” Eminema. Prywatnie uwielbia hip-hop, więc porównanie pasuje tym bardziej.
I on to robi. W sobotę 16 marca Projekt stanie w Turynie naprzeciw włoskiej Perugii w półfinale siatkarskiej Ligi Mistrzów. To będzie starcie Dawida z Goliatem, bo zespół Nalepki zmierzy się z najlepszą obecnie klubową drużyną świata. Perugia wydaje się najmocniejsza w ostatnich latach, w tym roku kalendarzowym przegrała… jeden mecz. Bartek wyjdzie w pierwszej szóstce, bo Bednorz wciąż leczy uraz, a pozyskany w ramach transferu medycznego Aleksander Śliwka nie może grać w Lidze Mistrzów. To wielkie wyzwanie.
A niedługo później 27-letni już Firszt prawdopodobnie zadebiutuje w dorosłej reprezentacji Polski. Dlaczego tak późno?
Tata siatkarz, mama koszykarka. Bartosz Firszt był skazany na sport
Podwarszawski Wołomin kilkanaście lat temu stał mocno męską siatkówką i kobiecą koszykówką. Obok szkoły numer 5 znajduje się nawet rondo im. Małgorzaty Dydek, zmarłej w 2011 roku wybitnej koszykarki, która karierę zaczynała właśnie w miejscowym Huraganie. W 2000 roku siatkarze Stolarki Wołomin awansowali na najwyższy szczebel rozgrywek. Byli jedną z 10 najlepszych drużyn w Polsce, a ważną postacią tamtej drużyny był charakterny przyjmujący, czasami atakujący Mariusz Firszt. To ojciec Bartka.
Mama – Iga Kluczyńska – Firszt – była zdolną koszykarką. Dziś pracuje jako nauczycielka i trenerka. Na swoim koncie na Facebooku ma wpisane hasło: „Nie musisz być dobry, aby zacząć, lecz musisz zacząć, aby być dobrym”.
Gdy dorastasz w takim środowisku, ciężko nie zostać sportowcem.
– Bardzo interesowała go piłka nożna. Nie chodził na treningi, ale dużo grał z kolegami. Miał kolekcję strojów piłkarskich. Najchętniej zakładał koszulkę z nazwiskiem Jurka Dudka. Chciał być trochę jak on. Mieliśmy stosunkowo małe mieszkanie, a on w nim kazał sobie strzelać gole. Zakładał koszulkę Dudka i wykonywał różne parady. Trochę grał też w tenisa. Zapisaliśmy go na basen. Gdy skończyłem grać w siatkówkę, zostałem trenerem i młody Bartek przychodził na moje treningi. Czasem odbijał z dużo starszymi. Od początku widziałem potencjał. Syn był przekonany, że chce być atakującym, a ja mówiłem mu: „Nie, Bartek. Ty masz predyspozycje przede wszystkim do przyjęcia” – opowiada Mariusz Firszt w rozmowie z Weszło.

Mariusz Firszt w barwach Stolarski Wołomin, 2002 rok
A Bartek tłumaczy: – Byłem zafascynowany bramkarstwem. Zawsze lubiłem rzucać się, bronić. Pierwszym meczem piłkarskim, który obejrzałem świadomie i z dużym zaangażowaniem, był finał Ligi Mistrzów z 2005 roku, w którym Liverpool z Jerzym Dudkiem, mimo 0:3 do przerwy, pokonał w rzutach karnych Milan. Zakochałem się wtedy w obu tych drużynach, a koszulkę Dudka dostałem chyba na święta. Jeśli tylko była czysta, to w niej wychodziłem na podwórko.
W Wołominie jednym z najlepszych kolegów Bartka był Marcin Gałązka. Połączyła ich pasja do siatkówki. W 2014 roku zdobyli brąz mistrzostw Polski młodzików w siatkówce plażowej. Huragan, w którym występowali, osiągnął też piąte miejsce w mistrzostwach Polski na hali w ich kategorii wiekowej.
– Szkoda mi było tamtego przegranego półfinału na plaży, bo mierzyliśmy się z moim późniejszym kolegą z pokoju w Spale, Szymonem Jezierskim. To był duet, który wcześniej ograliśmy, dlatego liczyłem, że możemy awansować do finału i bić się o złoto. Ale brąz też mnie bardzo cieszył – mówi Bartek.
– Bartek grał bardziej z przodu, bo miał lepszy blok, a ja byłem nieco zwinniejszy. Położyłem tamten mecz, ale na szczęście udało się być górą w rywalizacji o brąz. To było dla wołomińskiej siatkówki spore wydarzenie. A w mistrzostwach kraju na hali ciężko było ugrać cokolwiek więcej. Przyjechał Jastrzębski Węgiel, który ruszał ze swoją Akademią Talentów. W Norwidzie Częstochowa był Maciej Krysiak, który teraz miał świetny sezon w I lidze. Piąte miejsce było niezłym wynikiem. W Huraganie Bartek był liderem zespołu, a ja takim pomagierem. Grał siłowo. Wtedy wydawało mi się, że sporo punktów zdobywa fartem, ale po czasie wiem, że to było przemyślane. Wykorzystywał swoje atuty. Nie powiedziałbyś wtedy, że on zrobi taką karierę. Wystrzelił, gdy odszedł do Metra Warszawa – opisuje Gałązka, obecnie dziennikarz serwisu Przegląd Sportowy Onet.
I dodaje: – Pamiętam, że miał dużo koszulek znanych piłkarzy. A kiedy graliśmy na orliku, chętnie stawał między słupkami. Często mówiło się, że „gruby na bramkę”, a u nas Firszt szedł na bramkę. Zdarzało się, że wybiegał w pole. Wtedy grałeś mu lagę, bo lubił strzelać z główki. A prywatnie? Trochę zwariowany, taki niestandardowy gość. Potrafił podgryzać innych, robić sobie żarty.

Marcin Gałązka (drugi od lewej) i Bartek (pierwszy z prawej)
Były trener o Bartku: Był jak na swój wiek zawodnikiem kompletnym
Wojciech Szczucki od lat jest związany jako trener z Metrem Warszawa. Na jego Facebooku widzę zdjęcie z 2014 roku, ze Spodka, z mistrzami świata: obok niego stoją Piotr Nowakowski, Karol Kłos i Andrzej Wrona. Całą trójkę szkolił. Szczucki trenował też Firszta, gdy ten przeniósł się z Huraganu do Metra. – Bardzo nam zależało na pozyskaniu Bartka. Ten chłopak miał w zasadzie wszystko: parametry, bardzo dobre wyszkolenie techniczne, imponowała jego motoryka. Był jak na swój wiek zawodnikiem kompletnym. Trudno było mi dostrzec w nim jakiś mankament. Zagadką bywa czasami mentalność, ale Bartek dawał u nas radę w trudnych meczowych sytuacjach – opowiada mi Szczucki.
W tamtym Metrze były dwa duże talenty – właśnie Bartek i Mateusz Janikowski, który poprzedni sezon spędził w Indykpolu AZS Olsztyn. Obaj jako kadeci rywalizowali ze starszymi i radzili sobie doskonale. – Pamiętam mistrzostwa Polski juniorów w Kętrzynie. 2018 rok. Kilka dni przed zawodami Janikowski skręcił nogę. Mieliśmy wielki problem, ale Firszt kapitalnie udźwignął wtedy rolę lidera. Grał fantastycznie, wywalczyliśmy srebro, w dużej mierze dzięki niemu. Zasłużenie został wtedy wybrany najlepszym przyjmującym całej imprezy – opisuje Szczucki.
– Czułem, że dołożyłem trochę w tamtym turnieju, jeśli chodzi o głowę, nastawienie. Że wpłynąłem na kolegów. Później trener Mariusz Sordyl, prowadzący kadrę juniorów, powiedział mi, że właśnie turniej w Kętrzynie sprawił, że wybrał mnie kapitanem swojej reprezentacji. Dostrzegł, że potrafię być na boisku dla innych wsparciem mentalnym – dorzuca Bartek.
Kiedy zadaję Szczuckiemu pytanie, które w ostatnich dniach czasami pada w środowisku: „Dlaczego Bartek w ostatnich latach nie grał regularnie w PlusLidze?”, doświadczony szkoleniowiec dzieli się swoją teorią na temat jednego z problemów polskiej siatkówki.
– Strasznie irytuje mnie to, że polscy młodzi gracze mają pod górkę. Nie chcę podawać nazwisk, ale wolimy wziąć do ligi młodego obcokrajowca. On ma od razu otoczkę kogoś zdolnego i najczęściej dostaje szansę. Patrzę na chłopaków, których wychowuję, mam duże nadzieje, a potem to się zatrzymuje. Produkujemy 300 Spartan, a potem nie mamy na nich pomysłu. Taki Marcin Janusz powinien wcześniej dostać dużą szansę. Na szczęście Nikola Grbić złamał ten system, stawiając na młodych. Otworzył furtkę, może to pomoże zmienić czyjąś mentalność. Grbić wykonuje w ten sposób świetną robotę dla nas, trenerów młodzieży – tłumaczy mi Szczucki, sugerując, że być może brakowało odwagi, żeby mocniej postawić w przeszłości na takiego zawodnika, jak Bartek Firszt.
W klubach PlusLigi był rezerwowym. Bednaruk: Brakowało mu stabilności
Był 2018 rok, gdy Bartek ukończył szkołę w Spale. Zdecydował się na Stocznię Szczecin, choć kusił go też klub z Olsztyna, który raczej daje szanse młodym zawodnikom. Według Szczuckiego być może popełnił w tym momencie błąd. Stocznia miała być wielkim projektem, sięgnąć po medal PlusLigi, może nawet złoty. Do drużyny dołączył Bartosz Kurek, podobnie jak świetny Bułgar Matej Kazijski, a trenerem został renomowany Radostin Stojczew. Firszt w takim otoczeniu bardziej mógł się uczyć, niż liczyć na regularną grę. Dość szybko pojawiły się jednak problemy finansowe. Na tyle poważne, ze zawodnicy z dnia na dzień żegnali się z klubem, a drużyna już w grudniu wycofała się z rozgrywek. Wielki projekt upadł z hukiem.
Bartek w trakcie sezonu 2018/2019 poleciał też do Włoch. Pojawiła się możliwość, by przez kilka tygodni trenował w słynnym Cucine Lube Civitanova. Trwały mistrzostwa świata, po nich przez jakiś czas brakowało tam przyjmującego, który mógłby brać udział w zajęciach. Trenował z takimi gwiazdami siatkówki, jak Robertlandy Simon, Cwetan Sokołow czy Fabio Balaso. Po tym okresie usłyszał od działaczy: „Możemy cię wykupić, ale zostaniesz wypożyczony do jakiegoś klubu na drugim poziomie rozgrywek. Potem zobaczymy”. Nie zdecydował się na ten krok.
Przeniósł się do BBTS-u Bielsko-Biała. I liga. Miał tam miejsce w składzie, został nawet najlepszym przyjmującym w fazie zasadniczej rozgrywek. Później znów przeniósł się do PlusLigi. Spędził cztery sezony w Czarnych Radom (2019-2023), ale najczęściej stał w kwadracie.
– Potrafił wskakiwać na bardzo wysoki poziom, ale jednocześnie miał problemy z prostymi rzeczami. Bartek był pracowity, zaangażowany, sporo umiał, ale miał kłopot z tym, żeby przez cały tydzień trenować na jednym poziomie. Nie było wiadomo, co pokaże w meczu. W Kędzierzynie-Koźlu potrafił zagrać świetnie, a niedługo później kończył mecz na minusie. Ciężko było o stabilizację – ocenia w rozmowie z Weszło Jakub Bednaruk, trener radomskiej drużyny w sezonie 2021/2022, a dziś ceniony ekspert Polsatu Sport.

Firszt jako zawodnik Czarnych Radom. 2023 rok
Kolejny klub Bartka? Ślepsk Malow Suwałki, gdzie spędził dwa lata, a trenerem był Dominik Kwapisiewicz. Jego opinia jest zbliżona do tej Bednaruka. – Brakowało nam u niego trzymania jakości na dłuższym dystansie. Potrafił zrobić fajne rzeczy z trudnych piłek, po czym dość łatwo oddawał punkty w sytuacjach, gdy nie powinien tego robić. Czasami podejmował dziwne decyzje. Miał w meczu świetny moment, a potem np. nie kończył łatwej akcji na pojedynczym bloku. Powiedziałem mu nawet kiedyś: „Bartek, potrzebujemy od ciebie więcej przewidywalności”. To często wyglądało tak: pięć, dziesięć minut takiej gry, że wow, a później jeden i drugi babol – wspomina Kwapisiewicz.
Pytam Bartka, czy z perspektywy czasu zgodziłby się z tymi ocenami. – Miałem jakieś wahania formy i być może była to jedna z przyczyn. Mniej więcej od półtora roku, może dwóch czuję, że dojrzałem jako zawodnik i jestem na boisku bardziej pewny siebie. Musiałem to w sobie zbudować i jakiś czas to trwało. To kwestia wytrenowania i świadomości tego, co potrafię. Uważam, że w Radomiu dostałem naprawdę sporo szans i ciągle czułem wsparcie. W Suwałkach grania było mniej, ale uważam, że to jeden z najlepiej prowadzonych klubów w Polsce. Mam na myśli infrastrukturę, sztab, ludzi wokół, kibiców. Warszawa natomiast dała mi możliwość grania o najwyższe cele – ocenia.
– Początki Bartka w Radomiu wygłądały dobrze, ale okres pandemii to trochę popsuł. Tamten czas nie wpłynął na niego pozytywnie. Ja czasami powtarzam, że w sporcie jest jak w aktorstwie: 100 gości startuje w wyścigu o coś, a tylko nieliczna grupa wchodzi na szczyt. Wybory klubów to też nie są łatwe decyzje i ważne jest szczęście. A Suwałki? W pierwszym sezonie syn trochę powchodził na boisko, w drugim już częściej ławka. Po drodze złapał jeszcze kontuzję – dodaje jego tata.
Gałązka: – Niektórzy uważają, że Bartek nie najlepiej wybierał kluby, ale czy ja wiem? W Bielsku sporo pograł. Może z Radomia mógł odejść nieco wcześniej? W Suwałkach miał trochę pecha. Kiedy rok temu szedł do Projektu, wszystkim wydawało się, że w hierarchii przyjmujących będzie czwarty, jeszcze za Brandonem Koppersem. A on wskoczył przed niego i po kontuzji Bednorza naprawdę wykorzystuje wielką szansę, którą otrzymał. W tym temacie nie można jeszcze zdradzać szczegółów, ale według mnie jego wybór klubu na sezon 2026/2027 jest bardzo dobry. Bartek pójdzie w miejsce, gdzie będzie szóstkowym graczem.
Trener Projektu Warszawa: Widziałem, jakie ma możliwości
Kiedy Bednorz upadł na boisko i cierpiał, w głowie Bartka były różne myśli. – Przede wszystkim poczułem strach, bo coś poważnego stało się z naszym kluczowym zawodnikiem. Poza tym prywatnie to mój kolega, który w tym roku dużo przeszedł i wiem, ile kosztowało go, żeby być z nami w tym miejscu i znów cieszyć się grą. Poczułem też adrenalinę, bo wiedziałem, że za chwilę będę musiał wejść na boisko i pomóc chłopakom. Wyszło tak, że nieszczęście Bednorza stało się moją okazją, ale ciągle tak po ludzku jest mi go żal – opisuje.

Firszt w meczu Projektu
Nalepka mówi mi, że nie bał się za bardzo postawić na Firszta. – Nie było dla mnie zaskoczeniem, że on tak dobrze zagrał, gdy zastąpił Bednorza. Widziałem, jak trenuje i jakie ma możliwości, a lekka obawa była może tylko o to, czy przy publiczności, w dużym spotkaniu, zagra tak, jak trenuje. To chłopak, który ciągle ma papiery na naprawdę duże granie. Pozycja przyjmującego jest niesamowicie mocno obsadzona, ale powołanie go do reprezentacji może zadziałać tylko na korzyść polskiej siatkówki – przekonuje trener Projektu.
Pytam Bednaruka, czy jest zdziwiony, że Firszt radzi sobie tak dobrze, zastępując Bednorza. – Niekoniecznie. Ja zawsze powtarzam, że wśród dobrych sam grasz dobrze. Tak jest z Firsztem, podobnie jest też z atakującym Projektu, Bartkiem Gomułką. A kiedy występujesz w drużynie, będącej na 10. czy 12. miejscu w tabeli i wymaga się od ciebie 20 punktów w każdym spotkaniu, to jest inne życie i zupełnie inne granie – tłumaczy ekspert Polsatu.
– Syn nauczył się wygrywać i przetrzymywać na boisku słabsze momenty. A teraz wystrzelił. W nim kipiało, że chce regularnie grać – ocenia Mariusz Firszt.
– Gdy patrzę na niego teraz, widzę, jaki zrobił postęp fizyczny. W jego zagraniach jest taka końska, męska siła. Poprawił też wyskok. W czasach Huraganu to ja nieco wyżej skakałem – dodaje Gałązka.
W sobotę o 17:00 Projekt w półfinale Ligi Mistrzów zagra z wielką w tym sezonie Perugią. Zespół z Warszawy czeka, tak się wydaje, zadanie najtrudniejsze z możliwych, ale nie niewykonalne. – Bartek nie mógł sobie czegoś takiego zaplanować. Życie potoczyło się tak, że zweryfikuje swoje umiejętności na kosmicznym poziomie – cieszy się Szczucki. Do Turynu, gdzie odbywa się turniej finałowy, lecą mama Bartka i jego siostra. Pan Mariusz mecz z Perugią będzie oglądał w Wołominie.
– To coś niesamowitego. Zaczynając sezon jako czwarty przyjmujący, mając mało szans na grę, nagle jest tak, że za parę dni zagram w meczu z Perugią o wielki finał Ligi Mistrzów. Turnieju, który oglądam od dziecka. Zawsze chciałem być w takim miejscu – mówi mi Bartek.
W marcu 2019 roku w rozmowie z Red Bullem został zapytany: „Kim zostałbyś, gdybyś nie był siatkarzem?”. Odpowiedział: „Królem strzelców Ligi Mistrzów”.
Teraz może triumfować w tych rozgrywkach w siatkówce. Żeby tak się stało, trzeba jednak wygrać dwa ekstremalnie trudne mecze.
Tylko tyle i aż tyle.
JAKUB RADOMSKI