Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Złoty medal i trzy walki. Mladenović wygranym dnia…

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

02 maja 2023, 22:14 • 4 min czytania 108 komentarzy

Nie od dziś problemem polskiej piłki są prowokacje. Zazwyczaj dotyczą one kiboli, których natrętnie prowokują służby mundurowe (np. tym, że stoją). Podobną sytuację obejrzeliśmy dziś w Warszawie, gdzie Legia Warszawa świętowała po zwycięstwie w Pucharze Polski. Wielkim poszkodowanym mógł okazać się dziś Filip Mladenović, któremu Raków chciał uprzykrzyć życie. Ale finalnie okazał się zwycięzcą. I to trzech walk. Z rzędu! 

Złoty medal i trzy walki. Mladenović wygranym dnia…

Niby przedstawiciele Rakowa nic nie zrobili. Na pierwszy rzut oka – stali i kryli twarze w rękach udając, że chodzi o smutek po zmarnowanym rzucie karnym przez Mateusza Wdowiaka. Ale nie dajcie się zwieść, to oczywiście klasyczna prowokacja, skrupulatnie przygotowana zresztą przez częstochowskich zazdrośników, którzy w ten małostkowy sposób chcieli odpłacić się któremuś z legionistów. Tuż po ostatnim rzucie karnym, obronionym przez Kacpra Tobiasza, obejrzeliśmy na Narodowym prawdziwy wybuch euforii. Teoretycznie powinna to być dla Filipa Mladenovicia cudowna chwila, zwłaszcza że – kto wie? – być może właśnie żegna się ze stołecznymi kibicami.

Wdzięczność?

Wzruszenie?

Łezka cieknąca po policzku?

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Nic z tych rzeczy. Wszyscy związani z Rakowem wiedzieli, jak istotny jest to dzień dla serbskiego wahadłowego i postanowili bezczelnie go zepsuć. Od czego się zaczęło? Ano od tego, że drużyna Rakowa – zarówno sztab, jak i piłkarze – stała przy swojej ławce w objęciach. Ta niecodzienna czynność działa się dokładnie w momencie, gdy Wdowiak podchodził do swojej próby w konkursie jedenastek. Niestety dla Rakowa – spartaczył ją. Co robią sztab i piłkarze? Chowają głowę w dłoniach. Udają rozpacz. Odwracają się w kierunku trybun. Obserwują wbiegającą na murawę Legię. No i przede wszystkim stoją. W komplecie. W objęciach. 

Oczywista bezczelność.

To nie numery, na które pozwoli sobie tak stary wyjadacz jak Filip Mladenović. Serb wie, że to oczywisty brak szacunku ze strony rywala, który w tak bezczelny sposób kpi sobie z niego i jego kolegów z szatni. Stanie przy linii? Okazywanie smutku? Nie na oczach tylu kibiców i kamer. By powstrzymać tę grubą przesadę, do jakiej dopuściły się “Medaliki”, serbski zawodnik żwawo podbiegł w kierunku ławki częstochowian i zaprezentował gesty powszechnie uznane za obraźliwe. 

(tak, wiemy, na screenach niewiele widać)

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Po takiej zniewadze mógł zrobić o wiele więcej, lecz nie od dziś wiadomo, że Mladenović to ostoja cierpliwości i trzeba naprawdę mocno się napocić, by wytrącić go z równowagi (czego dowodem są chociażby kartki: Serb obejrzał na ligowych boiskach zaledwie 45 napomnień). A dziś? No cóż, sfrustrowany i rozgoryczony Raków próbował dalej. Zanim Mladenović zdążył pobiec do swoich kibiców, to wcześniej wbiegł w Wiktora Długosza i zdzielił go łokciem. Legionista nie miał już ochoty na kolejne zaczepki i uderzył następnego rywala – Marcina Cebulę. Należało się – on także prowokował, jak cały Raków zresztą.

Nad zawodnikami Rakowa przejęły kontrolę duma i małostkowość. Kolejny gracz częstochowian chciał wyrównać rachunki z Mladenoviciem, ale dostał po twarzy.

Dobrą passę serbski piłkarz zakończył na Jeanie Carlosie, który także ośmielił się na chamską prowokację i podobnie jak reszta dostał po twarzy, co było już – jak się później okazało – ostatnim ciosem ze strony Mladenovicia.

Wszystko odbyło się na przestrzeni kilku sekund. Jeśli będziecie potrzebować bodyguarda, dzwońcie na Łazienkowską. Serb może nie wygląda szczególnie groźnie, ale skuteczności nie można mu odmówić. 

Tyle osób przeciwko niemu. Tyle prowokacji. Tyle prześladowań. Tyle kłód pod nogami. A jeszcze – z tego, co słyszeliśmy – całkiem gorąco było pod szatniami, czego nie zarejestrowały kamery.

A on dał sobie radę.

Prawdziwy wojownik. 

Niby potulny ligowiec, z którym jednak nie warto zadzierać. 

Ostoja cierpliwości, która wytrzymała i zarządzanie Lechii, i Adama Mandziarę, i Dariusza Mioduskigo, i komentatorów Polsatu, ale zniewagi nie wytrzyma.  

“Walnął, to walnął, nie ma co drążyć”, mówi powiedzenie. A tak serio, to jest, ale to już nie nasza broszka, zajmą się tym stosowne organy. Filip, dziś pokazałeś wysoką formę. Jeszcze ze trzy takie występy i Piotr Świerczewski zaprasza do oktagonu.

https://twitter.com/gikiewiczlukasz/status/1653445297014554626?s=20

WIĘCEJ O PUCHARZE POLSKI: 

Fot. FotoPyK

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Henry do Xaviego: Mógłbym cię porównać tylko do Guardioli

wstellmach
0
Henry do Xaviego: Mógłbym cię porównać tylko do Guardioli

Ekstraklasa

Komentarze

108 komentarzy

Loading...