Reklama

Czy Maria Andrejczyk to polski Guillermo Ochoa?

Szymon Szczepanik

Autor:Szymon Szczepanik

11 czerwca 2024, 23:26 • 8 min czytania 9 komentarzy

Maria Andrejczyk nie była faworytką do zwycięstwa w dzisiejszym konkursie rzutu oszczepem. Ba, nawet potencjalny medal Polki można byłoby potraktować jako niespodziankę – w końcu ostatnio albo nie startowała, albo nie błyszczała formą. Jeżeli jednak 28-latka zasłynęła z czegoś w swojej karierze, to z tego, że w roku olimpijskim potrafi odrodzić się niczym feniks z popiołów i nagle powrócić do rzucania na światowym poziomie. W Rzymie jednak tego nie uświadczyliśmy. Jednak sama zainteresowana, która zajęła dziś 10. lokatę, nie dramatyzuje z tego powodu. – Nie mam zamiaru płakać, bo jestem szczęśliwa, że po prostu wróciłam do tego rzucania i jestem tutaj. To nie jest fajne, że jestem tylko dziesiątą zawodniczką mistrzostw Europy, ale sezon trwa. Jeszcze ważne starty przede mną, więc muszę wyciągnąć wnioski i dalej pracować – powiedziała po konkursie.

Czy Maria Andrejczyk to polski Guillermo Ochoa?

ANDREJCZYK NICZYM GUILLERMO OCHOA

Chyba żadnemu człowiekowi interesującemu się piłką nożną nie trzeba mówić, kim jest Guillermo Ochoa. Polacy na własnej skórze poznali tego gościa podczas mistrzostw świata w Katarze, kiedy kudłaty Meksykanin z opaską na głowie obronił rzut karny Roberta Lewandowskiego. Ochoa w trakcie swojej kariery zasłynął z tego, że może nie do końca wychodziło mu w klubach, w których grał. Ale kiedy nadchodził czas mundialu, a Guillermo zakładał reprezentacyjną koszulkę, to nagle z przeciętniaka zamieniał się w bramkarskiego kota. Był ostoją całej kadry i jednym z jej największych bohaterów.

A co, jeżeli powiem wam, że w Polsce mamy sportowy odpowiednik golkipera z Meksyku?

O Marii Andrejczyk cały kraj pierwszy raz usłyszał w 2016 roku. Wtedy 20-letnia lekkoatletka zabłysnęła w eliminacjach do finału konkursu olimpijskiego w rzucie oszczepem, gdzie huknęła aż 67,11 m – najdalej spośród całej stawki. Z kolei w konkursie głównym posłała oszczep na 64,78 m, a od brązowego medalu dzieliły ją zaledwie 3 centymetry.

Reklama

Kolejne lata w wykonaniu Marii to pasmo nieszczęść, kontuzji i wzmagającej się w związku z nimi niechęci do treningu. Zawodniczka znalazła się w takim dołku, że miała nawet stany depresyjne i myślała o zakończeniu kariery. Po czym nagle przyszedł 2020 rok i wielki powrót oszczepniczki do formy. A kiedy igrzyska przesunięto na kolejny sezon… to w nim Andrejczyk rzucała jeszcze lepiej. Osiągnęła wtedy rezultat 71,40 m, przez co powiększyła do pięciu osób grono zawodniczek, które potrafiły posłać oszczep poza siedemdziesiąty metr. Oczywiście – mowa tu o modelu używanym od 1999 roku, bowiem starsze piki latały znacznie dalej.

2021 rok Maria zwieńczyła srebrnym medalem igrzysk olimpijskich. A później ponownie przepadła. Zmieniała trenerów. Po czternastu latach pożegnała się z Karolem Sikorskim i postawiła na współpracę z Petterim Piironenem. Niestety ten ruch okazał się fatalnym błędem, a metody Fina nie działały na polską zawodniczkę. Dodatkowo lekkoatletki nie omijały urazy – głównie barku, części ciała kluczowej do dalekich rzutów oszczepem.

To wszystko skutkowało koszmarnymi wynikami na zawodach. Ta sama kobieta, która posłała oszczep na ponad 70 metrów, przez trzy(!) lata nie potrafiła rzucić dalej, niż metrów 60. I totalnie przestała liczyć się w światowej czołówce.

Tym sposobem w październiku ubiegłego roku Andrejczyk ponownie zmieniła szkoleniowca, którym tym razem został Cezary Wojna. Nie miał on przed sobą łatwego zadania, bo musiał doprowadzić swoją nową zawodniczkę do optymalnej dyspozycji w mniej, niż rok do igrzysk w Paryżu.

Czy się udało? To z pewnością jeszcze nie jest peak formy Andrejczyk, lecz oszczepniczka w tym roku rzuciła już 62,72 m. Solidny rezultat, choć do wybitności nieco mu brakuje. To jednak wynik stanowiący znak, że trening idzie w dobrym kierunku.

Reklama

„FAJNIE SIĘ ZE SOBĄ CZUJĘ”

Wczoraj w Rzymie w kwalifikacjach Maria rzuciła 60,61 m, przy czym minimum zapewniające udział w finale wynosiło 60,50. Lepszy rezultat uzyskała tylko Norweżka Marie-Therese Obst (61,45). Zatem nasza zawodniczka bardzo pewnie dostała się do dzisiejszego finału w swojej konkurencji.

– Pomimo że to jeszcze nie jest optymalne bieganie, z racji tego, że po prostu zmagam się z bólem, to i tak to jest fajne. Ale jak mam komfort w głowie, to mogę coś więcej z tego wyłuskać. U mnie problemem są już bardziej kwestie techniczne. Fizycznie jestem na bardzo fajnym poziomie. Troszeczkę doskwiera mi ból stopy, nie wiem co się stało, ona skręciła w jakiś sposób. Trochę z tym się jeszcze bawimy. Natomiast mój rzut z eliminacji był nietrafiony, nie wbił się, gdzieś tam wpadł – tłumaczyła.

Maria-Andrejczyk-Rzym-2024-ME

– Ja naprawdę fajnie się ze sobą czuję. To było takim motorem napędowym do tego, że przebrnęłam te kwalifikacje. Teraz jest dość mało czasu na regenerację, tak że zaraz po rozmowie z wami śmigam do swojej ekipy. Mamy już pełen plan regeneracyjny – powiedziała wczoraj Andrejczyk dziennikarzom. – Podczas eliminacji byłam w miarę pewna, tylko długo nie startowałam na imprezie mistrzowskiej, więc trzeba było dużo sobie poukładać. W tym roku forma fizyczna może być różna. Z pewnością to nie jest ten peak, który szykujemy, no bo wiadomo, gdzie on ma być. Ale jeżeli chodzi o formę psychiczną, jestem bardzo zadowolona.

Maria w poniedziałek wręcz tryskała energią. Kiedy zapytano ją, jak wielki głód rzucania czuje, odparła: – Straszny. Ja nie ukrywam, że oszczędzam się na treningach. Jestem już inną zawodniczką. Nie potrzebuję oddawać wielu rzutów. Jak to się mówi: jakość, nie jakoś. Potrzebuję bardziej takich oprawek technicznych. Na rozbiegu się czuję bardzo dobrze.

TO NIE BYŁ JEJ KONKURS

Pochodząca z Sejn lekkoatletka nie kryła przy tym swoich ogromnych ambicji związanych z przyjazdem do Rzymu: – Bardzo bym chciała zdobyć medal. Po to tutaj właśnie przyjechałam, chociaż nie ukrywam, że zawsze traktuję zawsze mistrzostwa Europy po macoszemu, bo to najmniej istotna impreza. Jednakże dla mnie po tylu latach przerwy każda impreza będzie ważna. Niesamowicie cieszę się, że tu jestem. Z tak dobrym samopoczuciem i – jeszcze raz zaznaczę – fantastyczną ekipą. Moi rodzice tutaj są. To właściwie dzięki mojej mamie, która w drugiej kolejce zapoczątkowała oklaski, udało mi się fajnie zmotywować. W finale dam z siebie wszystko.

O tym, jak bardzo zmotywowana była Maria niech świadczy fakt, że jako jedna z nielicznych zawodniczek z którymi rozmawiałem, od razu ucięła temat fatalnej organizacji zawodów. Nie chciała się dekoncentrować otaczającymi ją okolicznościami: – To jest takie narzekanie na wszystko. Kwestia naszego wyboru, czy chcemy, żeby nam wszystko pomagało, czy przeszkadzało. Malwa Kopron powiedziała, że nawet jak jej z trawy każą rzucać, to będzie to robić. To jest właściwie podejście. Wszystkie będziemy miały te same warunki. Więc jeżeli ktoś się będzie skupiać na tym, że tartan jest zły, to sorry, trzeba iść do psychologa. Albo rzeźbię na tym co jest, albo się pakuję i nie nazywam się sportowcem.

Jednak dziś Maria rozpoczęła konkurs bez specjalnego błysku. Rzut na 58,29 m można było traktować jak próbę na przetarcie. Jednak było jasne, że takim wynikiem nasza zawodniczka Rzymu nie podbije. Druga próba wcale nie była lepsza. Może to przez to, że w międzyczasie odbywał się akurat bieg na 10 000 metrów kobiet, a rozproszone po całej pętli stadionu zawodniczki – nomen omen – rozpraszały i Polkę? Niezależnie od powodu, Andrejczyk osiągnęła w drugim rzucie zaledwie 55,73 m. Maria musiała drżeć o to, żeby wejść chociaż do wąskiego finału i mieć szansę na kolejne trzy rzuty. Zajmowała wtedy ósmą pozycję – ostatnią, która upoważniała do dalszego udziału w zawodach. Za nią znajdowały się cztery zawodniczki, w tym rodaczka, Marcelina Witek-Konofał.

Zaczęło się więc odliczanie… które zarazem momentalnie dobiegło końca. Oto bowiem Adriana Vilagoś, Serbka która jest obecnie jedną z czołowych zawodniczek w Europie, po dwóch rzutach w okolice 58. metra, w końcu oddała próbę zbliżoną do swojego poziomu i posłała oszczep na 64,42 m. Tymczasem reprezentantka Polski swój rzut spaliła i tak dobiegło końca jej marzenie o medalu z tej imprezy. Później Andrejczyk przerzuciła jeszcze Nikola Ogrodnikova z Czech. Ale czy 28-latka zajmie 9. czy 10. miejsce – to było już bez znaczenia.

ZERO RYZYKA do 50zł – zwrot 100% w gotówce w Fuksiarz.pl

Po tym, jak zajęła 10. lokatę, Maria nie tryskała optymizmem:

– Nie tak wyobrażałam sobie ten finał. Wiedziałam, że to będzie duże wyzwanie, bo nigdy w życiu nie miałam takiej sytuacji, by startować dzień po dniu. Zrobiliśmy z moim teamem wszystko, co mogliśmy. Wydaje mi się, że psychika dziś nie była na optymalnym poziomie. Od wczoraj też walczyłam z Achillesem, na cztery godziny przed startem miałam w łydce dziesięć igieł, by jak najmocniej uśmierzyć ból. Zrobiłam co mogłam i bardzo żałuję, że mi nie wyszło. Najwyraźniej tak musiało być. To kolejna informacja. Teraz z moim zespołem przeanalizujemy ten start, zobaczymy, co trzeba poprawić i tyle – powiedziała Andrejczyk.

Budujące było też to, jak rzeczowo oszczepniczka potrafiła podejść do swojego wyniku: – Nie mam zamiaru płakać, bo jestem szczęśliwa, że po prostu wróciłam do tego rzucania i jestem tutaj. To nie jest fajne, że jestem tylko dziesiątą zawodniczką mistrzostw Europy, ale sezon trwa. Jeszcze ważne starty przede mną, więc muszę wyciągnąć wnioski i dalej pracować.

– Troszeczkę odczarowałam mistrzostwa Europy, bo jednak dostałam się do finału. Oczywiście nie był to szczyt możliwości ani marzeń, bo czułam, że stać mnie na więcej. Ale jednocześnie dobrze wiedziałam, że tu nie będzie peaku formy. Majowe starty mogły zmęczyć mój organizm, ale to są tylko informacje. Im szybciej je przetworzymy, tym lepiej będzie wyglądać następna część sezonu – powiedziała Andrejczyk, po czym dodała: – Staram się nie dramatyzować. Im mniej emocji będzie w czystej analizie występu, tym lepiej będę startować. Emocje to reakcja chemiczna, podwyższony kortyzol który wpływa na ocenę, hormony się wylewają. Staram się więc podchodzić do tego jak najspokojniej.

Czy wspomniany przez nią spokój poskutkuje tym, że jak podczas poprzednich dwóch igrzysk olimpijskich, w Paryżu zobaczymy Polkę walczącą o medale? Biorąc pod uwagę jej dzisiejszą dyspozycję, to wcale nie jest takie pewne.

Ale przecież czy nie tak samo powtarzało się za każdym razem, kiedy po nieudanym sezonie Guillermo Ochoa wskakiwał do bramki Meksyku?

Czytaj też:

 

Pierwszy raz na stadionie żużlowym pojawił się w 1994 roku, wskutek czego do dziś jest uzależniony od słuchania ryku silnika i wdychania spalin. Jako dzieciak wstawał na walki Andrzeja Gołoty, stąd w boksie uwielbia wagę ciężką, choć sam należy do lekkopółśmiesznej. W zimie niezmiennie od czasów małyszomanii śledzi zmagania skoczków, a kiedy patrzy na dzisiejsze mamuty, tęskni za Harrachovem. Od Sydney 2000 oglądał każde igrzyska – letnie i zimowe. Bo najbardziej lubi obserwować rywalizację samą w sobie, niezależnie od dyscypliny. Dlatego, pomimo że Ekstraklasa i Premier League mają stałe miejsce w jego sercu, na Weszło pracuje w dziale Innych Sportów. Na komputerze ma zainstalowaną tylko jedną grę. I jest to Heroes III.

Rozwiń

Najnowsze

Lekkoatletyka

Ekstraklasa

Zbyt nieśmiali, żeby świętować. GKS Katowice wita Ekstraklasę porażką

Szymon Janczyk
10
Zbyt nieśmiali, żeby świętować. GKS Katowice wita Ekstraklasę porażką

Komentarze

9 komentarzy

Loading...