Reklama

Kariera usłana finałami. Triumfy (i rozczarowania) Carlo Ancelottiego

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

01 czerwca 2024, 11:10 • 16 min czytania 14 komentarzy

Carlo Ancelotti staje dziś przed szansą na siódmy triumf w Pucharze Mistrzów. Dwa sukcesy w najważniejszych rozgrywkach klubowych Starego Kontynentu zgarnął jeszcze jako zawodnik, cztery kolejne wywalczył już jako szkoleniowiec. Nie ma wątpliwości, że Champions League to ulubione rozgrywki „Don Carlo”. Dlatego przed dzisiejszym starciem Realu Madryt z Borussią Dortmund na Wembley postanowiliśmy spojrzeć na bogatą karierę trenera „Królewskich” właśnie przez pryzmat jego wzlotów i upadków na arenie międzynarodowej.

Kariera usłana finałami. Triumfy (i rozczarowania) Carlo Ancelottiego

Osiem finałów, sześć triumfów. Trzeba przyznać, że jest to cholernie imponujący bilans.

Przeklęta kontuzja (Puchar Europy 1983/84)

W latach 80. Carlo Ancelotti – wtedy jeszcze będący bocznym lub środkowym pomocnikiem – całkiem imponująco sobie poczynał w barwach Romy. Przede wszystkim, udało mu się sięgnąć z rzymską ekipą po upragnione scudetto w sezonie 1982/83, a także czterokrotnie zwyciężyć z nią w Coppa Italia. Natomiast w 1984 roku „Giallorossi” byli bardzo blisko sukcesu w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych na Starym Kontynencie. Podopieczni Nilsa Liedholma dotarli bowiem do finału Pucharu Europy, gdzie zmierzyli się z Liverpoolem, kolekcjonującym w tamtym okresie międzynarodowe skalpy. Roma nie była jednak bynajmniej bez szans w konfrontacji z Brytyjczykami. Wystarczy spojrzeć na to, jakich gigantów światowego futbolu miał wówczas do dyspozycji trener Liedholm. Na Stadio Olimpico występowali w tamtym okresie między innymi Paulo Roberto Falcão, Toninho Cerezo, Bruno Conti, Roberto Pruzzo czy Agostino Di Bartolomei.

Inna sprawa, że szwedzki szkoleniowiec – człowiek przesądny aż do szaleństwa – był święcie przekonany, że jego drużyna sukcesy zawdzięcza… wróżbom, a nie talentowi poszczególnych piłkarzy. Trener okazywał wielki, wewnętrzny spokój opowiadał Carlo Ancelotti w książce „Nienasycony zwycięzca”. – To było naprawdę imponujące. Myśl, że moglibyśmy go stracić, napawała nas przerażeniem. Największe ryzyko wiązało się z meczami wyjazdowymi w Mediolanie. Pociąg odjeżdżał z rzymskiego dworca Termini o północy. Dla niego – to było za późno. W związku z tym, o dziesiątej wieczorem kazał się odwozić samochodem na stację Roma Tiburtina. Wsiadał do pustej kuszetki, mościł sobie wygodne gniazdko i szedł spać. O jedenastej trzydzieści wagon sypialny podłączano do składu, który wjeżdżał na dworzec główny. Tam czekaliśmy my wszyscy, gotowi ruszyć w podróż pełną nadziei. Nadziei na to, że Liedholm jednak z nami jedzie, że jego kuszetka nie została podpięta do innego pociągu, zdążającego na przykład do Amsterdamu. Za każdym razem była to loteria.

Był liderem prawdziwej bandy, to znaczy naszym. „Roma, capoccia der monno infame”, co w rzymskim dialekcie oznacza: “Rzym, światowa stolica złoczyńców”. On był tam „Baronem”, jak go powszechnie nazywano, czyli naszym cesarzem i przewodnikiemdodał Carletto. Z kolei sam Nils Liedholm mówił w rozmowie z „Corriere dello Sport”: – Z Milanem wygrałem cztery mistrzostwa jako piłkarz i jako trener. Byłem pewien, że nic piękniejszego mnie już nie spotka. Ale ten tytuł z Romą… Wywalczenie go przyszło mi najtrudniej, a zatem wspomnienie tego sukcesu jest dla mnie najsłodsze.

Reklama

„Liedholm miał tak wielką pewność co do własnej siły i władzy, że nie obawiał się dzielić odpowiedzialnością z piłkarzami. Nie był bezwzględny, jeśli chodzi o realizowanie taktyki. Dawał wskazówki, ale pozostawiał piłkarzom przestrzeń. Był cichym, silnym liderem”

Carlo Ancelotti

„Banda”. To trafne określenie dla tamtej ekipy – zgranej, ale i groźnej.

– Początkowo nie potrafiłem zrozumieć podejścia zawodników Romy – przyznał Pietro Vierchowood, który grał w Romie w sezonie 1982/83. – Pamiętam moją pierwszą wizytę w ośrodku treningowym. Wszyscy piłkarze siedzieli akurat przy stole. Jedli pizzę i kiełbaski. Nie potrafiłem uwierzyć własnym oczom. Pruzzo powiedział mi wtedy: „w Romie możesz prowadzić się jak chcesz. Ważne jest to, co pokazujesz w niedzielę. Jeśli dasz ciała, poniesiesz konsekwencje. Resztę zasad ustalasz sobie sam”. […] Trener Liedholm rzeczywiście był przesądnym człowiekiem. W kieszeniach miał zawsze sporą porcję soli, nosił też przy sobie rozmaite amulety i wisiorki, które wykonywali dla niego jacyś dziwni guślarze. Muszę przyznać, że zafascynował mnie tymi swoimi surrealistycznymi opowieściami. Pamiętam, jak przed jednym z meczów wziąłem swoją koszulkę ze stosu, który przyniesiono nam do szatni. „Baron” się wściekł, bo jego rytuał przedmeczowy wymagał, by to on każdemu zawodnikowi wręczył koszulkę osobiście. Spojrzał na mnie spode łba i powiedział: „jeśli przegramy, będzie to twoja wina”.

Wszystkie te sztuczki nie pomogły jednak ostatecznie rzymianom w starciu z ekipą „The Reds”.

Liverpool zatriumfował w finale Pucharu Europy po serii rzutów karnych – na dodatek wszystko działo się na Stadio Olimpico – a zdruzgotany Carlo Ancelotti obserwował spotkanie z boku. Kontuzja wykluczała go bowiem z gry w końcowej fazie sezonu 1983/84. Zresztą urazy prześladowały Włocha przez całą jego karierę, aż w końcu uniemożliwiły mu dalszą rywalizację na najwyższym poziomie. Nie przez przypadek „Carletto” zakończył karierę już jako 33-latek.

Reklama

Pupilek Sacchiego (Puchar Europy 1988/89 i 1989/90)

Ancelotti nie odwiesił jednak butów na kołku jako piłkarz Romy, lecz w barwach Milanu.

Przeniósł się na San Siro w 1987 roku i bez wątpienia była to jedna z najlepszych decyzji w jego życiu. Ekipa „Rossonerich” – z finansowym turbodoładowaniem, jakie zapewnił jej Silvio Berlusconi – podbiła bowiem Stary Kontynent pod wodzą Arrigo Sacchiego, a Ancelotti szybko wyrósł na jednego z ulubieńców charyzmatycznego szkoleniowca. Mimo że kolejne urazy wydatnie ograniczyły jego możliwości motoryczne, Sacchi niezmiennie starał się znaleźć dla niego miejsce w wyjściowym składzie. Mało tego, trener Milanu powierzył Ancelottiemu kluczową rolę w środkowej strefie boiska. Oczywiście uwaga publiczności skupiała się przede wszystkim na legendarnym holenderskim tercecie gwiazd, na czele z Marco van Bastenem, ale Sacchi widział kluczowy element swej taktycznej układanki właśnie w Ancelottim.

Arrigo Sacchi sfałszował wyniki moich testów sprawnościowych, zwłaszcza moje czasy w sprincie na trzydzieści metrów. Nie chciał, żebym wiedział, jak słabo wypadłem – przyznał „Carletto” w swojej autobiografii. – Na swój sposób usiłował podbudować moje morale. Ujmijmy to tak: w wyścigu pokonałby mnie pewnie betonowy słup. Gdybym startował w dwuosobowym sprincie, dobiegłbym pewnie na odległym trzecim miejscu.

Co oczywiście nie oznacza, że pozwalał swemu pupilkowi na wszystko.

„Pamiętam, że w jednym z meczów Pucharu Europy dostałem żółtą kartkę za dyskusję z sędzią. Sacchi wlepił mi 40 tysięcy dolarów kary”

Carlo Ancelotti

W Pucharze Europy mediolańczycy dwa razy z rzędu zademonstrowali swą potęgę. W 1989 roku rozbili w finale Steauę Bukareszt 4:0, a wcześniej – w drugim spotkaniu półfinałowym – zdemolowali 5:0 Real Madryt. W decydującym starciu kolejnej odsłony rozgrywek „Rossoneri” okazali się zaś lepsi od Benfiki.

Jako się jednak rzekło, problemy zdrowotne coraz mocniej dawały się Ancelottiemu we znaki. Dopóki szkoleniowcem Milanu pozostawał Sacchi, „Carletto” był niejako pod ochroną, ale gdy na ławce trenerskiej wylądował Fabio Capello, powolny i obolały pomocnik szybko zdał sobie sprawę, że jego czas na San Siro dobiegł końca. – W życiu czasami spotyka się kogoś, kogo się po prostu nie lubi. Fabio Capello i mnie dzieliła, i dzieli, różnica osobowości – wspominał Ancelotti na kartach „Nienasyconego zwycięzcy”. – Problem polega na tym, że bardzo trudno oddzielić stosunki zawodowe od ludzkich. Nie można oczekiwać od zawodnika, który wylądował na ławce, że będzie pałał wielką sympatią do swojego trenera. Taka relacja nie ma prawa się rozwinąć, to nieuniknione. Nam się właśnie coś takiego przydarzyło. W drużynie pojawił się młody piłkarz, z którym wiązano wielkie nadzieje. Demetrio Albertini zyskał znacznie szersze możliwości niż ja. Miałem wrażenie, że gram w Monopol: idziesz z boiska na trybuny, nie przechodzisz przez „start”. Bez zatrzymywania się na ławce.

Mistrzowski gambit Fabio Capello. Historia niezwyciężonego Milanu

– Jako piłkarz zdobyłem wszystko, co zamierzałem zdobyć – podsumował „Carletto”. – Jako przyszły trener musiałem tylko zacząć naśladować moich dwóch mentorów: Liedholma i Sacchiego. Reprezentowali dwa zupełnie różne sposoby myślenia, a mimo to byli dwoma gwiazdami jednej konstelacji – mojej konstelacji, ponieważ miałem szczęście spotkać ich na mej drodze. Jeden spokojny, drugi nerwowy. Jeden ze Szwecji, drugi z Romanii. Pierwszy spał nawet w pociągu, drugi krzyczał przez sen. Liedholm wolał śnieg, Sacchi chętniej spędzał czas na plaży. Poznałem ich jako dwie skrajności, lecz obaj nauczyli mnie, jak się wygrywa. Wystarczyło zaczerpnąć trochę od jednego, trochę od drugiego i doprawić szczyptą Capello, aby czekało mnie życie usłane różami. Nie martwiłem się; raczej byłem ciekawy, co będzie dalej. Kończyłem właśnie moje pierwsze życie i zaczynałem drugie, a przecież nie miałem nawet czasu, żeby odpocząć. Nie licząc może prezesa, zostawałem swoim własnym szefem. Co więcej, gdybym zjadł dodatkową miskę tortellini, albo nawet i trzy, nikt by się mnie nie czepiał.

Zemsta (Liga Mistrzów 2002/03)

W 2003 roku Ancelotti po raz pierwszy zatriumfował zaś w najważniejszych rozgrywkach Starego Kontynentu jako szkoleniowiec. Wprawdzie po jednym z najnudniejszych finałów w historii Champions League, ale wątpliwie, by dla „Carletto” miało to jakiekolwiek znaczenie. Dla niego liczyło się tylko jedno – zemsta.

Zemsta na Juventusie, w którym Ancelotti pracował w latach 1999-2001. To bez wątpienia najmniej imponująca karta w całej jego trenerskiej karierze. Choć Włoch w ekipie „Starej Damy” dostał do dyspozycji gwiazdorski skład, na czele z Zinedinem Zidanem, to kompletnie nie przełożyło się to na sukcesy klubu. Podopieczni Ancelottiego dwa razy wypuścili bowiem z rąk mistrzowski tytuł na ostatniej prostej ligowych zmagań, a w Lidze Mistrzów po prostu się kompromitowali. Jak gdyby tego wszystkiego było mało, turyńska publiczność darzyła Ancelottiego szczerą nienawiścią, która tylko się pogłębiała wraz z kolejnymi wpadkami Juve. Niektórzy fani „Starej Damy” zupełnie na poważnie zastanawiali się, czy Ancelotti nie jest aby mediolańsko-rzymskim agentem, zainstalowanym na ławce trenerskiej ich klubu.

„Juventus to było dla mnie całkiem nowe otoczenie. Zupełnie odmienne od tego, co znałem. Nigdy nie poczułem się tam naprawdę komfortowo. Byłem trybikiem w maszynie – jednym z wielu pracowników wielkiej korporacji. Szukasz uczuć? Poszukaj ich gdzie indziej”

Carlo Ancelotti

„Gruba świnia nie potrafi trenować” – w taki sposób widownia na Stadio delle Alpi „pozdrawiała” na ogół włoskiego szkoleniowca. W mediach przedstawiano go zaś często jako – co tu kryć – nieudacznika, który może i ma ciekawe pomysły taktyczne, ale nie potrafi udźwignąć presji związanej z walką o tytuły.

Biorąc to wszystko pod uwagę, triumf w finale Ligi Mistrzów w 2003 roku był dla Ancelottiego prawdopodobnie najważniejszym sukcesem w całej jego karierze. To właśnie wtedy Włoch udowodnił, że również jako szkoleniowiec jest czempionem z prawdziwego zdarzenia. 28 maja 2003 roku na Old Trafford Ancelotti wkroczył na ścieżkę wielkich zwycięstw i tak naprawdę maszeruje nią aż do dziś, mimo że od tego triumfu minęły już przeszło dwie dekady.

Po niepowodzeniu w Juventusie, „Carletto” przeprowadził się do Milanu i nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Wyciągnął „Rossonerich” z dołka, po czym w ekspresowym tempie wspiął się z nimi na europejski szczyt. – Na kilka dni przed meczem zamiast tradycyjnej odprawy taktycznej zorganizowałem swego rodzaju forum dyskusyjne – wspominał Włoch. – Wyświetliłem zawodnikom scenę z filmu „Męska gra”, w której Al Pacino w roli trenera drużyny futbolu amerykańskiego tuż przed decydującym spotkaniem wygłasza niesamowite przemówienie: „Jak zapewne wiecie, w życiu liczy się każdy szczegół. Tak samo jest z futbolem. W obu tych grach – i w życiu, i w futbolu – margines błędu jest bardzo mały. Albo wygramy tę walkę jako zespół, albo umrzemy osobno jako jednostki”. Podczas oglądania tej sceny człowiekowi dosłownie przechodzą ciarki po plecach. Ostatniego wieczoru przed meczem postanowiłem pójść o krok dalej. Przygotowałem film pokazujący każdy kolejny krok na naszej drodze do Manchesteru. Wszystko się w nim znalazło: muzyka, chwile uniesienia, gole. Film pokazywał nas jako drużynę zmierzającą ku niebiosom. Na koniec zapaliłem światła i ograniczyłem się do krótkiego stwierdzenia: „Teraz potrzeba nam już tylko jednego”.

Filmowe inspiracje zdały egzamin. Milan pokonał Juve w konkursie jedenastek, a Ancelotti wdarł się do ścisłego grona najlepszych managerów w Europie.

Klęska (Liga Mistrzów 2004/05)

Z drugiej jednak strony, już dwa lata później drużyna dowodzona przez „Carletto” ponownie zanotowała niewyobrażalne potknięcie na kilka metrów przed metą. Kiedy 25 maja 2005 roku Milan kończył pierwszą połowę finałowego starcia w Champions League z Liverpoolem z trzema bramkami przewagi, wydawało się oczywiste, że „Rossoneri” mają już puchar w kieszeni. Co się jednak wydarzyło później, na pewno wszyscy doskonale pamiętacie.

Spektakularny comeback „The Reds”, „Dudek Dance” w rzutach karnych.

Milan znalazł się na kolanach.

Marne to pocieszenie dla Ancelottiego, że stał się częścią jednego z najpiękniejszych widowisk w całych dziejach europejskiej piłki, skoro Włoch znalazł się tym starciu po niewłaściwej stronie barykady. W obozie przegranych. Stał na czele grupy głupców, którzy za szybko uwierzyli, że mają rywala na deskach.

„Nigdy nie obejrzałem tego meczu ponownie i nie mam zamiaru tego robić. Nie dlatego, że byłoby to bolesne doświadczenie. Po prostu nie widzę w tym większego sensu. Nie czuję potrzeby oglądania spotkania raz jeszcze”

Carlo Ancelotti

Ludzie często mnie pytają, co sobie myślałem, gdy Liverpool podnosił głowę – opowiadał Ancelotti w cytowanej już książce „Nienasycony zwycięzca”. – Odpowiedź jest prosta: nic. Zero. Miałem w głowie kompletną pustkę, próżnię jak w przestrzeni kosmicznej. Robiłem, co mogłem, żeby się skupić, skoncentrować. Dotrwaliśmy do dogrywki i wreszcie zaczęliśmy grać, jak należy. Wróciliśmy do gry jako zespół, którym się czuliśmy – jako zespół ciągle zdolny pokonać Liverpool. Miałem wtedy jeszcze nadzieję, że ostatecznie wyjdziemy z tej opresji obronną ręką. Aż do ostatniej minuty, w której Dudek w niewiarygodny sposób obronił strzał Szewczenki. […] W tym momencie, dopiero wtedy, zacząłem widzieć duchy. Dopiero wtedy. Mój mózg znowu zaczął funkcjonować, wreszcie udało mi się sklecić jakąś spójną myśl: „źle to zaczyna wyglądać”. Tymczasem dogrywka się skończyła. Czekały nas rzuty karne. Spojrzałem moim zawodnikom w oczy i zrozumiałem, że coś poszło nie tak. Za dużo myśleli, a to nie pomaga, gdy za chwilę trzeba wykonać jedenastkę. W tej chwili byłem niemal pewien, że jest po nas.

Po meczu „Carletto” próbował podtrzymywać swoich graczy na duchu. Mówił im, że to oni zasłużyli na zwycięstwo, że czekają ich jeszcze kolejne okazje do zdobycia Pucharu Mistrzów. W tamtym momencie nie wierzył w to jednak nawet on sam, a co tu dopiero mówić o jego załamanych podopiecznych. Jak się jednak okazało – Ancelotti nie kłamał. Wkrótce przed Milanem rzeczywiście pojawiła się kolejna szansa na wygraną w Champions League.

Wielki rewanż (Liga Mistrzów 2006/07)

O tej szansie opowiadaliśmy na Weszło tak: AC Milan w sezonie 2006/07 długo sprawiał wrażenie zespołu podupadłego. Rozczarowywał zarówno wynikami, jak i stylem gry. Wyglądał właściwie na zlepek mocno zdziadziałych gwiazdorów z wypalonym trenerem u steru. Utrzymywany przy życiu wyłącznie przez heroiczne wyczyny rewelacyjnie dysponowanego, lecz na ogół osamotnionego Kaki. W trakcie rundy jesiennej chyba nawet najbardziej optymistycznie usposobiony kibic Rossonerich nie mógł przypuszczać, że ekipa dowodzona przez Carlo Ancelottiego zakończy sezon na europejskim tronie. A jednak Milan na ten tron w 2007 roku rzeczywiście powrócił. I to za sprawą napastnika, który przez cały sezon zawodził i irytował swoją postawą zdecydowanie najmocniej: Filippo Inzaghiego.

Po Stambule nie wierzyłem, że będzie mi jeszcze dane zagrać w finale Ligi Mistrzów – przyznał Paolo Maldini, który w 2007 roku miał aż 39 lat na karku. – Mój występ w Atenach przeciwko Liverpoolowi wiązał się ze sporym ryzykiem. Wystarczy, że wam powiem, że już dwa dni po finale poleciałem do Belgii, gdzie przeszedłem operację kolana. Po wszystkim nie pamiętałem, czy my w zasadzie wygraliśmy finał, czy znowu się nie udało! Zrobiłem absolutnie wszystko, by zagrać przeciwko Liverpoolowi. To był tak naprawdę koniec mojej kariery. Ostatni wielki mecz.

AC Milan 2006/07 – życiówka Kaki, demolka United i odkupienie w Atenach

Przed starciem w Atenach szkoleniowiec „Rossonerich” miał tak naprawdę tylko jedną zagwozdkę do rozwikłania. Kogo ustawić na szpicy – solidnego przez cały sezon Alberto Gilardino, czy doświadczonego Filippo Inzaghiego, od wielu miesięcy będącego grubo pod formą?

Silvio Berlusconi expressis verbis sugerował, że jego zdaniem „SuperPippo” powinien otrzymać najwyżej rolę jokera. Dyrektor Adriano Galliani był mniej bezpośredni, ale on również wysyłał sygnały, że umieszczenie Inzaghiego w wyjściowej jedenastce to jego zdaniem fatalny pomysł. Nawet niektórzy z bardziej doświadczonych piłkarzy próbowali sondować sytuację i sugerować trenerowi między wierszami, że Gilardino bardziej przyda się drużynie od pierwszych minut. Ancelotti pozostał jednak głuchy na tego rodzaju sugestie. Dobrze pamiętał, że „Pippo” z powodu kontuzji nie mógł wystąpić przeciwko Liverpoolowi w Stambule. Pamiętał, jak się skończył tamten finał. Doszedł do wniosku, że nieobecność Włocha może znów sprowadzić na Milan pecha.

Postawił więc na weterana. I nie rozczarował się. Inzaghi dwukrotnie trafił do siatki, a „Rossoneri” pomścili Stambuł.

W końcówce Liverpool zdobył gola kontaktowego. Gracze Milanu przeżyli wówczas chwile grozy. – Przez chwilę pomyślałem: „Boże, nie. Tylko nie to. To nie może się znowu wydarzyć!” – wspominał Kaka. Ale tym razem „Rossoneri” zdołali dowieźć prowadzenie, a Brazylijczyk otrzymał w 2007 roku Złotą Piłkę.

La Decima (Liga Mistrzów 2013/14)

Trzeba oddać Jose Mourinho, że to za jego kadencji Real Madryt powrócił do wielkiej gry na arenie europejskiej po latach rozczarowujących porażek w 1/8 finału Champions League. Portugalczykowi nie udało się jednak postawić z „Królewskimi” kropki nad i. Jego zawodnicy trzy razy z rzędu zakończyli zmagania w Lidze Mistrzów na etapie półfinału, pokonywani kolejno przez Barcelonę, Bayern Monachium i Borussię Dortmund. No a wiadomo, jak to jest w przypadku Mourinho – jeżeli sukces nie przyjdzie szybko, to oznacza, że nie przyjdzie wcale, ponieważ „The Special One” nie należy do trenerów-długodystansowców.

Nie inaczej było w Realu.

Gdy działacze „Królewskich” żegnali Portugalczyka w sezonie 2012/13, zespół wciąż był piekielnie mocny, ale pogrążony w rozmaitych konfliktach. Real potrzebował zatem resetu – przede wszystkim jeśli chodzi o atmosferę otaczającą wówczas klub. No i Carlo Ancelotti ten niezbędny reset madryckiej drużynie zapewnił. A przy okazji powiódł ją do dziesiątego triumfu w Champions League, na który „Królewscy” czekali przecież z utęsknieniem od 2002 roku.

W finałowym starciu z Atletico Madryt pachniało jednak wielkim rozczarowaniem. „Królewscy” długo przegrywali bowiem z lokalnymi rywalami po fatalnym błędzie Ikera Casillasa przy stałym fragmencie gry. No ale od czego Real miał w swoich szeregach Sergio Ramosa? Hiszpan w doliczonym czasie gry zapisał na swoim koncie wyrównujące trafienie, a w dogrywce „Los Blancos” wypunktowali już bez trudności słaniających się na nogach „Los Colchoneros”.

Pierwsza kadencja Ancelottiego w Madrycie nie była pasmem samych sukcesów. Ekipa dowodzona przez Włocha rozczarowywała przede wszystkim na krajowym podwórku, nie sięgając ani razu po mistrzostwo Hiszpanii. Ale finałowy triumf wyszarpany z gardła Atletico to być może najważniejszy wieczór w najnowszej historii Realu. – Naszym przeznaczeniem jest walczyć , ale przeznaczeniem Realu jest zwyciężać – przyznał po końcowym gwizdku Tiago, pomocnik „Los Colchoneros”.

Powrót z niebytu (Liga Mistrzów 2021/22)

Jeszcze kilka lat temu mogło się wydawać, że trenerska kariera Carlo Ancelottiego na najwyższym poziomie nieubłaganie dobiega końca. W 2017 roku Włoch został zwolniony z Bayernu Monachium, gdzie jego metody treningowe nie przypadły do gustu największym gwiazdorom klubu. Co było dość zaskakujące, ponieważ „Carletto” słynął przecież z budowania znakomitych relacji z zawodnikami. Później Ancelotti w nie najlepszej atmosferze żegnał się także z Napoli. W 2019 roku wylądował zaś w Evertonie, z którym niczego wyjątkowo nie osiągnął. Co tu dużo gadać – popadał w przeciętność. Dlatego gdy w czerwcu 2021 roku Real Madryt ogłosił, że Ancelotti ponownie zasiądzie na ławce trenerskiej na Estadio Santiago Bernabéu, trochę się nawet z „Królewskich” naśmiewano.

No bo jak to tak, potężni „Los Blancos” wyciągają szkoleniowca ze średniaka angielskiej ekstraklasy?

Ancelotti prędko przypomniał jednak niedowiarkom, że został stworzony do wielkich futbolowych wyzwań. Do rozgrywania wielkich meczów i prowadzenia wielkich zawodników. I dziś można się nawet zastanawiać, czy jego drugie podejście do pracy w Realu nie jest przypadkiem najbardziej udaną trenerską przygodą w całej karierze Włocha. Po powrocie do stolicy Hiszpanii „Carletto” sięgnął już bowiem z Realem po dwa tytuły mistrzowskie, Puchar Króla, a dzisiaj może przypieczętować kolejny triumf w Champions League. Druga wygrana „Królewskich” w Lidze Mistrzów pod jego wodzą przypadła natomiast na sezon 2021/22. Real – z szalejącym Karimem Benzemą na czele – w niebywałych okolicznościach rzucił wówczas na kolana Paris Saint-Germain, Chelsea oraz Manchester City.

W finale turnieju madrytczycy uporali się zaś z Liverpoolem.

Czy Ancelotti dołoży dziś do swojego bogatego dorobku kolejny sukces w Lidze Mistrzów? Wiele na to wskazuje, ale nawet i bez tego Włocha już teraz można nazywać królem tych rozgrywek. Ostatnio „Carletto” zadeklarował zresztą, że ma zamiar przejść na emeryturę jako szkoleniowiec Realu. Nie precyzował, kiedy do tego dojdzie, ale jedno jest pewne – „Don Carlo” odejdzie jako jeden z najwybitniejszych szkoleniowców w całej historii futbolu.

Czas na TOP10! Ranking najlepszych trenerów w historii futbolu (część 3.)

WSZYSTKIE SUKCESY CARLO ANCELOTTIEGO (PIŁKARZA I TRENERA):

  • Puchar Europy / Liga Mistrzów – 6 (1989, 1990, 2003, 2007, 2014, 2022)
  • Puchar Interkontynentalny / KMŚ – 4 (1989, 2007, 2014, 2022)
  • Superpuchar Europy – 5 (1989, 2003, 2007, 2014, 2022)
  • mistrzostwo Włoch – 4 (1983, 1988, 1992, 2004)
  • mistrzostwo Hiszpanii – 2 (2022, 2024)
  • mistrzostwo Anglii – 1 (2010)
  • mistrzostwo Francji – 1 (2013)
  • mistrzostwo Niemiec – 1 (2017)
  • Puchar Włoch – 5 (1980, 1981, 1984, 1986, 2003)
  • Puchar Króla – 2 (2014, 2023)
  • Puchar Anglii – 1 (2010)
  • Superpuchar Włoch – 2 (1988, 2004)
  • Superpuchar Hiszpanii – 2 (2014, 2023)
  • Superpuchar Niemiec – 2 (2016, 2017)
  • Tarcza Dobroczynności – 1 (2009)
  • Puchar Intertoto – 1 (1999)

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Igrzyska

Amerykanie postawili się kadrze Grbicia. Wilfredo Leon: „Spokojnie. Na igrzyskach będzie dobrze””

Jakub Radomski
1
Amerykanie postawili się kadrze Grbicia. Wilfredo Leon: „Spokojnie. Na igrzyskach będzie dobrze””

Liga Mistrzów

Igrzyska

Amerykanie postawili się kadrze Grbicia. Wilfredo Leon: „Spokojnie. Na igrzyskach będzie dobrze””

Jakub Radomski
1
Amerykanie postawili się kadrze Grbicia. Wilfredo Leon: „Spokojnie. Na igrzyskach będzie dobrze””

Komentarze

14 komentarzy

Loading...