Reklama

Z Armenii, ale swój. Jak Biczachczjan lewą nogą i uśmiechem zdobył Szczecin

Mateusz Janiak

Autor:Mateusz Janiak

20 października 2023, 13:12 • 12 min czytania 7 komentarzy

Wahan Biczachczjan ma dwie cechy charakterystyczne – strzał lewą nogą potężny jak Wały Chrobrego oraz uśmiech szeroki jak Jasne Błonia. A dzięki temu strzałowi coraz częściej uśmiechają się kibice Pogoni Szczecin. – Współczuję obrońcom, którzy muszą non stop uważać, by mu nie zostawić kawałeczka miejsca do uderzenia. Bo wystarczy moment zagapienia i po tobie – mówi Sebastian Kowalczyk, do niedawna kumpel z Portowców.

Z Armenii, ale swój. Jak Biczachczjan lewą nogą i uśmiechem zdobył Szczecin

13 lutego 2022. Pogoń mierzy się w Szczecinie z Zagłębiem Lubin w drugiej wiosennej kolejce.

Wiara, wiara jest w nas, mistrza Polski nadejdzie czas! – zdzierają gardła kibice kibice.

Ale wiara na chwilę przygasa, bo Miedziowi stawiają się Portowcom, a przede wszystkim robi to bramkarz Dominik Hładun. Wreszcie w 72. minucie zmiana. Sebastiana Kowalczyka zastępuje Wahan Biczachczjan. Miejscowi pierwszy raz widzą Ormianina na żywo. Wiedzą, że brylował w lidze słowackiej, kosztował rekordowe w historii klubu z Pomorza Zachodniego pieniądze i ma niesamowitą lewą nogę, którą hurtowo strzelał gole w sparingach i zrobił to też na inaugurację drugiej rundy w Gliwicach z Piastem.

Po ośmiu minutach Mateusz Łęgowski podaje do Biczachczjana, który przyjmuje, podprowadza, markuje uderzenie i łatwo gubi Łukasz Porębę, po czym odpala jak z armaty. Bomba Ormianina podrywa widzów z miejsc, a zespół w tabeli ponad Raków Częstochowa. 2:1. Pogoń utrzymała drugie miejsce z dwoma punktami straty do pierwszego Lecha Poznań. Stadion oszalał. Hładun bez szans.

Reklama

Buczaczan. Jakoś tak to wymawialiśmy. Ale po meczu naszła nas taka refleksja, że, kurde, jednak trzeba będzie się nauczyć tego nazwiska – mówi nam kibic granatowo-bordowych, który za drużyną jeździ od czwartej ligi, dobre szesnaście lat. Swoje widział i może dlatego się nie pomylił. Warto było nauczyć się poprawnej wymowy nazwiska Ormianina.

Wahan Biczachczjan w Pogoni

Biczachczjana nie da się nie lubić. Wchodzi do pokoju zawsze z uśmiechem od ucha do ucha, z dobrym słowem albo żarcikiem.

Siema bratku. Chodź, damy sobie kaweczku troszku – mówi najczęściej i bierze kompana na kawę.

Nie robi tego na pokaz, taki po prostu jest. Kiedy tylko widzi, że jeden z pracowników klubu drepcze sobie do domu, woła do siebie i wręcz wpycha na siedzenie pasażera w swoim aucie. Gdzie będziesz chodził, dawaj, podwiozę cię, żaden problem! I to się powtarza raz, drugi, trzeci.

Inny przykład. Marcin Listkowski zawodowo to były zawodnik Pogoni (2014-20, z przerwą na wypożyczenie do Rakowa Częstochowa), obecnie US Lecce. Prywatnie – przyjaciel Kowalczyka. I pewnego dnia przyleciał do Berlina, by odwiedzić Szczecin, a „Kowal” z jakiegoś powodu nie mógł skorzystać ze swojego auta, by odebrać druha z lotniska. Znalazł się w kropce.

Kiedy „Wahi” to usłyszał, momentalnie zaproponował, że w takim razie jedziemy jego i po kłopocie. Wspaniale się zachował i bardzo mi pomógł. I choć tamtego dnia dopiero się poznali z „Listkiem”, z miejsca rozmawiali, jakby to była wieloletnia znajomość – opowiada Kowalczyk, dzisiaj pomocnik Houston Dynamo.

Reklama

Na starcie „Kowal” zaopiekował się Ormianinem i pomagał w adaptacji. Podwiózł na trening czy odwiózł po zajęciach. Zaprosił na obiad. Żeby nie czuł się samotny w nowym miejscu. Są niemal rówieśnikami (25-letni Polak jest starszy o rok), mają podobne charaktery, tożsame poczucie humoru i ambicję, więc – choć teoretycznie rywalizowali o skład i często jeden zmieniał drugiego – zakumplowali się na stałe, do końca dzielili pokoje na zgrupowaniach. Dlatego kiedy na Wielkanoc Biczachczjan nie mógł pojechać do domu, Kowalczyk zaprosił go do siebie, by spędził święta z jego rodziną, a nie sam jak palec.

Jest jednym z najlepszych ludzi, jakich poznałem przy okazji gry w piłkę – nie ukrywa Kowalczyk.

Inna sprawa, że Biczachczjan po czterech i pół roku występów na Słowacji w MSK Żilina znał język słowacki tak dobrze, że prędko chwytał polski, co ułatwiało adaptację.

Po polsku! Po polsku! – kilkakrotnie nawoływali piłkarze Pogoni w trakcie mojego pierwszego spotkania z Ormianinem, pod koniec stycznia na obozie ekipy ze Szczecina w Turcji w Gloria Sports Arena.

Możemy po polsku, nie ma problemu. Ja rozumiem wszystko, tylko żebyś ty mnie rozumiał – stwierdził, rzecz jasna z uśmiechem, solidną polszczyzną, ale dla bezpieczeństwa zostaliśmy przy angielskim, którego uczył się od dziecka.

Komunikacja w futbolu jest kluczowa – nie ukrywał.

Jeszcze w Armenii siedział godzinami i wkuwał angielski, dzień po dniu, dzień po dniu, przez kilka lat… Rano szkoła, potem trening, a na koniec korepetycje. Nie było zmiłuj.

Mama z tatą kładli na to duży nacisk. Miałem łzy w oczach, gdy musiałem siedzieć na angielskim, a kumple już grali. Ale pierwszego dnia na Słowacji zrozumiałem, po co to było. Komunikacja to podstawa. Piłka nożna to sport drużynowy, musisz umieć się dogadać. To nie boks, w którym jesteś ty i trener. Powinieneś rozumieć kolegów i oni ciebie – wyjaśniał.

Dlatego – mimo znajomości ormiańskiego, rosyjskiego i najbardziej uniwersalnego angielskiego – nauczył się słowackiego, a po transferze do granatowo-bordowych – polskiego.

Dobra, „Jogurt”, już cicho bądź! – rzucił roześmiany do Łęgowskiego w czasie wygłupów w szatni.

Młodzieżowiec jest o kilka lat młodszy od Biczachczjana i Kowalczyka, dlatego Ormianin żartobliwie z jakiegoś powodu nazwał go „Jogurtem”, w sensie młodym i niedojrzałym. Oczywiście, efekt mógł być jeden – od dobrego roku „Jogurt” to ksywa pomocnika w drużynie.

I co jakiś czas w trakcie takich przekomarzanek, kiedy ktoś chciał kogoś uciszyć, mówił: „Dobra, „Jogurt”, już cicho bądź!” – wraca do niedalekiej przeszłości Kowalczyk.

Gdyby zastanawiać się, skąd w Biczachczjanie tyle uśmiechu, trudno nie wiązać tego… ze zdrowiem. Może Ormianin zwyczajnie cieszy się, że może grać w piłkę, co jeszcze kilka lat temu wcale oczywiste nie było?

Kontuzja

Ponoć wszystko, co dobre, szybko się kończy, ale wszystko, co złe w karierze Biczachczjana, zaczęło się we wrześniu 2018. Ormianin od nieco ponad roku był zawodnikiem Żiliny, kiedy ból kostki wyeliminował go z uprawiania sportu na długich dziesięć miesięcy. Niby mieszkał na Słowacji, a jakby grał w czeskim filmie. Nikt nie wiedział, o co chodzi.

Badano krew, korzystano z rezonansu magnetycznego i rentgena. I nic. Lekarze twierdzili, że to zwykłe zapalenie, ale nic nie pomagało. Ciągle bolało i nikt nie wiedział, kiedy nastąpi poprawa. Może za dzień, może za trzy miesiące, a może nigdy.

To były cholernie trudne dni. Dziękuję Bogu, że pomógł mi je przetrwać. Psychicznie czułem się zdruzgotany – mówił mi.

Przyznał, że podczas jednej z bezsennych nocy, w czasie których zadawał pytania bez odpowiedzi – co dalej? czy ktoś pomoże? a może to koniec? – poprzysiągł sam sobie, że jeśli to wszystko skończy się w ten sposób, nigdy więcej nie wymówi słowa „piłka nożna”. W żadnym z języków.

Ale los nie poddał próbie tego przyrzeczenia dzięki Ginesowi Melendezowi. Hiszpan od początku 2019 roku był dyrektorem technicznym armeńskiej federacji i w związku z tym zorganizował konsultację w swojej ojczyźnie. To było to.

Zajęto się mną w Madrycie. Zarządzono m.in. fizjoterapię czy elektroakupunkturę i pomogło. Żadna operacja nie była konieczna, mogłem wracać na boisko – opowiadał Biczachczjan.

Jestem bardzo wdzięczny wszystkim w Żilinie za okazane wsparcie. Wierzyli we mnie i czekali aż dojdę do siebie. A przecież mogli kazać mi się spakować i wracać do Armenii. Nie zapomnę tego, co dla mnie zrobili – uzupełnił.

Wcześniej nie miałem żadnych kłopotów zdrowotnych, a tu w dwa lata dwie kontuzje, bo wcześniej przez kilka tygodni leczyłem kolano. To była lekcja jak być silnym – uważa.

Odwdzięczył się za wsparcie na boisku. Po powrocie na murawę zdobył 25 bramek i zanotował 14 asyst w 70 występach we wszystkich rozgrywkach, czyli częściej niż w co drugim meczu jako ofensywny pomocnik miał bezpośredni udział w golu dla Żiliny.

Jesienią 2021 według analiz holenderskiej firmy analitycznej SciSports był najlepszym pomocnikiem całej słowackiej Fortuna Ligi i z tego powodu przedstawiciele Pogoni zaczęli obserwować zawodnika. Chcieli sprawdzić na żywo, co też ten Ormianin umie i wypytać, jaki to jest człowiek, by w ten sposób chociaż trochę zminimalizować ryzyko babola. A zależało im na tym mocniej, że z ich perspektywy należało wyłożyć grubą kasę – 900 tysięcy euro.

W środku pola brakowało nam kogoś, kto będzie potrafił uderzyć z dystansu i szukaliśmy piłkarza o takim profilu. Do tego zależało nam, żeby szybko zaadaptował się językowo oraz dopasował charakterologicznie. W przypadku Wahana mieliśmy to bardzo dobrze sprawdzone – zarzekał się w trakcie tamtego zgrupowania w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” prezes Portowców – Jarosław Mroczek.

Informacje zebrane przez szczeciński „wywiad” okazały się wiarygodne, analizy SciSports również. Biczachczjan zaadaptował się językowo (dzisiaj traktuje się go wręcz jako jednego z Polaków), wpasował charakterologicznie i potrafi uderzyć z dystansu. Oj, potrafi.

Lewa noga

Efthymios Koulouris był od dwóch lub trzech dni na obozie Pogoni w Opalenicy. Niedawno podpisał kontrakt, chwilę temu dojechał na zgrupowanie, dopiero poznawał kolegów. Po głównych zajęciach trener Jens Gustafsson pozwalał zawodnikom zostać na boisku i poćwiczyć, co kto potrzebuje – uderzenia z dystansu albo dośrodkowania. Tak było tego drugiego lub trzeciego dnia greckiego napastnika w drużynie, ale część zawodników ani nie poszła do hotelu, ani nie została na murawie, tylko zebrała się w rogu i patrzyła, jak strzela Biczachczjan. Jakkolwiek to nie zabrzmi – tak, malutka widownia została, by podziwiać lewą nogę Ormianina.

To najlepsze uderzenie, jakie widziałem na żywo. Nigdy w karierze nie widziałem, by ktoś w ten sposób potrafił kopnąć – w pewnym momencie Koulouris odwrócił się i rzucił w eter. 27-latek grał w Grecji, Francji, Austrii i Turcji, więc kawałek świata zdążył zobaczyć.

Absolutnie, takiego strzału nie widziałem, odkąd gram w piłkę. „Wahi” ma tak nieprzewidywalne, silne, nagle opadające uderzenie, że to coś niesamowitego. Czasami była przerwa w treningu, na 30. metrze leżała sobie bezpańska piłka, a on nabiegał i kopał, tak jakby od niechcenia, a piłka wpadała w okienko czy pod poprzeczkę. Myślałem sobie, że ja w życiu takiego strzału nie oddałem, a on sobie wali z każdej pozycji, na luzie, jakby nigdy nic, coś zwykłego – wtóruje Kowalczyk.

Współczuję obrońcom, którzy muszą non stop uważać, by mu nie zostawić kawałeczka miejsca do uderzenia. Bo wystarczy moment zagapienia i po tobie – dodaje.

Biczachczjan zdobył dwanaście bramek dla Pogoni, z czego siedem padło po uderzeniach zza pola karnego, a przecież jeszcze trafienie ze Stalą w Mielcu zostało zapisane jako samobój Rafała Strączka, co spokojnie można uznać za kontrowersję. I gdyby przyznać tego gola Ormianinowi, miałby osiem zdobyczy z dystansu na trzynaście zebranych.

O nim jak najbardziej można powiedzieć, że potrafi uderzyć z dystansu, prawda?

Tyle że trudno pokazać tę umiejętność z ławki, a Biczachczjan mozolnie musiał pracować na podstawowy skład. Po piorunującym wejściu do ekipy ze stolicy Pomorza Zachodniego – siedem goli w siedmiu pierwszych występach, licząc sparingi (albo osiem w ośmiu, jeśli dodać bombę zrzuconą w Mielcu) – nie wystarczyły, by przekonać do siebie trenera Kostę Runjaica. Dopiero w piątej wiosennej kolejce – z Radomiakiem – zagrał od początku i nie zawiódł, ale jednocześnie nie zdobył zaufania Niemca. Wrócił do rezerwy i gasł z dnia na dzień, aż całe spotkanie z Jagiellonią Białystok przesiedział na ławce. Cała euforia zniknęła, po czym nagle Runjaic posłał go w bój z Rakowem Częstochowa. Kiedy po tamtym starciu rozmawiałem w klubie, sami zawodnicy byli zdziwieni, że nagle Ormianin znalazł się w wyjściowej jedenastce, bo ewidentnie dopadła go zniżka formy. Tak jak na starcie rundy wszystko mu wychodziło, tak akurat teraz prędzej oberwałby cegłą w drewnianym kościele…

Jednak nie zawiódł, zaliczył asystę przy golu Kamila Grosickiego i Runjaic powoli się do niego przekonywał. Za Jensa Gustafssona było podobnie – kroczek po kroczku Biczachczjan zbliżał się do podstawowego składu. Czy z pełnym przekonaniem można zarzucić Niemcowi i Szwedowi, że nie mieli racji? Nie, bo pomocnik miewał też występy bezbarwne czy zwyczajnie słabe. Można argumentować, że nie zasłużył samymi bramkami na granie i ta teza się obroni. Ale z drugiej strony – kiedy miał złapać pewność siebie, skoro więcej niż dwa mecze z rzędu w wyjściowym zestawieniu w jednej rundzie rozegrał ponad czternaście miesięcy od debiutu z Piastem – w kwietniu 2023? Co więcej, również wówczas premierowo zaliczył cały mecz, bez zmiany przed końcem? Kiedy w takich okolicznościach złapać automatyzmy?

Przełomem okazała się zmiana pozycji – z ofensywnego pomocnika, operującego za plecami „dziewiątki” na fałszywego, odwróconego prawoskrzydłowego. Biczachczjan nie zatracił swoich atutów, bo może „łamać” akcje do środka i walić z tej swojej potężnej lewej nogi, a jednocześnie przeciętna gra w obronie staje się mniej widoczna.

W trwających rozgrywkach zdobył cztery bramki i dodał do nich dwie asysty, z szesnastoma kluczowymi podaniami jest dziesiątym piłkarzem Ekstraklasy i drugim w Pogoni (po Grosickim – 30).

Cierpliwość się opłaciła. Nie marudził, nie dąsał się, nie okazywał niezadowolenia, tylko robił swoje. Pewnie procentują lekcje z przeszłości od najbardziej surowego trenera, z którym pracował – jego taty Wardana. Na początku 2022 roku Wahan pokazał mi dłoń i powiedział, że tyle palców mu spokojnie wystarczy, by przeliczyć, jak często chwalił go ojciec.

100 osób może powiedzieć, że zagrałem świetnie. Ale mój tata zaraz znajdzie jakiś minus. To muszę poprawić, w tym powinienem być lepszy, dzisiejszy futbol jest taki i trzeba być na to gotowym – mówił.

Wardan był pierwszym trenerem w życiu Wahana. Zebrali się w pięciu, sześciu kolegów i ćwiczyli pod jego opieką na boisku przy pobliskiej szkole w Giumri. Kto miał piłkę w domu, zabierał na zajęciach. Na starcie mieli dwie, maksymalnie trzy. Z czasem powstał zespół.

Czy miałem łatwiej, bo tata był trenerem? Wręcz odwrotnie! Kiedy pojawiały się jakiekolwiek kłopoty z dyscypliną, jak to w dziecięcych drużynach, pierwszy byłem pociągany do odpowiedzialności. Żeby nie było nieporozumień. Nie było opcji, bym zagrał choćby minutę, jeżeli tak naprawdę na to nie zasługiwałem – wspominał.

Dlatego można stawiać, że naprawdę zasługiwał na występ w eliminacjach Ligi Europy dwa dni przed siedemnastymi urodzinami w 2016 roku.

Potrzebujemy jednego dobrego uderzenia – powiedział Wardan, wtedy trener Sziraka Giumri w trakcie rewanżu z Dilą Gori. W pierwszym spotkaniu zwycięstwo 1:0 odniosła ekipa z Gruzji, w 65. minucie drugiej potyczki junior wszedł na boisko. Debiutował na takim poziomie, z nerwów – jak w „Seksmisji” – zaczął widzieć ciemność.

Przez dziesięć, piętnaście minut miałem czarno przed oczami. Notowałem stratę za stratą, już dało się słyszeć głosy niezadowolenia z trybun. Że jak można takiego dzieciaka wpuścić w tak ważnym meczu. Gdyby nie był moim tatą, z pewnością bym nie wystąpił! Aż do chwili, gdy sześć minut przed końcem strzeliłem gola. Doszło do dogrywki, w karnych my byliśmy górą. Nagle wieczór stał się idealny – wracał do meczu z 2016 roku Biczachczjan.

Jedno dobre uderzenie siedem lat później dało zwycięstwo Pogoni w drugiej rundzie eliminacji Ligi Konferencji z Linfield 3:2. Ile jeszcze takich „pierdzielnięć” pośle Biczachczjan w granatowo-bordowych barwach? Cóż, zdaje się, że tyle, ile zdąży do końca sezonu. Już latem do klubu wpłynęła oferta za pomocnika – potwierdził to choćby szef pionu sportowego Dariusz Adamczuk w trakcie niedawnego spotkania z kibicami – i choć ta została odrzucona, trudno się spodziewać, by w następnym letnim oknie władze postąpiły tak samo. Naturalnie, nie można tego wykluczyć, natomiast umowa 24-latka traci ważność z końcem czerwca 2025, więc po trwających rozgrywkach będzie ostatni moment, by zarobić na reprezentancie Armenii. Z tego powodu raczej można stawiać, że – w związku z urazem Marcela Wędrychowskiego – to właśnie Biczachczjan będzie kolejnym towarem eksportowym Portowców. I o ile utrzyma dyspozycję z ostatnich miesięcy, można się spodziewać następnych propozycji. Tak, w liczbie mnogiej.

WIĘCEJ O POGONI SZCZECIN:

foto. Newspix

Rocznik 1990. Stargardzianin mieszkający w Warszawie. W latach 2014-22 w Przeglądzie Sportowym. Przede wszystkim Ekstraklasa i Serie A. Lubi kawę, włoskie jedzenie i Gwiezdne Wojny.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
0
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce
Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
1
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
0
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce
Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
1
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Komentarze

7 komentarzy

Loading...