Mourinho w Benfice zawiódł. Ma ugasić pożar w Realu Madryt

Patryk Idasiak

20 maja 2026, 07:30 • 11 min czytania 10

Reklama
Mourinho w Benfice zawiódł. Ma ugasić pożar w Realu Madryt

Jose Mourinho w Realu Madryt. To naprawdę się dzieje. I nie, nie jest to ogłoszenie z 2010 roku, kiedy dostał za zadanie, by poskromić Barcelonę i zapobiec jej dominacji. Tyle, że pracował ostatnio w Turcji i w Portugalii. Robi tym samym gigantyczny, choć niczym niezasłużony skok jakościowy. Dlaczego trener, który – wydawało się – wypisał się już z futbolu na największej scenie w ogóle trafił z powrotem do Królewskich?  

Reklama

Pod koniec kwietnia Jose Mourinho udał się do Włoch, żeby wziąć udział w specjalnym wydarzeniu reklamowym. Już wtedy pojawiały się medialne plotki łączące go z Realem Madryt. Unikał tego tematu, nie chciał o tym rozmawiać. Zamiast tego rzucił włoskim mediom: – Moim kolejnym celem jest doprowadzenie Benfiki do Ligi Mistrzów. 

Zadania nie wykonał. Kilka dni później zremisował 2:2 z Famalicao, potem również 2:2 z Bragą i na ostatniej prostej dał się wyprzedzić Sportingowi. Pozostał w lidze niepokonany, ale było to niewystarczające. Tracił zbyt wiele punktów z ligową szarówką, co kładzie się cieniem na jego kadencję. Ominął zwinnie wszystkie kałuże i kiedy wydawało się, że dojdzie do mety suchą stopą, to wdepnął w wiadro z wodą.

Realowi potrzebny jest autorytet

Mourinho to nie jest zbawienie Realu Madryt z miejsca. Jeżeli kilku trenerów z takimi piłkarzami jak Mbappe, Vinicius, Tchouameni, Ruediger czy Courtois nie było w stanie czegoś poprawić, to chyba jednak znaczy, że ta kadra nie jest dobrze skonstruowana. Mourinho nie jest gwarancją niczego, ale z tych możliwych wyborów wydawał się najbardziej oczywisty. Real potrzebuje na ławce rezerwowych autorytetu. Takiego, jakim był na przykład Ancelotti. Autorytetem miał być Xabi, ale nie miał wsparcia Pereza i też piłkarze tego autorytetu nie wyczuli. Arbeloa chciał z kolei być kimś w rodzaju brata w szatni i skończyło się podobnie. Sam nie był zbyt wiarygodny i tej szatni nie pozbierał – mówi nam Marcin Gazda, komentator „Eleven Sports”.

Tak więc w Realu Madryt nie do końca chodzi o styl gry, ale złapanie za gębę piłkarzy, którzy:

Reklama
  • cieszą się zbyt dużą władzą i ego zasłania im świat
  • niby posiadają kilku liderów, ale tak naprawdę nie wiadomo, kto jest tym głównym (niech będzie nim więc trener)
  • wynoszą informacje z szatni do mediów
  • mają wewnętrzne konflikty; ten Tchouameniego z Valverde skończył się podwójną bójką i rozbitą głową; w innej sytuacji Ruediger uderzył Carrerasa
  • nie chcą się za bardzo pocić na treningach i biegać
  • nie zaufali trenerowi, który zaczął wiele od nich wymagać
  • nie zaufali trenerowi, który chciał być ich kumplem i się z nimi spoufalał

Na przykład ostatnio „AS” pisał o wymianie słów między Alvaro Carrerasem a Alvaro Arbeloą. – Zrób sobie licencję trenerską – miał rzucić tymczasowy szkoleniowiec Realu do obrońcy, który stracił miejsce w składzie. Ktoś to przecież musiał usłyszeć, a później się z tego wygadać. A może… nawet sam Carreras? Zadaniem Mourinho jest scalić zespół tak, żeby jeden stał ramię w ramię za drugim, a nie się na niego po cichaczu skarżył w mediach.

To piłkarze o gigantycznych umiejętnościach indywidualnych, natomiast nie są w stanie stworzyć kolektywu, źle i toksycznie się czują w swoim towarzystwie. Dlatego Mourinho nie potrzebuje siedzieć w gabinecie, pocić się, analizować przeciwników, zostawać po godzinach i wymyślać, jak tu przechytrzyć kolejnego rywala. Nie. Chodzi po prostu o to, że nazywa się on Jose Mourinho, „The Special One”, a tu misja jest rzeczywiście specjalna.

Reklama

Autorytet jest tu najistotniejszą sprawą. Co z tego, że trener może mieć pomysł jak Arbeloa, który uchodzi za bardzo utalentowanego, skoro piłkarze nie chcą się do tego stosować? Xabi narzekał, że nie biegają, no i Arbeloa też w końcu zaczął na to narzekać – dodaje Gazda.

Jose Mourinho

Mourinho jako trener Realu w 2010 roku, a więc o 16 lat młodszy.

Mourinho w Portugalii zawiódł. Dziwne koleje losu

Jose Mourinho wrócił pracować do swojego kraju po 21 latach. Niby jego średnia punktowa 2,02 wygląda poprawnie, niby nie przegrał ani jednego meczu ligowego, natomiast dominują nastroje rozczarowania. Portugalia jest jednym z tych krajów, w którym wciąż gra się Puchar Ligi. Tak więc do rozdania są rokrocznie cztery trofea, licząc jeszcze Taca de Portugal, czyli Puchar Portugalii, Superpuchar Portugalii i oczywiście mistrzostwo. Na tytuł nie było szans, ale „Mou” do gabloty nie wrzucił też tych mniej istotnych pucharów.

Reklama

Każdy rok w Benfice ocenia się po trofeach, a tych dołożył całe zero, choć miał autostradę do wygrania Pucharu Ligi i nie podołał. Dlaczego autostradę? Bo w ewentualnym finale nie zmierzyłby się z żadnym gigantem, lecz Victorią Guimaraes, zespołem środka tabeli Liga Portugal. Tylko że przegrał w półfinale z Bragą. Ekipę Mourinho w taki sposób załatwił były piłkarz Korony Kielce Rodrigo Zalazar:

– Pozytywów pracy Mourinho w Benfice należałoby szukać ze świecą. Nic nie wygrał, czysto wynikowo wypadł gorzej od swojego poprzednika, niezależnie od rozgrywek. Na plus można wyróżnić jego zachowanie – zmienił się z charakteru, mówił więcej o klubie i zawodnikach niż o samym sobie. Ale hejterzy i w tym widzieli problem, bowiem najlepszy Mourinho to ten arogancki Mourinho atakujący wszystkich dookoła. Zarzucano mu brak pasji i wypalenie – mówi nam Radosław Misiura, czyli człowiek, który na kibicowaniu Benfice zjadł zęby i ogląda każde spotkanie tej ekipy.

Reklama

Fani mogli spodziewać się grzmotów, prowokacji, szpileczek, pasji, kreatywności, a tymczasem do Lizbony przybył wujek, który najchętniej wszystkich by po alkoholu wyściskał i jeszcze z chęcią wypytywał, co tam w ogóle słychać i jak mija życie.

Styl gry był przygnębiający, ale to było do przewidzenia. Nie było też show na konferencjach – chyba jedynie w trakcie rywalizacji z Realem Madryt nie gryzł się w język. Generalnie nuda. Benfica potrzebuje trenera, który odmieni nie tylko mentalność klubu, ale też zaangażuje się w strukturę – podsumowuje Misiura.

Podobnego zdania na temat męczącego stylu gry jest Marcin Gazda, któremu zdarzało się komentować mecze ligi portugalskiej na antenie „Eleven Sports”: – FC Porto było trudne do doścignięcia z tą kapitalną defensywą, zwłaszcza w pierwszej części sezonu, ale nie możesz jako Benfica w taki sposób wypuścić przewagi nad Sportingiem. Benfica powinna wykrzesać z tego więcej. Zabrakło trochę polotu w ataku i zbyt wiele zależało od tego, czy piłka zostanie dostarczona do Pavlidisa. 

A czy były w ogóle jakieś pozytywy Mourinho w Benfice? Dla Gazdy to postawa wiosną lewoskrzydłowego Andreasa Schjelderupa, który w prawie każdym meczu dawał jakiś konkret w postaci bramki bądź asysty.

Reklama

Komentator „Eleven Sports” zwraca jednak uwagę na brak regularności w punktowaniu: – Ten zespół był bardzo nierówny, bo potrafił pokazać swój wysoki sufit w meczu z Realem Madryt, a później w lidze nie zawsze potrafił się zmobilizować ze słabszymi zespołami, żeby porwać tłumy i wygrywać za każdym razem. Bo co im po tym, że są niepokonani, skoro koło nosa przechodzi Champions League? Przyszła liga i wyszedł brak kreatywności, alternatyw, zbyt duże uzależnienie od skrzydeł.

Misiura z kolei dodaje, że Mourinho irytował jeszcze czymś. Mówił to, co akurat pasowało mu pod narrację: – Mourinho był niezdecydowany i to było dla kibiców bardzo irytujące. Na początku grał ostrożnie, na koniec ofensywnie. Raz mówił jedno, później drugie. Na przykład gdy – będąc trenerem Fenerbahçe – odpadał przeciwko Benfice, mówił że Benfica to klub Ligi Mistrzów, ma stadion Ligi Mistrzów i że zazdrości jej tych piłkarzy. Po powrocie do Lizbony szybko zmienił narrację: „Kadra Benfiki jest źle zbudowana” – orzekł. Miał przy tym absolutną rację, ale niesmak jednak pozostał.

Ancelotti powinien być największą inspiracją

PSG, Real, Bayern, Napoli i… Everton. To była ścieżka Carlo Ancelottiego i trzeba przyznać, że angielski zespół tutaj kompletnie nie pasuje. Z całym oczywiście szacunkiem do dziewięciokrotnego mistrza kraju, ale nie jest to team, który gra w Lidze Mistrzów. Fani The Toffees przecierali oczy ze zdumienia, że ktoś taki w ogóle przywędrował na ławkę trenerską.

Reklama

Jego autorytet sprawił, że na Everton spojrzał sam James Rodriguez. Przekonał też swojego innego byłego podopiecznego z Napoli – Allana. Kolumbijczyka prześladowały kontuzje, ale potrafił momentami pokazać magię z innego świata, zwłaszcza tuż po transferze. Ancelotti nie wykręcił jakichś spektakularnych wyników, bo zajął 12. miejsce i 10. miejsce w Premier League. W ataku błyskotliwy duet stworzyli Dominic Calvert-Lewin (21 goli) oraz Richarlison (13 goli), kreatywność dokładał Gylfi Sigurdsson.

Everton był takim klubem, który potrafił być niewygodny. Ograł Tottenham, Arsenal nawet dwukrotnie, choć ten dopiero się budował pod Artetą. A przede wszystkim Ancelotti wygrał na Anfield i odczarował klątwę trwającą aż od 1999 roku. The Toffees u lokalnego rywala nie potrafili wygrać 22 lata. A do Richarlisona podawał – a jakże – James Rodriguez. To był właśnie jeden z tych magicznych momentów.

Reklama

Potem się okazało, że to wyniki ponad stan, bo Everton stał się klubem walczącym o utrzymanie i zmienił to dopiero powrót Davida Moyesa.

Po co w ogóle wspomnienie o Evertonie? Bo Ancelotti sprawiał wrażenie tego, który będzie za chwilę dobierał sobie coraz słabsze kluby, być może gorsze ligi albo zdecyduje się w ogóle na jakąś przygodę z kadrą narodową. A tu – boom – zatrudnił go Real Madryt! Też bardzo niespodziewanie. Miał zastąpić nie byle kogo, bo Zinedine’a Zidane’a. Ale pod względem gabloty było identycznie jak teraz. „Zizou” w pierwszym sezonie dał Królewskim mistrzostwo, ale w drugim rozczarował. Miał niesamowitą serię bez porażki od lutego, lecz…

  • przegrał tytuł o dwa punkty z Atletico
  • odpadł z Pucharu Hiszpanii z Alcoyano (mówi wam to coś?)
  • przegrał już w półfinale turnieju o Superpuchar Hiszpanii z Athletic Club
  • w fazie grupowej LM dwukrotnie ograł go Szachtar
  • dotarł do półfinału LM, gdzie Thomas Tuchel udzielił mu lekcji

A wtedy wszedł Carlo Ancelotti, cały na biało. Zaraz, zaraz, to on ma coś poprawiać po Francuzie, skoro właśnie wzięliśmy do z Evertonu, z którym osiągnął dziesiąte miejsce? Trochę to śmierdziało. A tymczasem Carletto wprowadził w zespole atmosferę, potrafił ochrzanić, ale przede wszystkim przytulić i dać swobodę. Ludzie dobrze się przy nim czuli. No i wygrał dwa mistrzostwa, dwa razy Ligę Mistrzów, Puchar Hiszpanii, dwa Superpuchary Hiszpanii, dwa Superpuchary Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata w cztery lata. Ostatni jego rok był już kiepski, ale mimo wszystko odchodził jako bohater, legenda i zwycięzca.

Świetna, doskonała jest scena, w której w przerwie finału Ligi Mistrzów z Borussią Dotmund Don Carlo niczego nie narzucał. Pozwolił szatni dyskutować na temat taktyki:

Reklama

I to powinna być inspiracja dla Mourinho, że Real Madryt może być dla niego niesamowitą, trudną dziś do wyobrażenia trampoliną.

Powroty w Realu bywają dobre. Zidane przecież wracał, nie tylko Ancelotti. Del Bosque również – wylicza Gazda.

Reklama

Mourinho będzie musiał połączyć swoje dwie twarze

– Benfica dała więcej Mourinho niż Mourinho Benfice. Zresztą jak każdemu. Jose był już na skraju kariery i wyrażał chęć objęcia drużyny walczącej o utrzymanie. Dzięki Benfice dziennikarski świat znów mógł pisać o Mourinho w Lidze Mistrzów. Zresztą sam przyznał, że wracając do Benfiki wrócił na swój poziom (tj. trenowanie wielkich klubów) – podsumowuje tę portugalską kadencję Radek Misiura.

Wspomniane słowa o wielkich klubach to szpileczka wbita Fenerbahce, które go zwolniło.

W Turcji przynajmniej potrafił podpalić. A to złapał za nos trenera Galatasaray, który aż teatralnie upadł na ziemię. Innym razem dziękował zagranicznemu sędziemu za świetną pracę, jednocześnie mówiąc prześmiewczo o tureckich arbitrach. Składał też pozew przeciwko Galatasaray, które to oskarżało go o rasistowskie odzywki. Chodziło o słowa z konferencji, że „ławka rywali skakała jak małpy”. A po wygranej z Trabzonsporem tak się cieszył, że zrobił swój słynny ślizg na kolanach, który omal nie skończył się kontuzją.

Reklama

W Realu będzie musiał obie te twarze połączyć. Faceta, który potrafi wciąż wbić szpileczkę, sprowokować, wziąć na siebie uwagę i ma jeszcze tę pasję. Ale też tego, który będzie swoim autorytetem i takim ciepłym, wujkowym podejściem z Benfiki potrafił rozluźnić szatnię, posprzątać ego i oczyścić toksyczną atmosferę.

Aha, jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa, którą zauważa Marcin Gazda z „Eleven Sports”. Chodzi o wsparcie Pereza:

Ważna będzie postawa Pereza. Bo musi stawiać się za trenerem. Nie tylko chodzi tu o wybór mocnego nazwiska i koniec, ale o wsparcie. W przypadku Florentino Pereza czegoś takiego mi właśnie brakło. Żeby bardziej skupić się na sterowaniu, a nie przekierowywać uwagę na złych dziennikarzy, media hiszpańskie. Powinien wesprzeć mocniej trenera – mówi.

Reklama

Komentator odniósł się do słynnych przemów legendarnego Santiago Bernabeu, który miał bardzo barwny, cięty język i potrafił genialnie zmotywować. Jak trzeba było, to uderzył pięścią w stół. Ale też wiedział, kiedy podejść do sprawy łagodniej. Jedną ze swoich słynnych przemów wygłosił w przerwie meczu z Rapidem Wiedeń, kiedy na tablicy wyników było 0:3. Mówił:

Nie przyjechaliśmy tu na wakacje, chcę zobaczyć więcej jaj na boisku. Nie wiem, czy to rozumiecie, ale macie na koszulkach herb Realu Madryt, a na trybunach widziałem tysiące Hiszpanów, którzy przyszli nas wspierać – ludzi, którzy wypruwają sobie żyły w fabrykach, żeby zarobić na życie.

A tymczasem Florentino Perez na konferencji prasowej albo uderza w dziennikarzy, albo przypomina sprawę Jose Negreiry i wytwarza syndrom oblężonej twierdzy. A już ostatnia zwołana przez niego przybrała kuriozalny obrót. Oberwało się nawet jednej z dziennikarek, że kobiety to się na piłce nie znają. Fani spodziewali się być może zaprezentowania trenera, jakiegoś podsumowania, odniesienia się do konfliktów w szatni, kryzysu sportowego, jakim w przypadku tego klubu jest brak trofeów w dwa sezony, natomiast Perez zaczął słownie strzelać do wszystkich dookoła.

Rola prezesa Realu jest tu bardzo istotna. Bez tego i grania do jednej bramki z Mourinho porządek w klubie nie zapanuje.

Reklama

Fot. Newspix

10 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

La Liga

Reklama
La Liga

Wielki transfer Realu Madryt! Królewscy uprzedzili największych rywali

Braian Wilma
2
Wielki transfer Realu Madryt! Królewscy uprzedzili największych rywali
La Liga

Z Barcelony do United i z powrotem? Rashford w potrzasku

Jan Broda
1
Z Barcelony do United i z powrotem? Rashford w potrzasku
La Liga

Muniain zanotował awans w nowej roli. Podpisał roczny kontrakt

Maciej Piętak
0
Muniain zanotował awans w nowej roli. Podpisał roczny kontrakt