Pierwszy dzień mundialu wystarczył, żeby potwierdzić, że mistrzostwa świata w nowym formacie, z większą liczbą egzotycznych z europejskiej perspektywy drużyn, to strzał w dziesiątkę. Nigdy w to nie wątpiłem, bo nigdy nie należałem do grona marudzących na to, że na turnieju zobaczymy mniej drużyn elitarnych. Odkrywanie nieznanego to dla mnie esencja globalnego czempionatu.
***
Mundiary to nasz pamiętniczek, cykl codziennych tekstów komentujących to, co wydarzyło się na Mistrzostwach Świata 2026.
***
Mówię to w momencie, w którym nie zdążyliśmy jeszcze zobaczyć w akcji największych rodzynków, michałków, pawełków. Nazewnictwo to didaskalia, dla większości Europy drużyny takie jak Curacao, Jordania czy nawet Paragwaj to zetknięcie się z inną cywilizacją. Historia mistrzostw świata niemal zawsze była na wskroś europejska. Tylko przy okazji premierowej odsłony tej imprezy trzeba było przekonywać przedstawicieli Starego Kontynentu do uczestnictwa w niej.
Do tego stopnia, że król Rumunii załatwiał zwolnienia i urlopy w pracy robotnikom, który stworzyli drużynę narodową.
Role szybko jednak się odwróciły. Europejczycy zdominowali kolejne mundiale do tego stopnia, że długo stanowili ponad połowę ich uczestników. Zmiany formatów były ukłonami dla potęg ze strefy UEFA – aż do teraz. Europa wciąż ma przewagę, bo co trzeci finalista przyleciał do USA, Meksyku lub Kanady właśnie stąd. Procent drużyn ze Starego Kontynentu pierwszy raz jednak zbliżył się do proporcji z pierwszej edycji (31 kontra 33).
I bardzo dobrze, to w końcu mistrzostwa świata, nie Europy.
Mistrzostwa Świata 2026. 48 drużyn to bardzo dobry pomysł. Nie tylko Europa gra w piłkę
Narzekających na poziom prezentowany przez zawodników Republiki Południowej Afryki, których z murawy mogłaby zmieść chyba nawet Bruk-Bet Termalica Nieciecza, szybko zweryfikowało drugie spotkanie mundialu. O ile w pierwszym formę niegodną najważniejszego turnieju w roku zaprezentowali reprezentanci Afryki, tak w drugim blado wypadli Europejczycy. Czesi udowodnili, że nie każdy, kto wywodzi się z dominującego w tym sporcie zakątka świata, to prelegent na lekcjach futbolu.
Drugie piłki, walory fizyczne – to przemawiało za Czechami, co zresztą nie odbiega od typowego obrazu tamtejszej ligi i produktów (w domyśle: zawodników), których wypuszcza w świat. Czesi wygrali 78 drugich piłek, o blisko 30 więcej niż rywale; spędzili niemal dwukrotnie więcej czasu w wysokim lub średnim pressingu; mieli ponad dwukrotnie więcej odbiorów. Czysto piłkarsko byli jednak bardzo ubodzy.
Trafili do siatki głową po stałym fragmencie gry. Nawet dwa razy, tyle że raz ze spalonego. Sposób, w jaki bramkę zdobyła Korea Południowa, najlepiej oddaje drastyczną różnicę w jakości pomiędzy oboma zespołami. Koreańczycy wymienili dwadzieścia pięć podań (!) utrzymując piłkę przez 87 sekund, żeby wreszcie zaliczyć dokładne, precyzyjne podanie otwierające w pole karne. Jeśli to nie robi na was wrażenia, dodam, że według danych Opta była to piąta najdłuższa akcja bramkowa w historii mundialu.
25 – There were 25 passes in the build-up to Hwang In-Beom’s goal for 🇰🇷 Korea Republic last night, their most ever in the lead up to a goal scored in FIFA World Cup history.
Methodical. pic.twitter.com/ZkzNl3aM5I
— OptaJoe (@OptaJoe) June 12, 2026
Mundiale odkrywają bohaterów. Julian Quinones nigdy nie grał w Europie
Rzuciłem, że powiększony, rozszerzony o egzotyczne drużyny mundial się broni, mimo że nie widzieliśmy jeszcze w akcji tych, którzy uchodzą za najbardziej nietypowych, głównie z jednego powodu. Największe wrażenie w dwóch pierwszych meczach zrobili na nas piłkarze, którzy odegrali marginalną rolę w europejskim futbolu. Właściwie w przypadku Juliana Quinonesa trzeba powiedzieć: żadną. Quinones nie liznął Europy, nie grał w żadnym tutejszym klubie. Urodził się w Kolumbii, co zresztą sprawiło, że początkowo w Meksyku kręcono nosem na uczynienie go piłkarzem drużyny narodowej.
Quinones to idealna definicja mundialowej miłostki, letniego zadurzenia. Oto facet, o którym większość sympatyków futbolu nie miała prawa słyszeć, zachwyca w każdym ruchu na boisku. Szybki, aktywny — był najczęściej pokazującym się do gry piłkarzem w dwóch pierwszych meczach mundialu, zrobił to 54 razy! — nie zatrzymał się na tym, że trafił do siatki. Szukał gola numer dwa, obił słupek. Stworzył świetną szansę Gutierrezowi. Wreszcie zanotował asystę drugiego stopnia.
To wyczyny, które sprawiają, że sprawdzasz, gdzie ktoś taki się uchował; że zadajesz sobie pytanie: czemu wcześniej go nie widziałem? Kto nie pytał siebie w myślach, co taki Quinones wyprawiałby na prawym skrzydle dowolnego ekstraklasowego zespołu, ten przeżywa chyba kryzys miłości do futbolu. Zwykły kibic po prostu kreślił w głowie plan wyrwania takiego grajka z Al-Qadsiah.
Hwang In-beom pewnie mówi europejskiemu kibicowi więcej. Nawet jeśli w Feyenoordzie pełni marginalną rolę, to jednak – w Feyenoordzie. Natomiast na końcu to wciąż trzydziestolatek, który ogromną część przygody z piłką spędził w drugiej lidze koreańskiej. Historia o tym, że ktoś taki wychodzi na mecz mundialu, strzela bramkę, zalicza asystę i najwięcej celnych podań, to nadal jakaś piękna bajka o kopciuszku na balu.
Łzy Jimeneza, karny Halldorssona. Mistrzostwa świata to historie kopciuszków
O tym właśnie powinien być mundial. O postaciach, których historie odkrywasz i chłoniesz wraz z turniejem. Często po to, żeby zapomnieć o nich zaraz po mistrzostwach, ale to ich pięć minut. Piątoligowy bramkarz z Niemiec w kadrze Haiti, napastnik z Iraku, który stracił bliskich na wojnie i obiecał, że wprowadzi drużynę narodową na mundial. Wiedziałem, że rozszerzony format sprawi, że takie historie będą kiełkować jedna za drugą i sprawią, że poczujemy klimat tego święta, nawet przy usilnych próbach zepsucia go przez amerykańską administrację oraz FIFA.
Obrazkiem dnia były łzy Raula Jimeneza, pierwszej strzelby Meksyku. Facet czekał cztery mundiale na gola i zdobył go przed własną publicznością, w meczu otwarcia, kilka miesięcy po stracie ojca. Podświadomie czekamy na wyciskacze łez, które kryją się pod kamyczkami i nazwiskami na przeróżnych koszulkach. Nie potrafię patrzeć na Curacao z perspektywy tego, że zwolniły się trzy miejsca w strefie CONCACAF, więc wystarczyło pokonać sto pięćdziesiątą oraz dwusetną drużynę w rankingu FIFA i wygrałeś bilet na mundial.
Może dlatego, że w Europie też zwykle musisz pokonać dużo słabszych od siebie, przynajmniej nie zgubić z nimi punktu, żeby się na mistrzostwa dostać. Na pewno dlatego, że rozumiem, że świat nie kończy się na tym, co dookoła nas. Wreszcie też dlatego, że moja historia mundiali kręci się wokół Trynidadu i Tobago Leo Beenhakkera, Hannesa Halldorssona broniącego rzut karny Leo Messiego czy Kostaryki wychodzącej z grupy z Anglią, Urugwajem oraz Włochami.
Za moment zacznie się i to, poznamy nowych, tegorocznych kopciuszków. Wtedy wsiąkniemy na dobre, wtedy ostatecznie kupimy ten format, takie mistrzostwa, zapragniemy więcej. To znaczy: rozumiem tych, którzy nie zapragną, ale nie wierzę, że ich entuzjazm wzrósłby, gdyby turniej zorganizowano dla trzydziestu dwóch czy nawet czterdziestu ośmiu najlepszych drużyn w rankingu FIFA.
Jeśli nie potrafisz cieszyć się z Uzbekami, którzy przez dekady będą mogli opowiadać, że żyli w erze pierwszego dla nich mundialu, to znaczy, że mistrzostwa świata po prostu nie są dla ciebie. Nie odwrotnie.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix