Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Anioł, diabeł, Josue

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

26 października 2023, 10:45 • 10 min czytania 30 komentarzy

Josue niesie uszaty Puchar Polski. Przewiązał go szalikiem w barwach Legii. Opiera się o barierki. Na palcach dwa sygnety. Kolczyki w uszach. Wytatuowane ręce. Właśnie wyszedł z szatni Stadionu Narodowego, gdzie pozował do kamery, wykrzywiał twarz, imitował gest ocierania łez i krzyczał: „Papszun Cry!”. Przystaje w strefie mieszanej. „Zawsze powtarzam, że jest Josue na boisku i jest Josue poza boiskiem”, rzuca. Pomyślałem wtedy, że tak grać, wyglądać i mówić powinien król piłkarskiej Warszawy. 

Anioł, diabeł, Josue

Aleksandar Vuković, który z Portugalczykiem w Legii pracował w 2022 roku, odbiera telefon: – Josue jest sobą w każdej możliwej sytuacji. Bardzo mi się ta cecha z nim kojarzy. Trochę lepsza motoryka, a oglądalibyśmy go w Manchesterze City czy innym Realu Madryt. 

Josue. Ciemna strona księżyca

Okrągła buzia. Tłuszczyk na brzuchu. Wyraźna nadwaga. W VVV-Venlo śmiali się, że w skłonności do tycia przypomina Samira Nasriego. W Portugalii czasami zestawiany był z kuleczkowatym starym Diego Maradoną. W Paços de Ferreira, zresztą podobnie jak później w Porto i Bradze, trenował go Paulo Fonseca, który pewnego razu nałożył na niego karę finansową za zbędne kilogramy. Josue nie zamierzał się wykosztowywać. W Foot Trucku opowie, że odznaczał się w tamtych czasach całkowitą odpornością na reprymendy. I dobre rady. Nic go nie ruszało, nie obchodziło, nie dotykało.

Wybierałem bunt. Nie szanowałem ludzi. Przebywałem w swoim świecie. Właściwie to na księżycu – tłumaczył w Maisfutebol.

Fonseca kazał Josue biegać dookoła boiska. I sam ruszył do truchtu u jego boku. Pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, piąte okrążenie. Fonseca pyta: „Wiesz, dlaczego biegasz?”. Josue odpowiada: „Tak, bo jestem gruby”. Fonseca ripostuje: „Nie, bo w ciebie wierzę”. Josue nie dowierzał: „Co?”. Fonseca tylko powtórzył: „Tak, wierzę w ciebie”. Kapitan Legii wyzna, że słowa „wierzę w ciebie” odmieniły jego życie. – Uświadomiłem sobie wtedy, że nigdy nie usłyszałem czegoś takiego od własnej rodziny. I od chwili kiedy wypowiedział te słowa, zmieniłem się kompletnie. W piłce, poza nią, we wszystkim – wyłoży w rozmowie z oficjalną stroną klubu z Łazienkowskiej 3.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Ten wywiad to forma spowiedzi. Josue zdradza, że urodził się w biedzie. Dorastał w trudnym środowisku, głodny, pozbawiony wzorców, kradł „czekoladę, cukierki, czasem po prostu jedzenie”. Nie doświadczył miłości. Część rodziny już nie żyje. Ojciec przed śmiercią był nieobecny. Z mamą i braćmi nie utrzymuje kontaktu. Gdyby nie odciął się od korzeni, „trafiłby do więzienia”. Tłumaczył to prosto: „wydarzyło się dużo złego”. I dodawał, że „zbudował wokół siebie mur”. Trwał w przekonaniu, że wszystko zawdzięcza sobie i tylko sobie, nikomu innemu.

Urodziłem się bez zasad, wiec stworzyłem sobie własne. Nikt nie powiedział mi co jest dobre, a co złe – referował na stronie Legii.

Lepiej po tym wszystkim rozumie się, dlaczego Josue zawsze podkreśla istotną rolę rodziny, którą sam założył. O żonie mawia, że to kobieta bardziej szalona od niego. I autorka jeszcze mocniejszego wyznania niż „wierzę w ciebie” – „kocham”. Niedawno zmagała się z rakiem. Choroba nowotworowa – straszny musi być to lęk – dotknęła też jej matkę, czyli jego teściową, w lipcu wrzucał zdjęcie z maszynką do golenia przystawioną do głowy i pisał w mediach społecznościowych: „Nie jesteś sama, walczymy razem. Kocham cię, mamo”.

Córce – to też z Legia.com – daje zaś to, czego sam za dzieciaka nie uświadczył: miłość. W strefie mieszanej Stadionu Narodowego po wygranym Pucharze Polski mówił, że decyzję o przedłużeniu kontraktu z Legią musi skonsultować z dwójką najbliższych sobie osób, bo w stolicy mieszka bez nich i bardzo tęskni. Bardzo tęskni, powtórzył to chyba dwa razy. Po wypuszczeniu z holenderskiego aresztu na Istagrama wrzucił zdjęcie swojej wpatrzonej w telefon córeczki z podpisem: „Jestem w drodze. Kocham was”. W Wirtualnej Polsce doda, że na lotnisku cała trójka rozpłakała się na swój widok.

Środkowy palec

To zdjęcie ma popieprzony klimat. Listopad 2013, rewanż barażowego dwumeczu o mundial w Brazylii. Portugalia wygrywa 3:2 ze Szwecją. To wielki bój Cristiano Ronaldo ze Zlatanem Ibrahimoviciem. Dość powiedzieć, że dwaj gwiazdorzy zdobywają wszystkie bramki. Gdy CR7 w ciągu dwóch minut wpakowuje dwa gole i przesądza o losach awansu na mistrzostwa świata 2014, na boisko wbiegają okuci w zimowe kurtki rezerwowi reprezentacji Portugalii, wśród nich Josue. Numer „20”, miesiąc po debiucie w kadrze przeciwko Izraelowi, na co dzień pierwszy skład w ukochanym Porto.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Wszyscy tulą się do Ronaldo, ale Josue nie byłby sobą, gdyby pozostał przy zwykłych uściskach i poklepywaniach, więc zaraz jego środkowy palec w czarnej rękawiczki wędruje ku górze i prowokuje zdruzgotanych Szwedów. Dostanie mu się po głowie, ale w Foot Trucku zrobi z tego zgrabną dykteryjkę. Szwedzcy dziennikarze pytali, co miał na myśli. Nie bardzo wiedział, nie znał do tego zbyt dobrze angielskiego, więc rzucił tylko: „To część gry!”. Tak, środkowy palec.

Piłkarze Ekstraklasy często podkreślają, że na murawie bywa niesłychanie wręcz irytujący. Zasymuluje faul, krzyknie lekko dotknięty, wyżebrze kartkę. Jęczy, narzeka, zrzędzi, buzia się nie zamyka. Pięknie ukazywał to odcinek „Piłkarzy na podsłuchu” w Canal+Sport z meczu Legii z Wisłą Płock. Dominik Furman: „Kurwa, on przesadza”. Bartosz Kapustka: „Po meczu jest normalny”.

– Jest trudny?

Aleksandar Vuković: – Mocno angażuje się ważne dla siebie sprawy. Do stopnia nie znoszenia porażek i nawet drobnych niepowodzeń. Całym sercem walczy o drużynę. I jej cele. Na murawie staje się inną osobą niż poza boiskiem. Dla mnie to zrozumiałe, to kwestia wrodzonych cech – ambicji, silnej potrzeby wygrywania i kontrolowania wszystkiego wokół siebie.

Diabeł

Izraelscy dziennikarze nie chcą o nim rozmawiać. Mają inne zmartwienia. Jeden pisze, że „Josue to diabeł wcielony”. Gdy odchodził z Hapoelu Beer Szewa na stronie Sport5 ukazały się dwa felietony. Haim Zalkai przekonywał, że Portugalczyk jest „ofiarą polowania na czarownice”, bo to zbyt wybitny piłkarz, żeby karać go za „charakter”, „buńczuczność” i „drobne grzeszki”. Yossi Ghibli ripostował, że żaden z niego najlepszy obcokrajowiec w historii klubu, lider nie powinien stać ponad zespołem, a już na pewno tego zespołu zastraszać.

Jednego kolegę z Hapoelu w żartach trafił w głowę szklanką. Skończyło się na szwach. Drugiego przypadkiem nagrał nago w szatni. Wideo latało po Instagramie. Z trzecim wdał się w bójkę. Z czwartym zresztą tak samo. W gniewie rzucił się też na asystenta trenera, zasłużonego byłego piłkarza klubu, Eljaniwa Bardę. Zwyzywał Nisso Avitana, szkoleniowca Ihud Bnei Sakhnin. Sugerowano, że opluł Aviego Rikanę z Maccabi Tel Awiw. Josue bronił się, że tylko imitował dźwięk plucia, coś w rodzaju „tfu”. Filmu z tego nie ma, screeny niczego nie potwierdzają, a i tak Aleksandar Pesić, drużynowy kompan Rikany, krzyczał, że „Josue ma gównianą mentalność”.

Nikt nie podważał przy tym, że Portugalczyk był liderem Hapoelu. I magikiem w Ligat ha’Al. 2019/20: 32 mecze, 6 goli, 6 asyst. 2020/21: 34 mecze, 13 goli, 6 asyst. W Izraelu faktycznie mają go jednak za wichrzyciela, mąciciela, podjudzacza, wywrotowca i prowokatora. On sam twierdzi, że portal Sport5, który reprodukował najwięcej negatywnych informacji na jego temat, mścił się za jego niechęć do uczestniczenia w życiu medialnym kraju na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego. Jak sam mówił, nie wynosił newsów z szatni, stronił od wywiadów, więc „niektórym po prostu się nie podobało, że taki typ jak ja gra w tym klubie i ma jakieś tam sukcesy”.

Anioł

Na Instagramie zamieścił swojego czasu złotą myśl: „Jeśli ktoś chce być miły, niech sprzedaje lody”. W TVP Sport przekonywał, że absolutnie nie dziwi się, iż na wielu polskich stadionach jest lżony i obrażany. W pozastołecznej Polsce – tłumaczył – nienawidzi się Legii. „Jestem twarzą tej drużyny, więc mówimy o podwójnym nagromadzeniu takich emocji”, argumentował. Dziennikarz: „Uwielbiasz robić show w trakcie meczów”. Portugalczyk: „Przecież o to też w tym chodzi! Kibice za to płacą, chcą emocji. Kiedy idziesz do cyrku, to też chcesz się pośmiać, popatrzeć na klaunów. Futbol to show!”.

W swoim drugim ekstraklasowym meczu wjechał łokciem w Dawida Abramowicza, wyleciał z boiska z czerwoną kartką i został zdyskwalifikowany na trzy mecze. Zbigniew Boniek określał go „chamem” i „małym sportowcem”, kiedy nie podał ręki Łukaszowi Sekulskiemu po feralnym starciu z Wisłą Płock. „Nie szanuję tych, którzy nie szanują mnie. Niektórzy nazwą to ego, ja nazywam to szacunkiem do samego siebie”, wojował Josue w social mediach.

Obraz Josue jako buca z wielkim ego zdaje się być zupełnie nietrafiony. Jest to raczej tylko forma dziwacznej boiskowej ekspresji. Rodzaj teatru. Podkreślają to wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli z nim do czynienia. To on przecież w geście solidarności stanął w obronie Radovana Pankowa po meczu z Alkmaarem, co przypłacił koniecznością spędzenia doby w śmierdzącej uryną celi holenderskiego aresztu. Jakub Jeleński, dzisiaj dziennikarz Canal+ Sport, wcześniej pracownik działu medialnego Legii, opowiadał zaś, że kiedy nagrywali film z Portugalczykiem w roli głównej, który kończył się wizytą w restauracji, już chcieli wychodzić, ale „Josue powiedział, że nikt nie wyjdzie głodny i zaprosił nas na mega obiad. Niby mały gest, ale życie składa się z takich małych gestów”.

– Starliście się nieco podczas wrześniowego meczu Piasta z Legią. Josue jest aż tak wkurzający dla przeciwników?

Aleksandar Vuković: – Na co dzień jest zupełnie inny niż podczas meczów. Nie będę teraz zgrywał wielkiego autorytetu, jako piłkarz byłem w tym bardzo do niego podobny. Taka jest piłka nożna, że dochodzi w niej do starć. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Ważne, co dzieje się potem, dla mnie to ważniejsza kwestia. Boisko niech będzie boiskiem, życie niech będzie życiem. On to rozumie.

Trzeba go dużo dyscyplinować?

Aleksandar Vuković: – Na pewno wymaga większego zaangażowania. Wydaje mi się jednak, że przede wszystkim lubi być traktowany fair. Ceni sobie przejrzyste zasady funkcjonowania w drużynie. Godzi się na wszystko, czego oczekuje od niego trener, ale pod warunkiem, że ten jest wobec niego w pełni szczery i sprawiedliwy. Trzymaliśmy się prostego układu: na pierwszym miejscu jest zespół, którego on jest ważną częścią. O wszystkim otwarcie rozmawialiśmy. Nie miałem z nim żadnego większego problemu.

Kapitan

Szatnia Legii po wygranej 4:3 z Pogonią. Josue zabiera głos: „Muszę powiedzieć jedną rzecz”. Przerywa mu Artur Jędrzejczyk: „Lepiej graliśmy bez ciebie!”. Portugalczyk się śmieje: „Tak, dokładnie, graliśmy lepiej beze mnie!”. Ma dystans do siebie. Przy Łazienkowskiej jest największym gwiazdorem.

Próżno w Polsce szukać zawodnika lepiej wyszkolonego technicznie. Popisowy numer to przecinający linie „zewniaczek”. Przechodzi przez niego większość akcji Legii. Średnio na mecz notuje prawie siedemdziesiąt kontaktów z piłką w Ekstraklasie i prawie osiemdziesiąt w Lidze Konferencji. W minionym sezonie tylko Ivi Lopez zaliczał więcej kluczowych podań na dziewięćdziesiąt minut. Przydarza mu się przy tym dużo strat, ale to wkalkulowane w styl jego gry, po to otacza się go pracusiami środka pola, żeby mógł do woli czarować. Liczby rokrocznie kręci wyśmienite: 2021/22 – dwa gole, czternaście asyst, dwie asysty drugiego stopnia. 2022/23 – dwanaście goli, siedem asyst, osiem asyst drugiego stopnia, 2023/23, po dziesięciu występach – trzy gole, dwie asysty drugiego stopnia.

Mapa strzałów Josue – sezon 22/23

Przyznawał kiedyś pokornie, że w takim Galatasaray bywał bardziej wycofany. Nieśmiałość zrodziła się w nim przez szacunek do wielkości Wesleya Sneijdera czy Lukasa Podolskiego. W Foot Trucku podpuszczano go, czy to aby przypadkiem nie ma lepszej lewej nogi niż Poldi, ale Portugalczyk ucinał te spekulacje w ekspresowym wręcz tempie, wystarczyła krótka konkluzja: on wygrał mundial, ja nawet się do tego nie zbliżyłem.

Spekulowano, że obraził się na cały świat, gdy w minionym sezonie piłkarzem sezonu w polskiej lidze został Kamil Grosicki. Nie przyjechał na galę Ekstraklasy. Powód był jednak znacznie bardziej prozaiczny i nie miał żadnego związku z zawiścią: Josue już wcześniej wyjechał na urlop i nie chciał tracić wolnych chwil z rodziną. Grosikowi osobiście gratulował za to wygranej w głosowaniu.

Kiedy Kosta Runjaić mianował go kapitanem, początkowo nie mógł uwierzyć, że to jego akurat Niemiec wybrał do tej roli, a następnie „przeszedł diametralną zmianę” i „zaczął bardziej pracować na dobro całej drużyny”, jak to określił trener Legii. Jego prostopadłe podanie napędziły Pawła Wszołka. Rozkwitli przy nim choćby Bartosz Slisz i Ernest Muci.

– Powiedział pan kiedyś, że Josue jest najlepszym piłkarzem Ekstraklasy.

Aleksandar Vuković: – Pod kątem umiejętności i czysto piłkarskiego potencjału to najlepszy zawodnik Ekstraklasy. Przez pół roku pracowaliśmy ze sobą na co dzień w Legii. Na treningach można niekiedy pokazać więcej niż podczas meczów. I muszę przyznać, że w kwestii wyszkolenia technicznego, szczególnie w aspekcie podania piłki, Josue to absolutny top. Niewątpliwie ma trudny charakter, ale wydaje mi się, że jednym elementem dzielącym go od światowej czołówki jest kwestia motoryczna. Pewne rzeczy są wrodzone. I nie da się ich za bardzo polepszyć czy usprawnić. Choćby szybkości nie wypracujesz. Gdyby ją miał, powtórzę, oglądalibyśmy go w Manchesterze City czy innym Realu Madryt.

– Można powiedzieć, że to pełną gębą „Legionista”?

Aleksandar Vuković: – W najtrudniejszym momencie Legii od wielu lat potrafił być liderem na boisku, prowadzić tę drużynę i ciągnąć ją za uszy do góry. 

14 października, Stadion Miejski w Sulejówku. Rezerwy Legii mierzą się z lokalną Victorią w III lidze. Wczesny wieczór, już ciemno, dosyć chłodno, pada deszcz. Bluza, kaptur, czapka z daszkiem. Nagle śpiewy: „Josue, Josue, Josue!”. Ktoś tu kocha ten klub.

Czytaj więcej o Legii Warszawa:

Fot. 400mm.pl

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

30 komentarzy

Loading...