Reklama

„Byłam grubym dzieckiem, często chorowałam”. O Qinwen Zheng, finalistce Australian Open

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

26 stycznia 2024, 21:30 • 13 min czytania 5 komentarzy

Jako mała dziewczynka płakała, gdy rodzice zostawili ją w akademii tenisowej daleko od domu. Rozumiała jednak, że chcieli dla niej jak najlepiej. A i ona miała nadzieję pójść w ślady Li Na, jedynej chińskiej mistrzyni wielkoszlemowej. Jakiś czas temu mówiła, że sama sobie w tym nie pomagała, nakładając za dużą presję na wszystko, co robiła. Teraz jest już spokojniejsza. Teraz jest lepsza. Teraz jest finalistką wielkoszlemową. I jutro rano postara się pokonać Arynę Sabalenkę w meczu o najważniejsze trofeum w karierze. Przed wami Qinwen Zheng.

„Byłam grubym dzieckiem, często chorowałam”. O Qinwen Zheng, finalistce Australian Open

Pierwsza z miliarda

W chińskim tenisie wszystko, co najlepsze, zaczyna się od Li Na. Jeśli dziś w najlepszej „100” rankingu jest siedem zawodniczek z Państwa Środka, to co najmniej pięć z nich śmiało można uznać za zainspirowane sukcesami swojej wielkiej poprzedniczki. To pokolenie wychowane na wielkoszlemowych triumfach Na. To pokolenie, które uznaje ją za swą idolkę. To pokolenie, do którego należy i Qinwen Zheng, od poniedziałku co najmniej 7. tenisistka świata.

Owszem, były – nawet wcześniej – tenisistki takie jak Yan Zi i Zheng Jie, które wspólnie wygrały Australian Open i Wimbledon w deblu, ale to jednak gra podwójna, która nie rozpala tak wyobraźni młodych osób. Dlatego ich sukcesy, czy późniejsze Peng Shuai (wygrany Wimbledon oraz Roland Garros w parze z dobrze nam już znaną Su-Wei Hsieh), Zhang Shuai (Australian i US Open wraz z Sam Stosur), a także najnowszy, ubiegłoroczny Wang Xinyu (Roland Garros razem z… Su-Wei Hsieh) nie przenikały do zbiorowej, chińskiej świadomości w tym samym stopniu.

Inna sprawa, co warto podkreślić, że Wang Xinyu to tenisistka młodziutka, należąca właśnie do pokolenia zainspirowanego przez Li Na.

Reklama

To ona jako pierwsza wygrała turniej wielkoszlemowy w singlu. Dla kobiety z Azji to niewiarygodna rzecz. Dała tym mnóstwo nadziei dzieciom, w tym mnie. Dzięki niej to moje marzenie, odkąd gram w tenisa – mówiła Qinwen Zheng. Pierwszy tytuł Li to rok 2011, Roland Garros. Trzy lata później – 10 lat i dwa dni przed tym, jak będzie to mogła zrobić jej rodaczka – Na wygrała też Australian Open.

SPRAWDŹ: PROMOCJA W FUKSIARZ.PL DLA NOWYCH GRACZY. 100% BEZ RYZYKA DO 300 ZŁ

Bywała tam już wcześniej w finałach, na przykład w 2011 roku, gdy ograła ją Kim Clijsters, zresztą po świetnym meczu. Kilka miesięcy później Na i tak ugrała swoje, pokonując Franciscę Schiavone w Paryżu. Stała się wówczas bohaterką Chin, choć kontrowersyjną. Kilka lat wcześniej „odczepiła” się bowiem od tamtejszej federacji, nie chciała kontynuować pracy w ramach chińskiego systemu, postanowiła trenować na swoim: dobrać sobie team, zachowywać większość wygranych, po prostu mieć wolność. I wymogła to na władzach chińskiego tenisa, które w pewnym momencie chyba zrozumiały, że lepiej jej po prostu na to pozwolić.

Opłaciło się. Jako 29-latka Li Na wreszcie została mistrzynią wielkoszlemową.

Trzy lata później zrobiła to po raz drugi. W Australii, na najbardziej azjatyckim ze Szlemów, dostała trzecią szansę. Trzecią, bo w 2013 roku jeszcze raz była w finale, ale wtedy lepsza okazała się Wiktoria Azarenka. W 2014 nie było już nikogo, kto Li Na by pokonał. Co nie znaczy, że było lekko. W trzeciej rundzie Lucie Safarova miała nawet piłkę meczową, ale Chinka się wybroniła. Potem przeszła jak burza przez mecze z Jekateriną Makarową, Flavią Pennettą i Eugenie Bouchard. W finale też wygrała w dwóch setach, ale pierwszy był festiwalem jej niewymuszonych błędów, których popełniła aż 25. To że zdołała wygrać w tie-breaku, stanowiło podsumowanie jej siły woli.

A w drugim Dominice Cibulkovej nie zostawiła szans. Wygrała do zera.

Reklama

Wszystko to – jak i 100 milionów innych osób w Chinach – oglądała młoda Qinwen Zheng, wraz z kolegami i koleżankami z akademii. Uwieczniono to nawet fotografią, na której widać ją, zachwyconą tym, co zrobiła jej rodaczka. – Li Na zmieniła chiński tenis. Wiele osób zaczęło grać w tenis, bo ona była tak dobra – mówiła kilka lat później. Obie spotkały się zresztą niedawno, gdy Qinwen udzielała wywiadów po jednej ze swoich wygranych. Uściskały się serdecznie, a Zheng była zachwycona.

Chciała mi pogratulować. Czułam się niezwykle szczęśliwa, że mogłam ją poznać i z nią porozmawiać, bo nigdy wcześniej nie zrobiłam tego z nią twarzą w twarz. To było coś specjalnego. Wiecie co? Ona jest dużo piękniejsza na żywo, niż w telewizji. Nie mamy swoich numerów, wcześniej spotkałyśmy się tylko raz, gdy byłam juniorką, ale nie na osobności. Nie miałam wtedy okazji z nią porozmawiać, dziś zrobiłam to pierwszy raz – mówiła.

Jej rówieśniczki pewnie zareagowałyby na to podobnie. Choćby Wang Xinyu (22 lata), Wang Xiyu (22), Bai Zhuoxuan (21) i inne, które są wysoko w rankingu WTA – wszystkie w końcu wychowały się na sukcesach Li Na.

Ale to Qinwen jako pierwsza może powtórzyć jeden z dwóch najważniejszych.

„Dużo płakałam”

Kiedy Li Na wygrywała Roland Garros, Qinwen Zheng miała niespełna dziewięć lat. Triumf starszej rodaczki wymienia często jako pierwsze faktyczne tenisowe wspomnienie. Takie, które ją natchnęło. Ale na tenisa postawiła tak naprawdę już wcześniej, a jej rodzice… właśnie wtedy dowiedzieli się, co to właściwie za sport. Przed Li Na tenisem ziemnym po prostu w Chinach interesowała się garstka – jak na tamte standardy – ludzi.

W tym Qinwen, która ten sport pokochała jako siedmiolatka. Próbowała też innych, zaczynając, jak to w Chinach, od tenisa, ale stołowego. Były też badminton czy koszykówka. – Byłam grubym dzieckiem, często chorowałam. Rodzice powiedzieli mi, bym spróbowała sportów i wybrała jakiś. Próbowałam kilku, ale w końcu wybrałam tenis, bo naprawdę lubiłam rywalizację, zwłaszcza uczucie pokonania rywala – wspominała.

Szybko stała się jedną z najlepszych zawodniczek w Shiyan, rodzinnym mieście. W Chinach uznawanym za nieduże, bo liczącym zaledwie 1.1 miliona mieszkańców. Po dwóch miesiącach dobrej gry ojciec zabrał ją do Wuhan, gdzie mieszkało 10 razy więcej ludzi. Jechali tam kilka godzin, a ona była zachwycona – miała w końcu zaprezentować swoją grę dużo bardziej doświadczonym trenerom. Cieszyła się tym, aż do momentu, gdy nastąpił powrót. Czy raczej: miał nastąpić.

Dopiero wtedy ojciec powiedział jej, że on, owszem, wróci. Ale ona w Wuhan zostanie, żeby móc rozwijać swój talent. – Dużo płakałam – wspominała to po latach. Sytuacja się nieco polepszyła, gdy rodzina wynajęła mieszkanie blisko akademii, w której trenowała Qinwen, i jej dziadkowie na zmianę tam pomieszkiwali. Rodzice też zjawiali się stosunkowo często – mniej więcej co dwa tygodnie – by odwiedzić córkę. A ta raz za razem prosiła ich, by nie odjeżdżali. Zawsze musiała się z tymi odjazdami jednak godzić.

Ale ostatecznie się opłaciło. Po trzech latach w Wuhan przeniosła się do Pekinu, gdzie trenowała pod okiem Carlosa Rodrigueza, trenera, który prowadził… Li Na. – Myślę, że Carlos stworzył podstawy do tego, kim jestem teraz – mówiła w rozmowie z „New York Times” kilka lat później. Odwiedziła też akademię Nicka Bolletteriego na Florydzie, gdzie trenerzy byli nią absolutnie zachwyceni. W końcu trafiła jednak do Hiszpanii, konkretniej: Barcelony. Tam jednak nie pojechała sama, rodzice uznali, że dla wciąż młodej dziewczyny to za daleka podróż od domu. Ojciec został co prawda w kraju, ale matka ruszyła na tę przygodę wraz z Qinwen.

Carlos Rodriguez i Li Na przed Australian Open 2014. Fot. Newspix

A ta ostatnia była zachwycona. Przeprowadzka do Europy oznaczała, że zbliżyła się do najlepszych tenisistów i tenisistek. Choćby idola, Rogera Federera. – Cały czas oglądam nagrania z jego meczów. Djoković i Nadal też są niesamowici. Chcę się od nich uczyć – mówiła w tamtym okresie. Swoją drogą jeszcze rok temu przyznawała, że wstydzi się odezwać do Rafy i czeka na dobry moment, czyli taki, gdy sama stanie się rozpoznawalną tenisistką. Ten mógłby nastąpić pewnie w tym roku w Melbourne, ale Hiszpan z turnieju wycofał się jeszcze przed jego startem.

Wzrost rankingowy Zheng jest zresztą w ostatnich latach niesamowity. Gdy tenisowy tour powrócił po pandemii – a Qinwen miała niespełna 18 lat – zajmowała 630. miejsce na świecie. Żeby szybko wskoczyć wyżej, wraz z trenerem przez kilka miesięcy podróżowała po Europie samochodem i grała w małych turniejach rangi ITF. Opłaciło się, zdobyła wtedy siedem tytułów, w kolejnym sezonie zadebiutowała dzięki temu w imprezie rangi WTA w Palermo, gdzie od razu wygrała zresztą z zawodniczką z najlepszej „100” rankingu WTA – Liudmiłą Samsonową.

Rok 2020 kończyła jako 287. zawodniczka świata. 2021 na 126. miejscu. A 2022 na 28. Po Australian Open 2024 będzie co najmniej światową „7”. Od czasów Li Na – w najlepszym momencie wiceliderki rankingu – żadna Chinka nie była notowana tak wysoko.

„Popełniłam wiele błędów

Nie oznacza to, że cała jej kariera przebiegała bezproblemowo. Wiele z dużych meczów, w których wydawało się, że może wygrać, ostatecznie przegrywała. Choćby z Igą Świątek na Roland Garros 2022, gdy triumfowała w pierwszym secie, ale gładko przegrała kolejne dwa. Na konferencji prasowej mówiła potem, że to wszystko efekt… pierwszego dnia okresu.

Nie mogłam grać swojego tenisa, mój brzuch bolał mnie za bardzo. To dziewczęce sprawy. Pierwszy dzień jest dla mnie zawsze bardzo trudny, wszystko mnie boli. Nie mogłam wygrać z naturą. Czasem chciałabym być mężczyzną na korcie, by nie musieć cierpieć z powodu takich spraw – mówiła na konferencji. – Ogółem jestem jednak zadowolona ze swojego występu w turnieju. Gdyby nie ból brzucha, pewnie cieszyłabym się tym wszystkim bardziej. Mam nadzieję, że gdy znów zagram z Igą, będę w najlepszej możliwej formie.

Wypowiedzi pogratulowała jej sama Chris Evert, jedna z najlepszych zawodniczek w dziejach. – Przegrałam wiele ważnych meczów, ponieważ z powodu okresu potykałam się o własne nogi. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale żałuję, że o tym nie powiedziałam – pisała w social mediach. Qinwen zapoczątkowała zresztą większą debatę o miesiączce w sporcie, z naciskiem na tenis. A była wtedy zaledwie 74. na świecie, już miała pewien „impakt”.

Podobny chciała mieć na korcie. Przed sezonem 2023 wyznaczyła sobie jasny cel: awansować do najlepszej „10” rankingu WTA.

Na koniec sezonu uznała to z kolei… za błąd. – Nie mogłam osiągnąć tego celu. Na początku mocno w to wierzyłam, chciałam wszystkiego coraz szybciej. Ale okazało się, że chciałam za dużo, za bardzo skupiałam się na wynikach. Brakowało mi spokoju, koncentracji na procesie, na teraźniejszości. Popełniłam w tym czasie wiele błędów. Rozmyślałam o tym, co się stanie jak przegram, co się stanie, kiedy wygram. Nie skupiałam się na piłkach, grze.

W opowiedniej grze nie pomagały jej też zawirowania pod koniec sezonu. Już wcześniej zmieniła trenera. Pere Ribę – który współpracował w zeszłym roku też z Coco Gauff i pomógł jej wygrać US Open – zastąpił w jej boksie Wim Fissette, całkiem uznany szkoleniowiec. Ich współpraca wyglądała nieźle, ale po US Open Fissette niespodziewanie odszedł, by ponownie prowadzić Naomi Osakę, wracającą po ciąży, z którą współpracował już w latach 2020-22.

To bardzo wpłynęło na mnie, innych członków mojego teamu i moją rodzinę. Płakałam, gdy to usłyszałam. W naszej współpracy nie było żadnych starć, nie kłóciliśmy się. Myślę, że to niezbyt etyczne, skończyć współpracę w taki sposób. Rozumiem jego decyzję, wiem, że Osaka może mu zapewnić lepsze warunki, a z jego perspektywy to ważne, bo ma w końcu rodzinę. Rozumiem, ale to nie oznacza, że mu to wybaczę – mówiła Zheng.

Sezon Chinka dokończyła prowadzona przez Roba Brandsmę, swojego trenera przygotowania fizycznego. Podobała jej się ta współpraca, choć wiadomo było, że Brandsma w tej roli jest tylko tymczasowym rozwiązaniem. Dlatego na sezon 2024 Qinwen zatrudniła… Pere Ribę, który w międzyczasie opuścił team Coco Gauff.

Znów razem, po pewnym czasie oddzielnie. Jesteśmy gotowi na wspólną podróż i przygotowania o nowego roku – pisała Qinwen w instagramowym poście, w którym ogłaszała ponowne zatrudnienie Riby. Jeszcze przed tym jednak odniosła kilka ważnych dla siebie sukcesów. Wygrała choćby turniej w ojczyźnie, w Zhengzhou.

Gra w Chinach to spora presja. Dało się to zauważyć w finale. W pierwszym secie prowadziłam 2:0, a przegrałam 2:6. Było dużo wzlotów i upadków, ale ostatecznie wygrała. Jestem szczęśliwa, cieszyłam się tymczasem. Cieszyłam publiką, która mnie dopingowała. To było niesamowite doświadczenie, wygrać swój pierwszy tytuł rangi WTA 500 akurat w Chinach.

Teraz poziom jeszcze podskakuje – na celowniku Qinwen jest tytuł wart cztery razy więcej oczek.

Spokój i nieco szczęścia

Dziś Qinwen Zheng inaczej podchodzi do swojego rozwoju. Sukcesy w Zhengzhou, WTA Elite Trophy (tak zwanych „małych Finałach WTA”, doszła tam do meczu o tytuł) czy w igrzyskach azjatyckich – gdzie triumfowała i zapewniła sobie miejsce na igrzyskach olimpijskich w Paryżu – sprawiły, że w pełni uwierzyła w swoje możliwości.

Myślę, że zawarłam pokój sama ze sobą. Jestem w innym miejscu niż rok temu. Dużo nauczyłam się od życia. Czasem były to trudne doświadczenia, ale wszystko to sprawia, że teraz jestem w tym miejscu. Jestem wdzięczna za dobre i złe chwile. Mam dużo więcej cierpliwości, poza kortem i na nim. Teraz zawsze, gdy chcę się na czymś skupić, pytam sama siebie: „czy to pomoże ci na korcie?”. Dopiero, gdy odpowiedź brzmi „tak”, faktycznie skupiam się na tej rzeczy – opowiadała Chinka.

Takie podejście do niej pasuje. Ci, którzy ją znają, powtarzają, że na co dzień jest otwartą, uśmiechniętą osobą. Lubi karaoke – śpiewała fanom po triumfie w Zhengzhou – lubi się uczyć, choćby języków (dobrze mówi już po angielsku i hiszpańsku), lubi wyjść i coś zjeść, posłuchać dobrej muzyki (często tradycyjnej z ojczyzny, innej od zachodniej), uwielbia fotografię, dokumentuje większość chwil w swoim życiu. – To wspomnienia, które zachowam – mówiła.

Jej rodzice starają się w miarę często ją odwiedzać. Nie zawsze jest to łatwe, bo dzieli ich przecież sporo kilometrów, ale Qinwen ma już wystarczająco pieniędzy, by móc od czasu do czasu ich do siebie zaprosić. – Bez nich bym tego wszystkiego nie osiągnęła. To oni podjęli ważne dla mojej kariery decyzje. Wspierali mnie i wspierają nadal, poświęcili wiele dla mojego tenisa. Jestem szczęśliwa, gdy widzę się z nimi wszystkimi, przez lata nie spędzałam wiele czasu z rodziną – mówiła.

Właściwie wszystko układa się więc ostatnio po myśli Qinwen. Nawet… turniejowa drabinka.

Chinka na drodze do finału Australian Open nie spotkała bowiem żadnej tenisistki z najlepszej „50” rankingu WTA! Oczywiście, to nie jej wina, że te rozstawione odpadły wcześniej. Jednak to nie sytuacja, która zdarzałaby się często. Inna sprawa, że korzystny układ trzeba umieć wykorzystać, a Qinwen w pełni to zrobiła. Doszła do pierwszego wielkoszlemowego finału w karierze w bardzo dobrym stylu, grając świetny tenis.

Ten zresztą niezmiennie bardzo dobrze się ogląda. Zheng potrafi grać ofensywnie i agresywnie, ale przez ostatnie lata jej tenis stał się nieco bardziej wyważony. Chinka nauczyła się, kiedy warto przycisnąć, a kiedy utrzymać piłkę w wymianie, pozwolić rywalce na nieco więcej gry. Z Aryną Sabalenką pewnie trzeba będzie walczyć o szybszy koniec wymian, ale Zheng wydaje się jedną z niewielu tenisistek, która faktycznie może ten mocny tenis Białorusinki odeprzeć.

Owszem, to obrończyni tytułu będzie wielką faworytką i nawet zdemolowanie rywalki w jej wykonaniu nikogo nie powinno zaskoczyć. Ale Zheng ma swoje atuty. Mierzy 178 centymetrów, potrafi generować naprawdę dobre prędkości czy to serwisu czy forehandu, który w trakcie wymian jest jej główną bronią. Z całej kobiecej drabinki to Qinwen posłała do tej pory najwięcej asów – aż 48. Sabalenka, która słynie ze swojego podania, ma o połowę mniej. Serwisem – choć nie asem – Chinka skończyła zresztą choćby półfinałowe starcie.

Ich mecz może być ozdobą tego turnieju. Ale może też skończyć się szybko, jeśli Qinwen podda się presji lub po prostu zanotuje gorszy dzień. Niemniej, to zestawienie wydaje się mieć wielki potencjał na naprawdę dobre spotkanie. Na razie Chinka z tenisistkami z pierwszej „10” rankingu ma bilans 6-10. Wygrywała z Ons Jabeur (dwukrotnie), Paulą Badosą, Darią Kasatkiną, Marią Sakkari i Marketą Vondrousovą. Przegrywała za to z Sakkari (dwa razy), Igą Świątek (pięciokrotnie!), Jeleną Rybakiną, Jessicą Pegulą i, co dla nas najważniejsze, Aryną Sabalenką.

Obie spotkały się wcześniej w ćwierćfinale ubiegłorocznego US Open. Wtedy Białorusinka wygrała 6:1, 6:4. Jak będzie tym razem? Przekonamy się jutro o 9:30.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Igrzyska

Japonia niby leży polskim siatkarzom. Ale jednocześnie jest bardzo mocna

Jakub Radomski
1
Japonia niby leży polskim siatkarzom. Ale jednocześnie jest bardzo mocna

Australian Open

Polecane

Krejcikova vs Paolini, czyli finał nieoczekiwany. Nawet przez… jego uczestniczki

Sebastian Warzecha
10
Krejcikova vs Paolini, czyli finał nieoczekiwany. Nawet przez… jego uczestniczki

Komentarze

5 komentarzy

Loading...