Ponad 300 kilometrów musiał przejechać Radomiak, żeby po dziesięciu minutach wiedzieć, że nie ma czego szukać w Białymstoku, zatem była to kompletnie bezsensowna podróż. Można było zadzwonić: „halo, Weszło, czy ta nasza zbieranina poskładana bez jakiegokolwiek sensu ma szansę z mistrzem Polski?”. Otóż nie, nie ma. Porada darmowa, a benzyna nie.
Żartuje się dziś na X-ie, że Radomiak wziął kibiców na mecz, ale dla piłkarzy miejsca zabrakło, natomiast rzeczywistość jest dużo brutalniejsza – tak ci zawodnicy po prostu wyglądają. Miłe, że nasza liga bywa czasami logiczna i jeśli mierzy się poważny projekt z niepoważnym, to jest 5:0, a nie 1:0. Fakt, że Radomiak nie przegrywa tak częściej, świadczy gorzej o reszcie stawki, bo Jagiellonia potrafiła obnażyć wszystkie braki rywala, przede wszystkim to, jak mało jest tam jakości.
Może ci piłkarze mają mocno sportowe paszporty (portugalskie, brazylijskie!), może nazywają się ładniej niż Kowalski czy Nowak, ale na końcu nie ma to żadnego znaczenia.
Grają, jak grają, jakieś punkty jeszcze urwą, ale trudno ten projekt specjalnie cenić, niby za co? Czasem trafi się tam ciekawszy piłkarz, natomiast to jest wypadek przy pracy, a nie odwrotnie, gdy trafia się gorszy.
I ktoś powie, że to dopiero pierwszy mecz, ale jak spojrzeć na Radomiak obiektywnie i stwierdzić, że są nadzieje na lepsze jutro? Przy tym pomyśle na budowę drużyny – bez szans.
Ale zostawmy pokonanych, gdyż chwalić trzeba przede wszystkim wygranych. Jagiellonia była w tym spotkaniu piękna jak jej specjalne bordowe koszulki. Pierwsze dziesięć minut to była w zasadzie kontynuacja rozgrzewki przedmeczowej – ja ci puszczę dłuższe podanie na skrzydło, ty zgrasz, trzeci kolega strzeli i tak się bawimy. Bez przeciwnika, bez presji, na luzaku.
Marciniak jednak gwizdał, więc na pewno już graliśmy, ale Radomiak nie przeszkadzał mocniej niż pachołki. Pierwszy gol – odpuszcza Henrique, Kikolski puszcza pod pachą. Drugi – dzieci we mgle biegają za piłką, a panowie z Białegostoku sobie klepią i wszystko kończy Pululu. Trzeci – Burch patrzy, Imaz główkuje.
Swoją drogą tenże Burch mógłby sobie uświadomić, że czasy siedzenia na ławce albo na trybunach się skończyły i Radomiak wypożyczył go, żeby obrońca trochę pobiegał. Może tego nie zastrzeżono przy umowie, więc warto by te detale dogadać przed kolejnym spotkaniem.
W każdym razie – potem Jagiellonia chwilkę odpoczęła, Radomiak poudawał, że dalej wierzy, ale jak gospodarze złapali drugi oddech, to dołożyli jeszcze dwie sztuki. Na przykład Imaz wiedział, że strzelanina się szybko nie skończy i zamiast dobijać uderzenie Pululu na pustaka, poczekał na swoją szansę i faktycznie: podwyższył na 5:0.
Dopiero w drugiej połowie gospodarze dali już spokój. Niby Kubicki w przerwie zapowiadał, że nie będzie taryfy ulgowej, ale cóż, była – Jaga nie miała już ciśnienia na kolejne trafienia. Parę razy spróbowała, ale to tyle. Gdyby trzeba było wygrać 10:0 – tak mogłoby się stać, ale 5:0 wystarczyło i też brzmi dumnie.
Świetny start Jagiellonii. Wiadomo, że rywal był marny, ale z takim też trzeba swoje zrobić.
Zmiany:
Legenda
WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:
- Gdyby nie Kamil Grosicki, ten mecz byłoby ciężko oglądać
- Grał przeciwko Messiemu, teraz jest w Jagiellonii. „Chcę walczyć o wszystkie cztery trofea”
- Jagiellonia w królewskich barwach. Mistrz Polski i sekrety wyjątkowych strojów
Fot. Newspix