Reklama

Grosicki: Czuję się bohaterem w swoim domu

Mateusz Janiak

Autor:Mateusz Janiak

08 sierpnia 2023, 11:36 • 14 min czytania 55 komentarzy

Kamil Grosicki jak obiecał, tak zrobił. Przed zakończeniem kariery wrócił do swojej Pogoni Szczecin. Swojej, choć kompletnie innej niż ta, z której ruszał w świat w 2007 roku. Wrócił i w dwa lata w 71 występach zdobył 23 bramki i zanotował 19 asyst. Kapitan Portowców w długiej rozmowie opowiada, jak to było kiedyś przy Twardowskiego i jak jest teraz.

Grosicki: Czuję się bohaterem w swoim domu

„Patrz na tego „Opla”. Ten się nadaje, zapisz go” – pamiętasz jeszcze nabór do drużyny rocznika 1988, podczas którego jeden z trenerów Pogoni Szczecin tak zareagował na twoją grę?

Lepiej pamiętam wcześniejszy, pierwszy w starszym roczniku – 1987, z którym ćwiczyłem zanim utworzono mój. W hali gdzieś na terenie jednostki wojskowej, bo w tamtych czasach w takich miejscach się trenowało. Przyszedłem z tatą, który musiał wyprosić u trenera Tadeusza Sadurskiego, żebym w ogóle został dopuszczony do zajęć. W takim wieku rok różnicy to dużo – tak mówił – i nie za bardzo chciał zaryzykować, ale ostatecznie zgodził się mnie sprawdzić.

I co dalej?

Kiedy zaczęły się gierki, po dziesięciu, może piętnastu minutach trener podbiegł do taty i powiedział, że dobra, dobra, mogę zostać. Później – już w moim roczniku – prowadził mnie Tadeusz Sługocki, przy którym się wychowałem.

Reklama

Jakim cudem w Szczecinie w latach 90. biegałeś w koszulce Girondins Bordeaux z reklamą Opla?

Tata mi kupił, ale skąd ją wytrzasnął? Nie wiem. Sponsor był na tyle widoczny, że u mnie na osiedlu – na Bukowym – wołali na mnie „Opel”. „Opel” to, „Opel” tamto. Przyjęło się później w klubie i w reprezentacji województwa. Tak naprawdę „Grosikiem” zostałem dopiero po dołączeniu do czwartoligowych rezerw, starsi zawodnicy zaczęli mnie w ten sposób nazywać.

Na Bukowym cię znali.

Całe dnie spędzałem na boiskach, choćby przy Szkole Podstawowej nr 74. Ostatnio tam byłem, wszystkie wspomnienia wróciły, ale dużo się zmieniło. Teraz stoją orliki ze sztuczną nawierzchnią, a za moich czasów albo beton, albo piach. Siatki? Jeśli akurat nauczyciel wychowania fizycznego wywiesił, ewentualnie jeżeli sami zrobiliśmy, bo też tak bywało. Organizowało się deski, gwoździe, młotek i zbijało bramkę. Do tego kupowało lub załatwiało siatki i było idealnie.

Z Bukowego kawał drogi na Twardowskiego na Pogoń.

Akurat czterech nas jeździło – poza mną Kamil Starosta, Grzegorz Puchalski i Marcin Mrówka. Generalnie mnóstwo czasu spędzaliśmy razem. Całe dnie się ganiało za piłką, najpierw na podwórku, potem w klubie, do tego regularnie nocowaliśmy u siebie nawzajem. Piękne czasy. Później każdy poszedł w swoją stronę, ale wiem, że ciągle są kibicami Pogoni.

Reklama

Początkowo wozili nas rodzice, a potem, jak podrośliśmy, wsiadało się w autobus – linia A, następnie przesiadka w następny – 75. Dzisiaj tę trasę można pokonać względnie szybko, Szczecin się zmienił pod względem komunikacji, ale wtedy? Czasem w obie strony się po kilka godzin jechało.

Ładna podróż dla dzieciaka.

Zalążki odpowiedzialności. Trzeba było samemu bilet kupić, a czasem się jechało na gapę, żeby kasa została na słodycze. Nieraz się mandat dostało, a i nieraz uciekało się przed „kanarami”. Tak się żyło, adrenalina towarzyszyła mi od początku. (śmiech)

Ale piłka nożna była dla mnie wszystkim, więc nie przeszkadzało mi, że tyle trzeba dojeżdżać. Tym bardziej że później coraz częściej zostawałem u babć – albo na Niebuszewie, albo w Śródmieściu, skąd bliziutko na Twardowskiego.

Z Bukowego dalej, ale na Pogoń trafiłeś. Pamiętasz pierwszy mecz jako kibic?

Nie, ale pamiętam, że siedziałem na sektorze numer 2 i że przyjechałem ze znajomymi z Bukowego i ich rodzicami. Bardzo, bardzo dawno temu to było.

EKSTRAKLASA W FUKSIARZ.PL!

Tak dawno, że rocznik 1988 wydawał się nadzieją klubu. Wyniki mieliście świetne, choćby wygrana w Coca-Cola Cup 2003.

Z perspektywy czasu szkoda, że tylko mi się udało tak naprawdę wybić, bo wielu było chłopaków z potencjałem. Choćby bracia Sydorowie – Andrzej i Łukasz. W naszej drużynie kluczowi, Andrzej miał możliwości, by zostać bardzo dobrym środkowym pomocnikiem, ale coś nie zagrało. W pewnym momencie wybrał futsal, może to go trochę zgubiło? Może szkoda, że nikt nim nie pokierował i nie został przy trawiastym boisku.

Jak tobą trener Kazimierz Biela?

Co ciekawe, to on ich wziął do zespołu futsalu, ale mną faktycznie pokierował. Obaj mieszkaliśmy na Prawobrzeżu, w szkole był moim wychowawcą, często wspólnie jeździliśmy do szkoły i wracaliśmy z treningów. Był dla mnie jak drugi ojciec, a… no łatwym młodzieżowcem do prowadzenia nie byłem. Piłka nożna zdecydowanie zajmowała pierwsze miejsce na liście priorytetów, a szkoła w najlepszym wypadku drugie.

Dzisiaj jako 35-latek żałujesz, że nie traktowałeś edukacji bardziej poważnie?

Na pewno mogłem się mocniej przyłożyć, ale czasu nie cofnę. Wybrałem taką drogę, jaką wybrałem. Wszystko postawiłem na futbol i nie mam co narzekać. Przy czym to nie tak, że powiedziałem w tej sprawie ostatnie słowo. Mam plany związane ze szkołą, po zakończeniu kariery będzie więcej czasu na ich realizację i wówczas się nimi zajmę.

Skoro o szkole mowa – niewiele brakowało, żebyś trafił do szkółki MSP Szamotuły.

Nawet pojechałem już z zespołem na obóz i miałem możliwość zostać, ale z jakichś powodów to nie doszło do skutku, chyba rozbiło się o ekwiwalent. Po latach bardzo się cieszę, że tak wyszło.

A skąd w ogóle pomysł zamiany Pogoni na MSP?

W tamtych czasach MSP, Amica Wronki czy SMS Łódź bardzo dobrze szkoliła, mnóstwo chłopaków jeździło na reprezentacje młodzieżowe, a ponadto chciałem być samodzielny. Wyjechać do internatu, poza dom i Szczecin. Wydawało mi się, że to mi pomoże wejść w dorosłość. Ale – jak już mówiłem – kapitalnieroz, że nie wyszło i zostałem w Pogoni.

I dłużej zostałeś pod opieką Bieli, który prowadził cię twardą ręką. Na wojewódzkich finałach Coca-Cola Cup siedziałeś w rezerwie.

Tak, trener sadzał mnie za zachowanie albo nie pomaganie w obronie. To było granie na małych boiskach, po pięciu plus bramkarz, wszyscy musieli pracować w defensywie, a ja chciałem stać na połowie, dostawać piłkę, kiwać, strzelać gole i zbierać asysty. Uważałem, że od obrony byli inni, ale trener Biela mi nie odpuszczał. Tak jak powiedziałeś – twarda ręka. Wiedziałem, że byłem najlepszy i on wiedział, że byłem najlepszy, a i tak nieraz płakałem, kiedy mnie zdejmował albo nie wystawiał. Dawał mi lekcje charakteru, dużo mnie nauczył i bardzo pomógł, ale też mu na boisku pomagałem, bo kilka meczów wygrałem. Kolejnym ważnym trenerem, u którego się bardzo rozwinąłem, był Adam Benesz.

To on prowadził was w juniorach młodszych, kiedy wygraliście 30 na 30 spotkań w lidze wojewódzkiej, potem przeszliście jak burza przez baraże i pojechaliście na finały…

…do Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie zajęliśmy czwarte miejsce.

Benesz wspominał, że dzień przed pierwszym meczem o 22 sprawdził, czy wszyscy jesteście w łóżkach, po czym rano patrzy, a wszyscy ogoleni na zero jak rekruci, czyli w pokojach byliście, ale o spaniu nie było mowy.

Tak było, zawsze ta pierwsza noc kończyła się wygłupami, ale czy to miało wpływ na wyniki? Nie jestem przekonany. Pamiętam, że po turnieju mocno oberwało się trenerowi, że miał najlepszy rocznik w klubie, a wrócił bez medalu. Szkoda, że tak się skończyło.

Spodziewałeś się w tamtym momencie, w 2005 roku, że tak się potoczy twoja kariera?

Wiedziałem, że w swoim roczniku byłem kozak w całej Polsce. Może jakieś pojedyncze osoby były porównywalne, ale potem się nie przebiły, a inni – jak Kamil Glik czy Robert Lewandowski – wystrzelili później. Ale że moja kariera będzie tak dobra? Wiesz, jak jesteś młody, to marzysz, ale te marzenia nie wydają się tak naprawdę realne. Np. ja marzyłem o Manchesterze United i okej, w nim nie występowałem, za to trafiłem do Premier League, więc koniec końców doszedłem tam, gdzie chciałem.

Mówisz, że byłeś kozak w całej Polsce, ale na reprezentację kraju rocznika 1988 nie jeździłeś od początku. To jakim cudem?

Z powodu trenera Benesza. Każdy selekcjoner wojewódzkiej kadry miał wysłać trzech zawodników na konsultację reprezentacji Polski i od nas z Pogoni pojechali Andrzej Sydor i Michał Szwalec oraz Krzysiek Piczak ze Stali Szczecin, mimo że bezapelacyjnie byłem najlepszy w województwie. Bardzo, bardzo to przeżywałem, mocno mnie to dotknęło, dlatego nawet do dzisiaj to pamiętam. Takich sytuacji się nie zapomina. Właśnie dlatego od początku mnie nie było w kadrze narodowej, dopiero później, kiedy selekcjonerzy jeździli już oglądać piłkarzy, nie polegali na trenerach z terenu, trafiłem do zespołu.

Dlaczego ciebie nie polecił?

Rozmawialiśmy na ten temat, to miała być nauczka i po czasie myślę, że może faktycznie się przydała? Takie pokazanie mi, że nie wszystko przyjdzie łatwo i że nie zawsze się uda.

Wejście do seniorów też łatwe nie było. Inne czasy dla młodych.

Inne. Starsi przede wszystkim krzyczeli, że im w obronie nie pomagam, bo w seniorach to już zupełnie nie przechodziło to, co jeszcze czasem uchodziło w juniorach. Artur Bugaj, Grzegorz Matlak, Michał Łabędzki, Boris Pesković czy Łukasz Trałka, w sumie jeszcze młody, ale starszy ode mnie. Nie miałem dobrych warunków fizycznych, byłem szczuplutki, więc w stykowych sytuacjach odstawiałem nogę, co im się oczywiście nie podobało. Musiałem się uczyć tej gry w defensywie, ale poza tym byłem lubiany. Jakoś zawsze sobie radziłem, kiedy wchodziłem w nowe towarzystwo, w pierwszej reprezentacji także, gdzie zaakceptowali mnie Maciek Żurawski, Jacek Bąk, Mariusz Lewandowski czy Jacek Krzynówek.

Były nerwy, kiedy pierwszy raz ćwiczyłeś z pierwszą drużyną Pogoni?

Samo przebieranie się w szatni Ekstraklasy było dla mnie wydarzeniem, to jeszcze za trenera Bogusława Pietrzaka.

A jakie emocje towarzyszyły ci prawie dwie dekady później, kiedy wracałeś do klubu?

Wchodziłem tak naprawdę do innego świata niż ten, z którego wyjechałem w 2007 roku.

Dlatego na początku byłeś taki cichy? Jak rozpytywałem, w jaki sposób się zachowywałeś po dołączeniu do drużyny, słyszałem, że zupełnie nie przypominałeś tego Grosickiego z filmów Łączy Nas Piłka.

Po prostu jestem taką osobą, która musi zaufać ludziom czy kolegom, żeby móc z nim całkowicie swobodnie rozmawiać. A w tej sytuacji dodatkowo najpierw chciałem formą pokazać, jakim jestem człowiekiem, a później sobie żartować w szatni. W tej kolejności, nie odwrotnie. Uczyłem się chłopaków, oni uczyli się mnie, żebyśmy wiedzieli, jak ze sobą gadać. Ten luz przyszedł z czasem. Wiem, że dla nich to też nie była łatwa sytuacja, jako że mnie nie znali osobiście. Na szczęście zastałem fajnych kolegów i fajny sztab. Wszystko zagrało jak trzeba.

Czułeś presję związaną z powrotem do domu? Nie było obaw, że nie sprostasz oczekiwaniom? Przecież te były ogromne. Występy w lidze angielskiej, francuskiej i tureckiej, udział w mistrzostwach świata i Europy. Spodziewano się, że przyjedzie kozak.

Wiedziałem, że muszę jak najszybciej dojść do optymalnej dyspozycji. Ludzie faktycznie mieli bardzo wysokie oczekiwania, a powrót wychowanka do Szczecina to podwójna radość i nie chciałem jej zmącić. A czy były obawy? Były, ale jednocześnie wiedziałem, że zaraz dojdę do siebie, a podjąłem tę decyzję z rozmysłem. Chciałem się znowu cieszyć graniem w piłkę.

Długo udało się twój powrót utrzymać w tajemnicy, aż do meczu ze Stalą Mielec. Pamiętasz ten dzień? Co czułeś po przebudzeniu? W końcu dobre pięć lat minęło od wywiadu dla CKM, w którym zapowiedziałeś, że jeszcze zagrasz w Pogoni i coraz częściej wątpiono w spełnienie tej obietnicy.

Akurat mnie złapało jakieś przeziębienie i rano czułem się osłabiony. Na 14 pojechałem do domu do prezesa Jarosława Mroczka, żeby podpisać kontrakt…

…do domu, a nie do klubu, żeby przypadkiem nikt za wcześnie cię nie zobaczył i informacja się nie rozniosła?

Tak, dlatego też potem zawieźli mnie na stadion w tajemnicy, choć i tak gdzieś 40 minut przed meczem pojawiła się wiadomość, ale na szczęście i tak większość ludzi, którzy byli na trybunach, nie spodziewała się tego. Pewnie dopiero, kiedy usłyszeli, że „nasz zawodnik” i że zagra z numerem 11, wiedzieli, że chodzi o mnie.

Jak duże były emocje, kiedy z córeczką wbiegałeś na murawę jeszcze powstającego nowego stadionu?

Ogromne, nie do opisania. Dreszcze. Może i szkoda, że jeszcze nie cały obiekt był otwarty, bo ta chwila byłaby jeszcze wspanialsza, ale i tak było to przemiłe powitanie w domu.

Wygłosiłeś krótką przemowę. Podobno nie było to ustalone i wyszło spontanicznie?

Bo kiedy mam coś powiedzieć, mówię od serca. Nie przygotowuję niczego wcześniej. Są emocje i słowa idą za nimi. Wiedziałem, że muszę się dobrze przywitać i że jeśli coś powiem, to chcę zrobić to, co zapowiedziałem. Wiem, że słowa o grze o mistrza są duże. No są. Ale gramy o mistrza odkąd tu wróciłem, jesteśmy niezmiennie w czołówce.

Widziałeś reakcję prezesa Mroczka, który z trudem powstrzymał łzy?

Dopiero po meczu, na nagraniach, w trakcie patrzyłem w trybuny. Kiedy zobaczyłem z rodziną film z prezentacji i zachowanie prezesa, wszyscy się bardzo wzruszyliśmy, moim najbliższym też pociekły łzy. Widać, że bardzo kocha Pogoń i jest dobrym, wrażliwym człowiekiem z wielkim sercem, a przeprowadzenie tego transferu było dla niego dużą sprawą. Przy czym doprowadzenie tej transakcji do końca to wielka zasługa dyrektora Darka Adamczuka.

Jak to się potoczyło?

Z Darkiem znamy się od dawna. Nieraz graliśmy rekreacyjnie na orliku, nieraz wypiliśmy drinka, kiedy przyjeżdżałem z zagranicy. Zanim został moim szefem, byliśmy kolegami i trzeba było przejść na trochę inną relację. Wiem, że to nie była łatwa rozmowa dla niego, bo na początku nie wiedział, czy Pogoń w ogóle stać na mnie.

Jednak stać.

Od samego startu wiedziałem, że pod tym względem muszę podejść realnie do możliwości klubu, dlatego się dogadaliśmy. Tak samo w sprawie przedłużeń umowy. Oczywiście na mecie prezes Mroczek musi zaakceptować warunki kontraktu, ale rozmowy o nich prowadził dyrektor.

Ostatnio przedłużyłeś do czerwca 2026.

Darek bardzo tego chciał, ja bardzo tego chciałem, dlatego nie było z tym problemu. Nie zapisywaliśmy żadnych minut, jako warunków do przedłużenia. Nie było takiej konieczności, bo po powrocie pokazałem, że ciągle potrafię. Nie zawiodłem.

W kwietniu tekst o tobie zatytułowałem „Bohater w swoim domu”.

I tak się czuję. To nie jest arogancja, ale jeśli robi się coś dobrze, nie potrzeba być skromnym. W pierwszym roku byłem nominowany do nagrody dla pomocnika i piłkarza sezonu, ale tytułu dostali inni. W drugim znów byłem w gronie wyróżnionych, ale już zostałem wybrany na najlepszego zawodnika Ekstraklasy. Pokazuję jakość. Wiem, że każdy kolejny sezon będzie jeszcze trudniejszy, lata lecą, ale lubię wyzwania. I podobają mi się indywidualne wyróżnienia, jednak chcę osiągnąć te zespołowe. To mnie nakręca. Wiem, co zapowiedziałem w kontekście walki o mistrzostwo Polski i nie chcę odpuścić… nie, nie odpuszczę, dopóki tego nie osiągniemy. Takie mam podejście.

W tym momencie Pogoń jest lepsza niż roku temu? Po transferach Linusa Wahlqvista, Leonardo Koutrisa czy Efthymiosa Koulourisa zdaje się, że tak.

Do tego młodzi – Mateusz Łęgowski, Marcel Wędrychowski i Mariusz Fornalczyk – są lepsi niż dwanaście miesięcy temu. Już wiedzą, że muszą brać odpowiedzialność. Za siebie, za zespół. Tego ich uczę. Że za młodu trzeba się z tym mierzyć, nie uciekać od tego, tylko udźwignąć presję. Nie można ich zagłaskiwać, a wymagać, bo w futbolu nie ma czasu.

Kamil Grosicki – bohater w swoim domu

Mamy dobrych zawodników. Dobrego trenera, którego się nauczyliśmy, a on nauczył się nas. Dobrze wystartowaliśmy. Widać, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Widzisz w Fornalczyku siebie sprzed 20 lat?

Trochę tak, ale nie aż tak bardzo. Mariusz szybko się denerwuje. Trener i ja nad nim pracujemy, bo potencjał ma niesamowity. Na pozycji numer dziewięć będzie bardzo mocny. Oczywiście, jest Koulouris, ale „Fornal” też będzie dostawał szansy i jestem przekonany, że je wykorzysta. Nawet ostatnio z nim rozmawiałem po moim występie z Linfield, który kończyłem w ataku. Zrobiłem trzy starty na wolne pole za plecami obrońców i mówię mu, że właśnie tak ma się poruszać, bo przy jego dynamice, mało kto go dogoni. Tylko plecy z numerem i nazwiskiem będą oglądać. Nieprzypadkowo w Belfaście pograł pięć minut i strzelił gola.

No, żeby być sprawiedliwym, wyłożyłeś mu piłkę na pustą bramkę.

I cieszę się, że tak było, bo to moje oczko w głowie, nad którym pracuję, żeby został świetnym piłkarzem. Zresztą Mateuszowi i Marcelowi też staram się pomóc.

W jaki sposób?

Mam 35 lat, jestem bardziej dojrzały. Do wszystkiego w życiu trzeba dojść. Zrozumieć pewne sytuacje. Dziś jestem na tyle doświadczony, że swoja wiedzą – wyciągniętą i z tych pozytywnych wydarzeń, i z tych negatywnych – mogę się dzielić i pomóc wchodzić im w dorosłe życie. Są pełnoletni, ale ciągle młodzi. Fajnie, że słuchają. Nie są zarozumiali.

Masz 35 lat, a na ile się czujesz?

Statystyki biegowe mam najlepsze w zespole, jeśli chodzi o sprinty czy szybkie biegi. Jestem urodzonym atletą. Czuję się dobrze, kontuzje mnie omijają, dlatego mam zamiar grać do czterdziestki.

WIĘCEJ O POGONI SZCZECIN:

ROZMAWIAŁ MATEUSZ JANIAK

foto. Newspix/FotoPyk

Rocznik 1990. Stargardzianin mieszkający w Warszawie. W latach 2014-22 w Przeglądzie Sportowym. Przede wszystkim Ekstraklasa i Serie A. Lubi kawę, włoskie jedzenie i Gwiezdne Wojny.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

55 komentarzy

Loading...