Zbigniew Jakubas w obszernej rozmowie z Tomaszem Ćwiąkałą wygłosił wiele zdumiewających tez, przedstawił kilka niestandardowych pomysłów, a przy okazji pokusił się o bardzo surową recenzję działań Roberta Dobrzyckiego w Widzewie Łódź. Zaciekawił nas zwłaszcza ten ostatni wątek wywiadu. Jakubas przekonuje bowiem, że Widzew poprzez swoją transferową ofensywę destabilizuje cały polski futbol. Zastanówmy się zatem, czy jest w tej opinii trochę racji, czy może przez właściciela Motor Lublin przemawia raczej obawa przed tym, że ekstraklasowy wyścig zbrojeń jego samego zmusi do solidnego doinwestowania drużyny?
No a umówmy się, że Motor po awansie do Ekstraklasy raczej transferowymi posunięciami nie imponował. W poprzednim sezonie ekipa Mateusza Stolarskiego była rewelacją rozgrywek, to fakt, ale nie dziwi, że w bieżących walczy już o utrzymanie.
Jak na ironię, między innymi z tym szastającym gotówką Widzewem.
Zbigniew Jakubas krytykuje Roberta Dobrzyckiego. Mówi o „destabilizacji piłki”
Na początek cytat:
– Jeżeli te kluby zaczną wydawać więcej niż mogą mieć przychodu, to zbankrutują. Nie będzie to pierwszy i ostatnich przypadek takiego klubu w Polsce czy w Europie. Dlatego ja się tego w ogóle nie boję. Powiem tak – nie wierzę w irracjonalność. Tak naprawdę w tej chwili tylko jeden klub destabilizuje to, co się w piłce nożnej działo. Zobaczymy na ile czasu wystarczy im siły i środków. To jest droga donikąd – trzeba stworzyć fundamenty działania klubu, natomiast nie może on wisieć na jednej firmie czy właścicielu – stwierdził Zbigniew Jakubas na kanale Tomka Ćwiąkały.
I od razu dodajmy, że 73-letni biznesmen nie jest w swoich opiniach odosobniony. W tak zwanym środowisku dość powszechne stały się teorie, jakoby Widzew poprzez swoje kosztowne zakupy, na dodatek przeprowadzane w nadzwyczajnym tempie, komplikował życie wszystkim wokół. Łodzianie nie funkcjonują bowiem w próżni. Kiedy ktoś – działacz zagranicznego zespołu, agent, czy nawet po prostu piłkarz – widzi, że w Ekstraklasie jest klub oferujący niemałe kwoty odstępnego i tłuste wynagrodzenia, to z automatu podchodzi również w inny sposób do negocjacji z pozostałymi ekipami z polskiego podwórka. Na zasadzie: „już nie udawajcie dalej takich skromnych, przecież wszyscy widzimy, że w polskiej lidze pojawiły się duże pieniądze”. No i poprzeczka w negocjacjach wędruje w górę. To naturalne.
Stajnia Jakubasa. Czy trzeba się martwić o Motor Lublin?
Tylko że takie procesy na rynku transferowych zachodziły wcześniej i zachodzić będą zawsze. Może nie w aż takiej skali i z taką dynamiką, bo generalnie bardzo rzadko się zdarza, by jeden klub odskakiwał nagle ligowej konkurencji wydatkami aż do tego stopnia. Jednak każda liga ma swoich bogaczy, którzy dyktują warunki, a także swoich przeciętniaków lub słabeuszy, którzy siłą rzeczy muszą się gimnastykować i kombinować. Motor – mimo że sam Zbigniew Jakubas jest w Polsce biznesmenem największego kalibru – zalicza się do tej drugiej grupy.
Widzew za sprawą Roberta Dobrzyckiego przeskoczył do pierwszej. Życie. Równie dobrze przedstawiciele jakichś czeskich drużyn średniej klasy mogliby gderać, że ten cholerny miliarder Daniel Kretinsky przez lata dosypywał kasy do budżetu Sparty Praga. No mógł i chciał, więc dosypywał (zresztą często z rozczarowującym efektem boiskowym). W czym problem? Czeska liga z pewnością na tym nie ucierpiała.
Nie ma przecież obowiązku dotrzymywania łodzianom kroku, jeśli chodzi o inwestycje w transfery. A że wszyscy będą musieli maszerować przynajmniej troszeczkę żwawiej, kiedy tempo narzuca ktoś taki jak Dobrzycki? Akurat na tym Ekstraklasa długofalowo może wyłącznie skorzystać.
Bogiem a prawdą, to Widzew jak dotąd zdestabilizował jedynie własny zespół. Polski futbol może na razie spać spokojnie.

Zbigniew Jakubas jak… Arsene Wenger?
Przekonująco nie brzmią również wyświechtane słowa o „tworzeniu fundamentów”. Bo jakich niby fundamentów Widzewowi dzisiaj brakuje? Owszem, stadion łódzkiej ekipy mógłby być bardziej pojemny. Infrastruktura treningowa, akademia – lepsza. Ale przecież nie jest tak, że Robert Dobrzycki machnął na te tematy ręką i nie robi nic innego poza beztroską zabawą w Football Managera. Pół roku temu symbolicznie zainicjowano budowę Widzew Training Center w Bukowcu, kwestia rozbudowy obiektu przy alei marszałka Piłsudskiego również znalazła się już na tapecie. Nie mylmy zatem Widzewa z, dajmy na to, Wieczystą Kraków.
W tym drugim klubie faktycznie poza ambicjami i kaprysami właściciela nie ma w zasadzie nic – bazowo jest to po prostu osiedlowa drużyna z garstką kibiców, w stu procentach uzależniona od Wojciecha Kwietnia. Natomiast Widzew frekwencyjnym fenomenem był na długo, długo przed erą Panattoni. Nie potrzebował pieniędzy Dobrzyckiego, by wrócić do Ekstraklasy i się w niej utrzymywać. Stoi za nim potężna społeczność, wielkie tradycje. W polskim futbolu Widzew jest po prostu od dekad znaczącą marką. Nie wymagał budowy od zera ani nawet nie trzeba było wyciągać go z niebytu (tak jak to Jakubas uczynił z Motorem i chwała mu za to). Można się wręcz zastanawiać, czy Dobrzycki przesadnie nie zlekceważył tego, co (lub: kogo) już w Widzewie zastał. I mamy tutaj na myśli również zawodników.
Szczerze mówiąc, refleksje Zbigniewa Jakubasa trochę przypominają komentarze, jakie przeszło dwie dekady temu w Anglii wywołały transferowe szaleństwa Romana Abramowicza. Kiedy Chelsea zgłosiła się do Arsenalu z ofertą dla Thierry’ego Henry’ego, to David Dein – ówczesny wiceprezes Kanonierów – komentował z wściekłością: – Abramowicz zaparkował na naszym trawniku rosyjskie czołgi i strzela w nas pięćdziesięciofuntowymi banknotami! Natomiast Arsene Wenger mówił po latach: – Człowiek czuł się, jak gdyby walczył z karabinami maszynowymi za pomocą kamieni. Kibice nie chcą tego słuchać, liczą się dla nich tylko tytuły.
No i można tę frustrację tak po ludzku zrozumieć: Arsenal nie był w stanie nadążyć za rywalami z niebieskiej części Londynu. Ale już Manchester United nie pękł w rywalizacji z Abramowiczem i jego The Blues. A potem do gry o najwyższe cele włączyli się i inni. Koniec końców cała Premier League rozrosła się finansowo do tego stopnia, że dziś również na jej zapleczu wydaje się na transfery niebagatelne kwoty, a zamożnych inwestorów znajdziemy nawet w klubach z League One.
Być może właściciel Motoru nie chce podobnego scenariusza – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji, żebyśmy się dobrze zrozumieli – w Polsce. Dopóki bowiem Dobrzycki wydaje krocie i tkwi w strefie spadkowej, to kibice innych drużyn traktują Widzew w pierwszej kolejności jako obiekt szydery. Zresztą zasłużonej. Jednak jeżeli zakupy 50-latka zaowocują sukcesami, to fani z Warszawy, Poznania, Szczecina, Gdańska, Krakowa czy Lublina niewątpliwie zaczną nakładać dodatkową presję na włodarzy własnych klubów. Tym bardziej że – skoro już nawiązujemy do wielkiej piłki – Robert Dobrzycki to nie jest żaden oligarcha ze Wschodu albo petrodolarowy książę z kieszenią bez dna w stylu, dajmy na to, Katarczyków z Paris Saint-Germain. Takim inwestorom faktycznie można zrzucać psucie rynku.
Swoją drogą, to Zbigniew Jakubas w cytowanym wywiadzie przywołał nawet przykład PSG i zapytał z przekąsem, czy kolosalne wydatki Katarczyków przełożyły się na większe sukcesy od tych, jakie klub odnosił wcześniej. Cóż, jakby to powiedzieć – no tak, przełożyły się. W latach 1998-2011 Paryżanie nie wywalczyli ani jednego mistrzowskiego tytułu, często byli drużyną środka/dołu tabeli Ligue 1. W latach 2012-2025 sięgnęli po mistrzostwo Francji jedenaście razy.

Jakubas wbija szpilki Widzewowi. I ma trochę racji
– Dopiero w tym roku zrobiło się szaleństwo. I też szaleństwo, sobie jasno powiedzmy, jest wywołane tylko przez jeden klub w Polsce. Wszyscy patrzymy na to z lekkim uśmiechem na twarzy. Bo ja obserwowałem kluby w Polsce, które miały wielkomocarstwowe zapędy. I powiedziałbym jedno polskie powiedzenie: pycha kroczy przed upadkiem. Co z tego, że Widzew zainwestował… nie wiem, ile. Nie patrzę na te transfery. Przyjeżdża Jagiellonia bez uzupełnień w tym okienku, nie daje szans Widzewowi – zauważa dalej Zbigniew Jakubas w wywiadzie udzielonym Tomaszowi Ćwiąkale. – Spodziewam się, że [w ciągu najbliższych trzech lat] parę klubów będzie miało gigantyczne problemy finansowe. Dlatego że w tej chwili ta „gorączka złota” powoduje, że kluby wistują na wyrost. […] Nie wieszczę, że padnie raptem połowa drużyn, ale trzy-cztery drużyny idą po bandzie. Głupio wydane pieniądze sukcesu nie przynoszą.
„Całe środowisko patrzy i przeciera oczy ze zdziwienia, co robi właściciel Widzewa”
Przy tych słowach Jakubasa również warto się zatrzymać.
Bo czy rzeczywiście tylko Widzew szaleje na rynku? Przecież Raków Częstochowa również ma kadrę skonstruowaną za ładnych kilkanaście milionów euro. Potrafił zapłacić niedawno półtorej bańki za 20-latka z Serbii, który uzbierał jak dotąd 100 minut w Ekstraklasie. A umówmy się, że jeśli chodzi o te słynne „fundamenty”, to Michał Świerczewski, mimo upływu lat, dalej ma się czym martwić, na czele oczywiście z nieszczęsnym stadionem.
Więc idąc tym topem, należałoby w zasadzie właściciela Rakowa uznać już za kompletnego świra, skoro postanowił klub europejskiego formatu zbudować akurat pod Jasną Górą, przy tylu ograniczeniach infrastrukturalnych i relatywnie niedużej bazie kibicowskiej, przynajmniej w zestawieniu z – przykładowo – Legią Warszawa czy właśnie Widzewem Łódź. Ale przecież nikt tak nie twierdzi. Wręcz przeciwnie – to wspaniale, że Świerczewski poprzez Raków wniósł do polskiej piłki swoje duże ambicje i duże pieniądze. Nie trzeba nawet sukcesów Rakowa przypominać. Dziś to jeden z topowych klubów w kraju.
Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała?
Właściciel Medalików swoje „wielkomocarstwowe” zapędy zrealizował i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. A że byli i tacy, którzy nie wspięli się na szczyt? No cóż, bywa. Filozofia Zbigniewa Jakubasa – praca u podstaw, kadra budowana ostrożnie i oszczędnie, działania obliczone na długofalowe efekty – też sukcesu nie gwarantuje. W sporcie generalnie na nic nie ma gwarancji, choć tak się jakoś dziwnie składa, że bogacze wygrywają częściej od tych, którym wąż syczy w kieszeni.
Natomiast Jakubas ma niewątpliwie słuszność, kiedy ostrzega, że jeśli cała liga odepnie wrotki razem z właścicielem Widzewa, może się to skończyć kataklizmem. Europejski futbol pamięta podobne historie – wystarczy sobie przypomnieć pasmo upadków zasłużonych klubów we Włoszech na początku bieżącego stulecia. Także i w Turcji bezrefleksyjny wyścig zbrojeń sprowadzał tarapaty nawet na gigantów ze Stambułu. Ciężar finansowych zobowiązań dusił też niejednokrotnie największe potęgi portugalskiej piłki. I tak dalej, i tak dalej. No ale w tym już głowa działaczy poszczególnych ekip, by zachować chłodną ocenę sytuacji i własnych możliwości. No bądźmy poważni, przecież nie będzie winą Dobrzyckiego, jeśli działacze klubu X zaszarżują z transferami niczym jeźdźcy bez głowy, a drużyna zaliczy nieudany sezon, nie awansuje do europejskich pucharów, straci płynność i trzeba ja będzie wywozić z ligi nogami do przodu.
Zresztą jak na razie w ogóle nie ma powodów, by traktować Łodzian jako punkt odniesienia, skoro ugrzęźli w strefie spadkowej.
Tabela rozgrywek dostarczona przez Superscore
***
I tutaj docieramy tak naprawdę do najcelniejszej szpileczki wbitej w Widzew Łódź przez właściciela Motoru Lublin. Zbigniew Jakubas znowu ma bowiem rację, gdy stwierdza, że „głupio wydane pieniądze sukcesu nie przynoszą”. To w zasadzie truizm, ale i tak warty podkreślenia. Bo nie jest żadnym problemem dla Ekstraklasy czy polskiej piłki, że Dobrzycki wydaje dużo. Nie jest również problemem, że Dobrzycki wydaje szybko i opowieść o dalekosiężnych planach łączy z wyznaczaniem celów krótkofalowych. Może to oczywiście niepokoić tych, którzy przywykli do działania w spokojniejszych warunkach, ale to tylko ich kłopot.
Natomiast może się okazać – aktualna pozycja Widzewa w tabeli dość dobitnie to sugeruje – że Dobrzycki wydawał jak dotąd niemądrze. Że przepalił kupę kasy na niewłaściwie dobranych piłkarzy i trenerów. Zresztą do paru błędów zdążył się już rzeczy przyznać, dokonując zmian na kluczowych stanowiskach w pionie sportowym. Degradacja po takiej transferowej ofensywie byłaby wielką kompromitacją. Ale spadek realnie zagraża przecież także Motorowi.
No a chyba marne byłoby to pocieszenie dla kibiców z Lublina, że ich spadek był przynajmniej „tańszy”.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Transfer napastnika jako symbol rozkładu i beznadziei Legii
- Jacek Zieliński o decyzji Komisji Ligi: To absurd
- Mateusz Lis: Temat zimowego transferu do Widzewa był poważny [WYWIAD]
- Napięcie w Legii. Papszun apeluje o wsparcie kibiców
fot. NewsPix.pl