Reklama

Trela: Gang świeżaków. Dlaczego to była dobra runda ekstraklasowej piłki

Michał Trela

Autor:Michał Trela

13 grudnia 2023, 09:21 • 10 min czytania 3 komentarze

Ponad połowa trenerów pracujących obecnie w Ekstraklasie nigdy wcześniej nie prowadziła w niej żadnego klubu. Nie wiem, czy nowicjusze podnieśli poziom ligi, ale na pewno sprawili, że pojawiło się w niej więcej drużyn wyrazistych, rozpoznawalnych, nie do pomylenia z żadną inną. A to powodowało, że w kończącej się rundzie często zderzały się ze sobą nie tylko drużyny, lecz także zupełnie inne pomysły na to, jak powinien wyglądać futbol.

Trela: Gang świeżaków. Dlaczego to była dobra runda ekstraklasowej piłki

„Kiedy byłem małym chłopcem, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: najważniejsze, co się czuje, słuchaj zawsze głosu serca. Kiedy byłem dużym chłopcem, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: głosem serca się nie kieruj, tylko forsa ważna w życiu jest”. Wersy ze słynnej piosenki „Breakoutu” sprzed ponad pół wieku dość trafnie wyjaśniają, dlaczego fani Ekstraklasy, niezwiązani emocjonalnie z żadnym klubem, mogą być raczej zadowoleni po kończącej się jesieni. Zbyt wcześnie, by osądzać, czy wraz z falą młodych trenerów, którzy pojawili się w ostatnim czasie w lidze, jej poziom się podniósł. Zwiększyło się natomiast grono drużyn prowadzonych przez fachowców, dla których uniknięcie zwolnienia nie jest głównym motorem działań.

Dziesięciu trenerów zatrudnionych w Ekstraklasie jest aktualnie w trakcie swojej debiutanckiej przygody w tej lidze. Kolejnych trzech prowadzi swoje drugie kluby na tym poziomie. To oznacza, że ledwie w mniej niż jednej trzeciej klubów na stanowiskach są trenerzy z tzw. karuzeli. Doświadczeni fachowcy, którzy „z nie jednego pieca chleb jedli”. Moda na świeże twarze rozlała się po lidze tak mocno, że czterech trenerów nie ma jeszcze licencji UEFA Pro, bo dopiero kończy stosowny kurs. Trudno na tej podstawie ogłaszać jakościową zmianę. To naturalny cykl, a trenerzy, dziś uznawani za doświadczonych, też jakiś czas temu byli w lidze witani jako powiewy świeżości. Na świeżość wnoszoną przez Adriana Siemieńca można odpowiedzieć niemałym już doświadczeniem Jacka Magiery. W europejskich pucharach rywalizuje z Legią doświadczony Kosta Runjaić, ale z Rakowem niedoświadczony Dawid Szwarga. To, czy trener jest młody, czy stary, nie stanowi jeszcze o jego jakości. Ale obecny zestaw sprawia, że w lidze ukształtowało się grono zespołów ulepionych według konkretnego pomysłu na grę. Nie wszyscy są tacy sami.

Jeszcze kilka lat temu, oglądając Ekstraklasę, można było mieć poczucie, że gdyby zamienić zespołom koszulki i podmienić nazwy, trudno byłoby poznać, kto jest kim. Trenerzy i piłkarze na tyle tasowali się między klubami, że w efekcie wszyscy wzajemnie się do siebie upodabniali. A na rynku utrzymywali się ci, którzy odkryli kamień filozoficzny Ekstraklasy. Pojęli, że, jak w skeczu Manna i Materny o wicedyrektorze departamentu jednego z ministerstw, receptą na sukces jest podejmowanie jak najmniejszej liczby działań. Niewychylanie się, unikanie ryzyka, czekanie na błąd rywala. Ci, którzy byli zbyt ambitni, podlatywali zbyt blisko słońca i wypadali z łask. Zupełnie niewykluczone, że czeka to także obecny zestaw trenerów, bo piłkarskie życie da im w kość i nauczy ich instynktu przetrwania. Jak sugeruje fragment piosenki „Breakoutu”, nabieranie z wiekiem pragmatyzmu to dość naturalny proces.

DRUŻYNY JAKO ODBICIA SWOICH TRENERÓW

Siemieńce i Myśliwce nie zmienią więc pewnie polskiej ligi na zawsze i kiedyś to ich trzeba będzie zastąpić nazwiskami mniej zgranymi, z jeszcze świeższymi pomysłami i nowszą energią. Ale dziś to im fani Ekstraklasy zawdzięczają, że coraz więcej drużyn w polskiej lidze jest charakterystycznych, trudnych do pomylenia z innymi. Nie są zbudowane toczka w toczkę. Można wręcz coraz częściej mówić o zderzeniach zupełnie różnych pomysłów na futbol. W najbliższej kolejce dojdzie do arcyciekawie zapowiadającego się starcia Puszczy Niepołomice z Jagiellonią Białystok. Obie drużyny łączy tylko to, że teoretycznie uprawiają tę samą dyscyplinę sportu. Interpretują ją jednak kompletnie różnie. Są przy tym dokładnymi odbiciami swoich trenerów. Konsekwentne od A do Z i zbudowane tak, by w obranym stylu gry być, jak najbardziej kompletnym. Jeśli Adrian Siemieniec decyduje, że jego drużyna będzie odważnie rozgrywać piłkę w każdym miejscu boiska, robi to z każdym i w każdej sytuacji. Nie dostosowuje się, nie zmienia, nie wybiera sobie dni, w których będzie realizować pomysł trenera. Gra tak, jakby uważała to za jedyny możliwy sposób gry w piłkę. Puszcza prezentuje sposób zupełnie inny, za to realizowany z tą samą niezachwianą wiarą, że właśnie tak powinno się to robić.

Reklama

To przykłady skrajne, aż tak pełnych produktów nie ma w lidze wielu. Ale weźmy przykład z poprzedniej kolejki. Gra Pogoni Szczecin nie przynosi satysfakcjonujących wyników, lecz rozczarowania, jednak odpowiedzią Jensa Gustafssona na niepowodzenia nie jest zakwestionowanie własnego pomysłu na futbol i próba zatrzymania się wpół drogi, a jeszcze mocniejsza praca nad realizowaniem go. Trzeba grać jeszcze odważniej, atakować jeszcze większą liczbą zawodników, kasować akcje rywala jeszcze wyżej, strzelać jeszcze więcej goli. Prawdopodobnie ani nie jest to strategia maksymalizująca szanse na dobre wyniki jego drużyny, ani szanse samego Szweda na dłuższe utrzymanie się na stanowisku. Jednocześnie jednak jest to strategia sprawiająca, że każdy fan Ekstraklasy wie, czego spodziewać się po meczu z udziałem Pogoni. Jest to zespół doskonale powtarzalny, konsekwentny, przewidywalny zarówno w tym, co robi dobrze, jak i w tym, co robi źle. Nie sposób pomylić go z żadnym innym w lidze.

EKSTRAKLASOWE WOJNY ŚWIATÓW

Tak, jak nie sposób pomylić Warty, która z Pogonią współtworzyła ostatnio świetne widowisko. Gdyby przeprowadzić wśród ligowców ankietę, drużyna Dawida Szulczka prawdopodobnie wygrałaby jako zespół, z którym najmniej lubią grać. Meczów Zielonych nie ogląda się dobrze, ale nie dlatego, że są tak słabi, lecz dlatego, że w niszczeniu rywalom dobrej zabawy ocierają się momentami o perfekcję. Wszyscy wiedzą, co mają robić, znakomicie się asekurują i mają bardzo dobre rozeznanie w słabych punktach rywala. To nie jest bierne czekanie na błąd przeciwnika. To raczej aktywne szukanie jego miękkiego podbrzusza i celowe uderzanie każdego tam, gdzie najbardziej zaboli. O ile Pogoń w pewnym sensie z każdym gra tak samo, bo skupia się głównie na sobie, o tyle Warta dla każdego ma precyzyjnie wybrany osobny program tortur. Dawniej, by zobaczyć w futbolu prawdziwe wojny światów, zderzenia cywilizacji, trzeba było czekać na mecze Mourinho z Guardiolą. Dziś podobne starcia w miniaturze coraz częściej widać w Ekstraklasie.

W Łodzi od kilku tygodni zachwycają się konferencjami prasowymi, na których Daniel Myśliwiec wyjaśnia futbol. Nawet jeśli jego Widzew nie zawsze prezentuje się tak dobrze, jak w Poznaniu na tle Lecha, widać już bardzo wyraźny rys trenera, który zaproponował zupełnie inne granie niż większość drużyn ekstraklasowych. Boczni obrońcy nie są u niego po to, by biegać od linii do linii, poszerzając grę, a po to, by schodzić do rozegrania. Za operowanie w bocznych sektorach odpowiadają bardziej gracze drugiej linii, we Włoszech nazywani półskrzydłowymi. Fabio Nunes z lewego obrońcy przekształcony został w prawoskrzydłowego. Bartłomiej Pawłowski cofnięty piętro niżej. Luis Da Silva przesunięty na prawą obronę. W dużej mierze po to zatrudnia się nowego trenera, by wniósł inne spojrzenie na tę samą kadrę niż jego poprzednik. I Myśliwiec zdecydowanie to zrobił. A jego dążenie do zmniejszania liczby dośrodkowań czy strzałów z dystansu to też ciekawa i rzadko spotykana w polskiej lidze próba.

Raków Częstochowa przez poprzednie lata z Markiem Papszunem wykreował do tego stopnia powtarzalne wzorce na każdej pozycji, że większość kibiców Ekstraklasy byłaby dziś w stanie bezbłędnie wskazać napastnika pasującego profilem do Rakowa. Korona Kielce z kolei zaprzeczyła temu, że drużyna walcząca o utrzymanie powinna okopać się gdzieś w okolicach pola karnego i wybijać piłki najdalej jak tylko się da. Gra wysokim pressingiem, niegdyś rezerwowana dla najsilniejszych zespołów w lidze, stała się znakiem rozpoznawczym drużyny Kamila Kuzery. Pod względem skoków pressingowych na połowie rywala, doskoków natychmiast po stracie, czy liczby podań, jakie jej rywal może swobodnie wymienić, zanim nastąpi próba odbioru, drużyna z Kielc należy do ścisłej czołówki ligi. A wszyscy zawodnicy Korony są zaprogramowani na pracę bez piłki, niezależnie od miejsca na boisku, w którym aktualnie toczy się akcja. Nie przez przypadek pomocnicy tacy jak Nono, Jacek Podgórski czy Yoav Hofmeister należą do najlepiej pracujących w defensywie w całej lidze.

Reklama

DRUŻYNY O ROZPOZNAWALNYCH CECHACH

To nie są wyłącznie cechy młodości, bo na tle trenerów z karuzeli Jan Urban zawsze się wyróżniał estetyką grę, a pracując w Górniku Zabrze, znalazł odpowiednią równowagę między jego odwiecznym dążeniem do ładnej gry w piłkę, ze zbieraniem punktów. Mimo ograniczonych możliwości finansowych zbudował jednak zespół, w którym da się znaleźć kilku ciekawych, uzdolnionych technicznie i błyskotliwych piłkarzy. Wydaje się, że jest na to szansa również w Radomiu. Maciej Kędziorek na razie pracuje zbyt krótko, by mówić o jakimś jego wyraźnym planie, ale on też złożył deklarację, że chce, by jak najszybciej jego drużyna była rozpoznawalna nawet w zupełnie nietypowych strojach. Jak przystało na początkującego pierwszego trenera, wchodzi do ligi z głową pełną pomysłów. A że wykonawców ma całkiem niezłych, jest szansa, że wiosną i Radomiak będzie zespołem w mniejszym stopniu zależnym od wyróżniających się jednostek, a w większym pracującym jako kolektyw.

Oczywiście są wciąż w lidze trenerzy pragmatyczni, nastawieni na wynik, bazujący na indywidualnościach, które mają do dyspozycji. Być może nie są nawet wcale gorszymi trenerami. Magiera jeszcze kilka lat temu szedł na wymianę ciosów z Borussią Dortmund Thomasa Tuchela, współtworząc doskonałe dwunastobramkowe widowisko, którego dziś nie powstydziliby się Gustafsson czy Siemieniec. Bogatszy o kilka zwolnień i rozczarowań, dziś jest liderem Ekstraklasy, prowadząc zespół minimalizujący liczbę błędów i bazujący na błyskach jednostek. Ale niewykluczone, że zakręci się z nim w okolicach mistrzostwa Polski, co byłoby jeszcze większym sukcesem niż zdobycie go z Legią. Trener Śląska jest dziś pewnie lepszym fachowcem niż siedem lat temu, gdy zaczynał pracę w Legii. A to, że z czasem słabła jego tendencja do gwarantowania spektakli, nie może być wielkim zarzutem, o ile na końcu broni go wynik. Drużyn piłkarsko nijakich, które w dodatku wcale nie osiągają spektakularnych wyników, jest jednak w lidze wyraźnie mniej niż kilka lat temu. A to sprawia, że Ekstraklasę zwyczajnie dobrze się ogląda.

POKOLENIE TRUDNE DO ZASZUFLADKOWANIA

Chyba najciekawsze w obserwowaniu nowego pokolenia trenerów wchodzącego na rynek są bijące po oczach różnice między nimi. Nie da się łatwo przypisać młodym konkretnych cech, a starszym zupełnie innych. W Niemczech pokolenie, do którego należą Siemieniec, Myśliwiec, Szulczek czy Szwarga, nazywano kiedyś trenerami laptopowymi – nie grali w piłkę, nie czują szatni, za to – by posłużyć się cytatem z Mehmeta Scholla, ich najbardziej zajadłego krytyka – „potrafią nauczyć drużynę biegać tyłem w osiemnastu ustawieniach”. Gołym okiem widać jednak różnicę między młodym trenerem Siemieńcem, dzięki jego nastawieniu na relacje nazywanego „Tedem Podlasso”, a Dawidem Szwargą, Kamilem Kuzerą, Dawidem Szulczkiem czy Danielem Myśliwcem. Każdy z nich jest jakimś powiewem świeżości, ale każdy zupełnie różnym. Trudno znaleźć między nimi podobieństwa, może oprócz tego, że mówią o futbolu innym językiem niż starsza generacja trenerów.

Jeśli nie ogląda się Ekstraklasy tylko przez pryzmat swojego jednego, ulubionego klubu, zaczyna się ją śledzić jak wciągający serial. Z osiemnastoma bohaterami, różnymi sezonami, ich wzajemnymi przeprawami i zwrotami akcji. A skoro tak, każdy serial zyskuje, gdy ma silne, wyraziste postaci, z którymi można się utożsamiać, albo z którymi można się aktywnie nie zgadzać i czynnie ich nie lubić. Obecna Ekstraklasa taki właśnie zestaw gwarantuje: entuzjaści każdego rodzaju futbolu znajdą w niej coś dla siebie. Są drużyny, które najchętniej nie rozstawałyby się z piłką i takie, które najchętniej w ogóle by jej nie dotykały. Takie, dla których najlepszą obroną jest atak i takie, dla których najlepszym atakiem jest obrona. Mistrzowie zagrań ze stojącej piłki i strzelający gole po wielopodaniowych koronkach. Okopujący się pod własną bramką i zakładający pressing na całym boisku. Pełen wachlarz interpretacji, jak powinno się grać w piłkę. Nie wiem, czy dzięki temu poziom się podnosi. Nie wiem, czy Ekstraklasa jest dziś sportowo bliżej zachodu niż dziesięć lat wcześniej. Wiem za to, że ma więcej drużyn charakterystycznych i dzięki temu oglądanie jej to coraz rzadziej masochistyczna rozrywka, a coraz częściej zwyczajna przyjemność.

Czytaj więcej o Ekstraklasie:

Fot. Newspix

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Igrzyska

Amerykanie postawili się kadrze Grbicia. Wilfredo Leon: „Spokojnie. Na igrzyskach będzie dobrze””

Jakub Radomski
1
Amerykanie postawili się kadrze Grbicia. Wilfredo Leon: „Spokojnie. Na igrzyskach będzie dobrze””

Ekstraklasa

Komentarze

3 komentarze

Loading...