Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Już dziś Kanonierzy mogą przypomnieć sobie dawny smak. Smak awansu do 1/8 finału Ligi Mistrzów

redakcja

Autor:redakcja

29 listopada 2023, 10:59 • 5 min czytania 0 komentarzy

W sumie siedem długich sezonów. Gorzkich i tych słodszych. Tyle Arsenal musiał czekać na powrót do najważniejszych rozgrywek klubowych na świecie. Ich smak kibice Kanonierów mogli przypomnieć sobie już na początku piłkarskiej jesieni. Dziś wieczorem będą mogli znów poczuć inny zapomniany smak – awansu do fazy play-off.

Już dziś Kanonierzy mogą przypomnieć sobie dawny smak. Smak awansu do 1/8 finału Ligi Mistrzów

Część osób zapewne powie, że nie można tego uznać za osiągnięcie, bo tak wielki klub po prostu stać na dość gładki awans do kolejnej rundy. Do pewnego stopnia macie rację, bo mowa o marce, którą zna każdy. Arsenal to kawał historii futbolu, którą oddycha każdy sympatyk tej dyscypliny sportu. Ale powroty na największą scenę nie należą do łatwych. Sama faza grupowa potrafi zaskakiwać nawet jej starych wyjadaczy. Bierzcie pod uwagę, że FC Barcelona gra w niej ciągiem od niepamiętnych czasów, a i tak w latach 2021-2022 nie była w stanie awansować do następnej rundy.

Nieliczni pamiętają dwumecz Arsenalu, którym londyński klub pożegnał się z Ligą Mistrzów na kilka lat. Dwa ciężkie lania od Bayernu po 1:5 na poziomie 1/8 finału były solą na otwarte rany kibica Arsenalu. Wiadomo, że kilka lat z rzędu Kanonierzy wypadali na tym etapie, ale dwie tak wysokie porażki przelały czarę goryczy. Był to przedostatni sezon Arsene’a Wengera – jego ostatni w tych rozgrywkach – więc dość smutna końcówka ery, która naznaczyła dzieje klubu. Z Kanonierami nie było najlepiej, ale wizja rozbratu z Ligą Mistrzów na kilka lat – mimo wszystko – była formą czarnowidztwa. Ostatecznie to czarnowidztwo się sprawdziło.

W tym okresie były sezony bez grania w pucharach, ale głównie Arsenal mierzył się w Lidze Europy. Co prawda, miewał niezłe sezony w „pucharze pocieszenia dla największych” – przykładowo w 2019 roku dotarł do finału. Rok wcześniej i dwa lata później do półfinału, ale na dobrą sprawę tylko triumf tam mógł osłodzić brak grania w Lidze Mistrzów.

Ważny powrót

Arsenal pod wodzą Mikela Artety stopniowo się odradza. Już poprzedni sezon był bardzo udany. Długo Kanonierzy byli w grze o mistrzostwo Anglii. Ba, nawet w pewnym momencie wypracowali sobie kilka punktów przewagi nad Manchesterem City. Prowadzenia nie dowieźli do końca i ostatecznie skończyli rozgrywki na drugim miejscu. Dało się wyczuć lekki niedosyt ze względu na przebieg sezonu, ale i wielką ulgę, wszak poszedł sygnał w świat, że Arsenal wraca na salony.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

I do upragnionej Ligi Mistrzów.

Rok wcześniej faza grupowa Champions League wymknęła się Kanonierom z rąk na ostatniej prostej. I to na rzecz Tottenhamu, więc odwiecznego rywala. Granit Xhaka grzmiał, że brakowało w drużynie z Emirates Stadium ludzi z jajami, którzy bez względu na wiek nie pękają na robocie. Kontynuował w złości, że poprzez swoją postawę nie zasługiwali na granie w pucharach.

Wcale nie minęło od tego momentu dużo czasu, a ile się zmieniło.

Było wspomniane wicemistrzostwo. Teraz Arsenal prowadzi na ligowym poletku. Podobnie jak w grupie B Ligi Mistrzów, w której mierzy się z PSV, Sevillą i Lens. Dziś zagra z francuską drużyną i jeśli choćby zremisuje, to zapewni sobie awans na kolejkę przed końcem fazy grupowej (na marginesie – jeśli Sevilla ogra PSV, to Arsenal nie potrzebuje już nawet tego punktu). Jasne, pierwsze starcie tych drużyn zakończyło się porażką Arsenalu, ale dziś, zwłaszcza u siebie, będzie faworytem.

I ważne, żeby to wykorzystał i zrobił, co do niego należy.

W ten sposób zafunduje sobie chwilę wytchnienia. Postawi kolejny krok w drodze do odbudowania prestiżu i ponownego ugruntowania pozycji na arenie międzynarodowej. Statystyczny kibic piłkarski mógł już się przyzwyczaić do tego, że przy losowaniach play-offów nie ma Arsenalu. Siedem sezonów w piłce to bardzo długi okres, w którym można przewrócić klub i jego sytuację do góry nogami.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Początek czegoś wielkiego?

Dla Artety i spółki ponowna gra w tych rozgrywkach wiele znaczy. Już sam powrót do Ligi Mistrzów po tylu latach generował wiele emocji. Dla Artety była to szansa debiutu jako jedynka w tych rozgrywkach, dla wielu piłkarzy spełnienie marzeń. Hiszpan przyznał, że wzruszył się, słuchając hymnu przed pierwszym meczem z PSV, który Arsenal wygrał z przytupem.

I trudno mu się dziwić.

W poprzednim sezonie Arsenal zakończył granie w pucharach na 1/8 finału Ligi Europy. A teraz przygoda pięterko wyżej może potrwać zdecydowanie dłużej. Jak długo? Tego nie wiemy. Za dużo jest zmiennych, które wpływają na ostateczny wynik. Natomiast od drużyny, która u siebie walczy jak równy z równym z Manchesterem City, można sporo wymagać.

Mikel Arteta powtarza, że Kanonierzy wrócili do Ligi Mistrzów jako klub, którym chcieli być. Że chcą zaznaczać swoją obecność w mocny sposób i sukcesy jeszcze przed nimi.

Bez wątpienia Hiszpan może być z siebie dumny. Stworzył drużynę, która jest świadoma swojej wartości i nie pęka na robocie. A przeszedł bardzo długą drogę. Przychodził jako żółtodziób, który chłonął wiedzę u boku Pepa Guardioli, a powoli buduje swój pomnik. Squawka wyliczyła, że już teraz może się pochwalić największą liczbą zwycięstw po 200 spotkaniach w roli szkoleniowca The Gunners – aż 116. Wcześniej najlepszym bilansem mógł się pochwalić Arsene Wenger, który wygrał 111 z 200 pierwszych meczów w klubie. Przebicie Francuza pod tym względem jest już sporym osiągnięciem.

Hiszpan dzięki cierpliwej i konsekwentnej pracy nauczył swoich piłkarzy dźwigania presji i naprężania muskułów w odpowiednim momencie. Nie wszystko oczywiście robi idealnie. Niektóre z jego decyzji są z gatunku tych, których nie podjąłby żaden inny trener. Grunt, że często się sprawdzają. Z jednej strony ma najlepszą obronę w lidze, a dla kontrastu jego ofensywa wydaje się lekko przygaszona. Niby drużyna nadal szuka odpowiedniego rytmu, a i tak jej wyniki są wyśmienite.

Jak sami widzicie: jest już pod wieloma względami imponująco, ale nadal pole do poprawy jest spore. Można wciąż odnieść wrażenie, że Kanonierzy są dopiero na fali wznoszącej. Wciąż obserwujemy etap budowy czegoś wspaniałego i trwałego. Dziś wszyscy fani londyńskiego klubu czekają na odhaczenie kolejnego punktu na drzewku rozwoju ich klubu. Awansu do najlepszej szesnastki drużyn na Starym Kontynencie. Niby drobiazg, ale na pewno cieszy.

Lista dzisiejszych spotkań w Lidze Mistrzów:

  • Galatasaray – Manchester United (18:45)
  • Sevilla – PSV (18:45)
  • Arsenal – Lens (21:00)
  • Bayern – FC Kopenhaga (21:00)
  • Benfika – Inter (21:00)
  • Braga – Union (21:00)
  • Real Madryt – Napoli (21:00)
  • Real Sociedad – RB Salzurg (21:00)

WIĘCEJ O LIDZE MISTRZÓW:

Fot. Newspix.pl

Najnowsze

Liga Mistrzów

Komentarze

0 komentarzy

Loading...